Saturday, 24 April 2010

Dziewięć dni obfitości 2




Dzień drugi

Najpierw tańczyliśmy koślawego walca.
Później zakupy, bo wieczorem goście (pękło pięćdziesiąt funtów). Koło jedenastej Tulasi powiedziała, że zabiera się za gotowanie, a ja mam poodkurzać i posprzątać kibel.
- No coś ty. Chciałem iść do parku, porobić zdjęcia, pograć - jęknąłem.
- Może to i lepiej. Idź i siedź tam cały dzień, aż sobie tu na spokojnie nie skończę.
Zakurzony akordeon leżał na dnie szafy. Pomiędzy książkami znalazłem śpiewnik. Zapakowałem aparat. Dobry znak – znów chce mi się grać i robić zdjęcia. To musi oznaczać, że klątwa się kończy – klatwa szefa, hierarachii, godzin pracy, polityk, plotek, póz – czyli jednym słowem klątwa stałego zatrudnienia, które wysysa z człowieka soki życiowe.
I muzyka też smakuje lepiej. I na powietrze jakby więcej miejsca w płucach.

Rozłożyłem się tam, gdzie wczoraj. Po drodze zahaczyłem pedałem o kostkę i ranka szczypie jak cholera. Nie mam tego czym umyć, a sikać po nodze nie będę.

* * *

Uff – albo akordeon jest popsuty, albo to ja zardzewiałem. Melodie, które grałem ze sto razy na ulicach Europy, brzmiały niczym wadliwa katarynka, a z piosenek zostały mi tylko pojedyncze, wybrakowane fragmenty. Czy naprawdę żyliśmy kiedyś z grania? Jezu. Ale to nie tylko to. Tutaj akordeon po prostu nie pasuje. To nie jest instrument na poukładaną, bezbarwną Anglię. A na pewno nie na park w Clifton. Wiktoriańskie pałace patrzą wyniośle i obojętnie, podobnie jak beznamiętne, opalone pary i rodzice z rozwrzeszczanymi gówniarzami. Eh, otrząśnij się stary, nie daj się, nawet jeśli musiałbyś przestać oddychać ich powietrzem.



* * *

Spróbowałem jeszcze raz. Z minuty na minutę palce przebierały po klawiszach coraz sprawniej, głos też przestał się łamać. To tak jak z jazdą na rowerze. Może trochę trudniej, ale podobnie. Zaśpiewałem „Stacyjkę Zdrój”, „Trzy siostry” Kultu, „Mr. Bobby” Manu Chao, „Jaimming” Marleya i kilka kawałków Yanna Tiersena. Chyba zacząłem odtajać po zimie.
Po drodze do domu kupiłem papier toaletowy. Tulasi kończyła właśnie kotleciki ziemniaczane i sos pieczarkowo-koperkowy. Do tego sałatka z truskawek, jagód i innych owoców. Smakowało jeszcze lepiej, niż wyglądało. Sos z rozkoszą rozmazywałem sobie po języku, złocista skórka kotlecików lekko chrupała, a spod niej wypływał smak cebulki, śmietany i ziemniaków. Obfitość.




2 comments:

  1. Dobry i udany dzień! Szkoda, że całe nasze życie nie składa się z takich dni. ;)

    ReplyDelete
  2. ach :)
    Spędzam ostatnio zbyt dużo czasu na objadaniu się. Tymczasem sprawiłeś, że znów zrobiłam się głodna .


    Dobrze tak.
    Spokojnie i z Bliskimi .

    ReplyDelete