Friday, 23 April 2010

Dziewięć dni obfitości 1



Dzień pierwszy

Gdybym był ornitologiem, wiedziałbym, co to za ptak. A tak to nie wiem. Słucham tylko płaczliwych nawoływań i wyobrażam sobie, że woła kolegę. Leżę z nosem w trawie. Jedenasta rano, pierwszego dnia urlopu. Po raz pierwszy od tygodnia niebo przecinają smugi samolotów, którym niestraszny już islandzki wulkan. Wszystko powoli wraca do normy. A ja się cieszę wolnością.

Postanowiłem przez te kilka dni prowadzić dziennik. W ten sposób być może zmobilizuję się do świeżego postrzegania świata.
Rano spakowałem do torby:
- piłeczki do żonglowania
- „Księgę Jesiennych Demonów” Grzędowicza
- „Write Great Fiction” – gdyby chciało mi się postudiować
- butelkę wina z RPA
- komórkę – gdybym doszedł do etapu szukania kompana
- dyktafon – żeby nie zmarnować dobrych pomysłów
i przyjechałem na rowerze na Downsy. Coś w rodzaju wielkiej łąki za miastem, zakończonej klifem. Słońce już prawie wakacyjne, miło przygrzewa plecy. Ludzi prawie nie ma. Garstka starszych pań oprowadzająca psy i zbierająca psie gówienka do woreczków, grupka małolatów, pewnie na wagarach, pijąca piwo i popisująca się na cały głos. Przebiegła dziewczyna opleciona kablami, słuchawkami i miernikami pulsu, temperatury ciała, poziomu soli i przebytego dystansu. Trochę relaksującego joggingu z rana to sama radość.

***

Natomiast wewnątrz – tak, jak mówiłem, cieszę się wolnością. Jest jeszcze przed południem, czeka mnie więc cały dzień robienia tego, co chcę. Niech żyje słodkie nieróbstwo. Kiedy już się wyleżę na łące, pojadę rowerem wzdłuż klifu, wypatrując wspinaczy, postoję na moście wiszącym, zjem nuddle w chińskim fastfudzie, wypiję piwo w portowym pubie dla staruszków, usiądę na ławce w centrum i będę przyglądał się ubranym na lato dziewczynom.
A może nie zrobię nic z tego i przeleżę cały dzień na łące.

* * *

Zabrałem się za żonglowanie i uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać mp3jki. A niech to. Trzeba będzie poszukać wewnętrznej muzyki. Szczekanie psa, warkot helikoptera, szelest liści poruszanych (niespodziewanie) chłodnym wiatrem, skrzypienie drzewa, krakanie wrony, melodia busika z lodami. Brakuje basów.

* * *

Zadzwoniła Tulasi. Spytała kiedy będę, bo tęskni. Powiedziała też, że zostawi mi gary do umycia, bo ona robi pranie, musi więc być sprawiedliwie.

* * *

A później odwiedził mnie John. Przyjechał samochodem. Zadzwonił. Chciałem wyjaśnić mu, gdzie leżę. Nie mogliśmy się dogadać. Wreszcie stanął na dachu samochodu. Zobaczyłem go, ale nie udało się wyjaśnić mu, gdzie jestem. Podjechałem rowerem. Napił się łyka wina, porozmawialiśmy o jego doświadczeniu z ayahuasca w Londynie trzy dni temu. Nie podobało mu się. Zamiast duchowych odlotów, utknął w wizjach przemocy i koszmarów. O drugiej miał zacząć pracę. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy mógłby się wykręcić, ale zwyciężyło poczucie obowiązku. I znów jestem sam. Do tego głodny.

* * *

Przekąsiłem co nieco, po czym popedałowałem do naleśnikarni Kristoffa. Jak zwykle budka otoczona była znajomymi twarzami. Bee – wietnamska francuska, z wielkim brzuchem (ciążowym, nie tłustym), David – wokal i gitarzysta z Vamos, poznałem też Carlosa z Barcelony, który od niedawna gra w Vamos na cajonie. Miło się rozmawiało. Może jutro zagramy razem. Zaproszono ich na dużą imprezę prywatną. Kilka razy przymierzaliśmy się już do wspólnego koncertu, ale nigdy nie było okazji spróbować.
Po cappuccino i pogawędce, odwiedziłem kibel w McDonaldzie i wróciłem do domu.
Gary czekały. Zaraz wstawię wodę i wezmę się za jedyną dzisiaj robotę.



A na zakończenie kawałek z dzisiejszym klimatem:)



5 comments:

  1. Zainwestuj w zmywarkę ;)A ja w dyktafon. Pozdro :)

    ReplyDelete
  2. jak się nie ma zmywarki jest problem z myciem naczyń..
    a jak się ją ma - jest problem z wkładaniem do niej naczyń...

    co to za różnica? (to pierwsze chyba jednak jest przyjemniejsze)
    i na tym zakończę tą melancholię.

    ReplyDelete
  3. Kurczę, kiedy ja będę miał taki luzik... :) I tylko gary do zmywania... Ech, na starość chyba...:)

    ReplyDelete
  4. Dzięki za towarzystwo w tym urlopie:) Po półtorej miesiąca czeka mnie następny, tym razem dwutygodniowy, a później koniec! Czyli w sumie już przygotowuję się do wakacji.

    Zwolennikiem zmywarki też nie jestem. Używam w pracy i wiem, że przepłukanie talerzy i włożenie ich do zmywarki wcale nie oszczędza czasu;)

    Co do luziku - w życiu się albo zapierdala, albo luzikuje:) Nie da się robić tylko jednej z tych rzeczy cały czas. Nie ma też się oszukiwać, że na razie się pracuje, a później przyjdzie czas na wolność. Ja wykradam tej wolności ile mogę już teraz. Nie wierzę w emerytury i wygrane w totka:)

    Optymizm - faktycznie, lepiej z tym trochę, przynajmniej ostatnio.

    ReplyDelete