Saturday, 12 September 2009

Wybrnąłem:)



Uff, skończyłem.
Od samego początku nie miałem pojęcia, gdzie zaprowadzi mnie opowieść. Każdy akapit był niespodzianką i w niejednym momencie doszedłem do wniosku, że w tym szaleństwie, niestety nie ma żadnej metody. W końcu jednak odnalazłem drogę i dotarłem bezpiecznie do celu. To znaczy tak mi się wydaje. Czytelnicy mogą dojść do zupełnie odwrotnego wniosku:). No ale jestem zadowolony. Nawet jeśli tylko ja rozumiem, o co chodziło, pisanie sprawiło mi sporą frajdę.

Poza tym gardło ciagle boli (w czwartek mam lekarza), jutro dwunastogodzinna zmiana (oj, jak ja "kocham"niedziele), wywaliłem paczkę tytoniu (który to już raz?)... w sumie nie mam na co narzekać. Na czas obecny czuję satysfakcję.

Thursday, 10 September 2009

Utknąłem




Utknąłem:).
Proces twórczy dzieje się boleśnie, moje oniryczne pomysły mnie zawodzą, akcja się nie klei, zmieniam koncepcje z prędkością światła, po pierwszych czterech stronach ukręciłem łeb oryginalnemu pomysłowi, ponieważ mnie znudził, a teraz się boję, że wszystko to wyjdzie poszarpane i niestrawne.
Oprócz tego mi się nie chce, boli mnie gardło, jutro znowu goście, nie cierpię Anglii, jestem na debecie i nie lubię szefowej. Poza tym mam coraz więcej siwych włosów, dwudziestolatkowie myślą, że nie jestem już cool, myślę, że mam za mało czasu, nie chce mi się czytać książek, bo pewnie za dużo siedzę na internecie, popalam tytoń (i nie tylko), a później mam wyrzuty sumienia. I jeszcze: skończyły się lata dziewięćdziesiąte, a nowe tysiąclecie jest głupie i za szybkie, nie mam do kogo otworzyć gęby, a jeśli mam, to mi się nie chce, pierwszy raz w życiu mam tłuszcz na brzuchu...

Ufff. Lepiej mi...:)

Wednesday, 9 September 2009

Gra



Gra
(sen)

Rozpoczął się telewizyjny show wszechczasów – Wielka Gra pomiędzy siłami Światła i Ciemności. Polega ona na tym, że pewnego dnia zwykły człowiek budzi się w alternatywnym świecie, który jest sceną rozgrywki pomiędzy Dobrem, a Złem. Świat ten rządzi się skomplikowanymi i dziwacznymi zasadami, panuje tam niezrozumiała hierarchia.

Człowiek, który tam trafi, musi zadecydować, po której stronie chce być, a później zaczyna się właściwa gra – czasem samotna, czasem kolektywnie, z innymi graczami. Zbiera się punkty, rozwiązuje zagadki, walczy na śmierć i życie.

Lubię ten serial, choć kompletnie nie rozumiem zasad. Tego dnia robię sobie kawę, siadam w wygodnym fotelu, wykładam nogi na krześle i nagle wszystko się zmienia – jestem w środku Gry! Niestety ciągle nie rozumiem zasad. Czuję się jak bohater Strugackich – wrzucony na głęboką wodę, nie pojmując miejscowych intryg, praw, związków. Wszystko jest chaosem. Spotykam ludzi, którzy już od jakiegoś czasu grają i wydają się rozumieć o co chodzi, rozmawiam z szychami, którzy chyba nawet nie są graczami, tylko kontrolują sytuację i pilnują, że wszyscy przestrzegają zasad. Tylko jakich zasad??! Znalazłem się w najbardziej szalonym i mistycznym realisty show wszechczasów i nikt nie wprowadził mnie do gry!

