Friday, 1 March 2019

Krakowski piątek

Nie wysiedziałem w domu. Wybrałem się do Krakowa. Bez powodu, ot, najładniejsze, najbliższe miasto. W samochodzie trochę za dużo myślałem o całej sytuacji, depresja zaczęła mnie coraz mocniej dopadać.
   Odwiedziłem Pawła w jego knajpce na Dietla. Poczęstował mnie jedzeniem, pysznie tam ma, no i biznes mu się kręci. Sam zastanawiam się nad otwarciem małej knajpki z jedzeniem wege. Zaprosił mnie na wieczór na wypad na dyskotekę. Wybiera się z dziewczyną i powiedział, że byłoby im miło. Ciągle nie byłem pewny czy zostanę na noc w Krakowie.
Połaziłem po mieście, ale nie czułem się zbyt dobrze, zasypały mnie wspomnienia.
   Odpocząłem trochę w samochodzie. Popisałem w dzienniku i poczytałem Gałczyńskiego, którego tomik kupiłem w Empiku na rynku.  Wreszcie zdecydowałem się zostać. Pojechałem do hostelu, gdzie kiedyś zatrzymaliśmy się z M. Mieli akurat wolną dwójkę.
Wziąłem prysznic, jeszcze trochę poczytałem i znów poszedłem na miasto.
   Teraz siedzę w jakimś pubie przy rynku, piję cydra i czekam na telefon od Pawła, bo nie wiem jeszcze gdzie mamy się spotkać.
   Jest mi smutno, ale zrobił się we mnie jakiś dystans. Będę musiał oswoić się z myślą, że nie da się zmienić ludzi, nie można ich zmusić, żeby kochali, czuli tak jak ja. To bardzo męczące i w pewnym momencie ogarnęła mnie bezsilność. Miałem wrażenie, że nie mam głosu, że nie mogę wytłumaczyć jej, czym jest lojalność, przywiązanie, szacunek. Nie wolno mi było mówić o swoich potrzebach, jakby to było przestępstwo. Kiedy próbowałem, to od razu zmieniało się w kłótnię. Jakby jej serce było otoczone ścianą. "Jak byś się czuła, gdybym ja zrobił tak albo tak?" Nic. Jakby mnie nie słyszała. Po pewnym czasie przestajesz walczyć, tłumaczyć. Przez chwilę po prostu próbowałem zostawić temat, ale to byłoby jak porzucenie siebie, swoich zasad, wartości. Nie da się tak. Więc teraz chyba dałem sobie spokój. I tak nie mogłem do niej dotrzeć, uparła się na tę ścianę. Myślę, że nawet nie dotknie jej to zbytnio. Może przez chwilę, z rozpędu. Ale brakowało w niej tego czegoś: zadedykowania, przekonania i wiary, że znalazła kogoś szczególnego. Bez tego nie można zbudować nic trwałego i prawdziwego. Ja to miałem, ale samemu nie da się pociągnąć wszystkiego.
   No więc teraz siedzę w krakowskim pubie, nasycony Gałczyńskim, piję cydra i myślę sobie, że mimo wszystko będzie dobrze.

No comments:

Post a Comment