Czuję się zagubiony, ale mam również poczucie własnej siły i znaczenia w tej grze. Najpierw muszę wybrać: siły Ciemności, czy Światła? Nikt mnie jednak nie popędza. Mam czas. Najpierw spróbuję zorientować się w sytuacji.

Najpierw spotykam postacie ze strony Dobra, które próbują przekonać mnie do swoich racji, ale nie czuję żadnej sympatii. Wydają mi się hipokrytami i biurokratami, nienawidzącymi różnorodności i indywidualności. Strona Ciemności jest lepsza, przynajmniej mają charakter, ale też nie jestem przekonany – za dużo cwaniactwa i brak skrupułów.

Najważniejsze z całego snu jest spotkanie z Wodną Wróżką. Wchodzę do komnaty wypełnionej po kolana wodą. Po drugiej stronie zanurzona do pasa, pływa syrenka. Przepiękna – czarne włosy, brązowe oczy, nieduże, stojące wysoko piersi. Boi się mnie – wyczuwa moją moc, ale i lubi mnie w jakiś sposób. Nagle widzę, że pod w marmurze podłogi pojawia się wybrzuszenie i nagle spod ziemi wypływa wielki wąż o ludzkiej twarzy. Rozumiem, że mam z nim walczyć, ale wiem też, że na początkowym etapie, przed wybraniem stron i zebraniem odpowiedniej ilości punktów, taki pojedynek to samobójstwo. No ale wcale się nie boję. Czuję, że mam moc. Wielki, czarny i paskudny wąż rzuca się na mnie. Moją jedyną bronią są pięści. Wąż próbuje mnie kąsać i dusić, a ja po prostu walę go pięścią w łeb. Raz za razem. Gadzina słabnie, mogę to czuć. Mam też wrażenie, że walkę obserwują bardzo ważne w tej grze osoby. Od wyniku tej walki zależy, czy jestem tym, kim obawiają się, że jestem – osobą, która może zniszczyć Grę, albo pomóc wygrać, którejś ze stron.

Wreszcie zabijam węża. Jego ogromne cielsko opada bezwładnie na podłogę, a z jego piersi wypada szklane, czerwone serce. Wiem, że to bardzo cenny i ważny przedmiot. Podobnie jak teraz, po tej walce moja osoba. Później jeszcze sporo się działo, ale nie pamiętam nic konkretnego.




Ucieczka z Cesarstwa



Ucieczka z Cesarstwa
(sen)

Żyję w Cesarstwie Austriacko-Węgierskim. Jestem anarchistą i łotrzykiem, który walczy o wolność Polski. Atmosfera snu humorystyczna i wesoła, jakby prosto z powieści Jaroslava Haska.
Postanawiam uciec z Cesarstwa i przedostać się na stronę polską, kontrolowaną przez partyzantów. Wydaje się, że istnieje małe, niezależne i nieuznawanie przez świat państewko polskie, które partyzanci „odłupali” od Cesarstwa. Mieszkam w małym, leśnym dworku. Wieczorem, przed wyprawą, żegnam się z rodziną i przyjaciółmi. Wychodząc natykam się na mieszkańca wsi, o którym wszyscy wiedzą, że jest kapusiem. Upiera się, że chce iść ze mną i niechętnie się zgadzam. Po kilku godzinach drogi zdaję sobie jednak sprawę, że facet wcześniej czy później mnie wyda. Z bólem serca, zakradam się do niego i wbijam mu bagnet, po samą rękojeść. Wzdycham ciężko, ale martwię się tylko przez chwilę – to nie jest sen z tych ciężkich. Wszystko jest przygodą.

Teraz muszę przedostać się przez rzekę, ciężko jednak, bo przeprawę obstawiają uzbrojeni żołnierze. Siedzę w krzakach i przypatruję się ubranym w austriackie mundury ludziom. Jakoś jednak udaje mi się przemknąć. Przepływam rzekę, chroniąc się za unoszącym się na wodzie pienkiem. No a tereny za rzeką znam przecież jak własną kieszeń. To mój dom. Wystarczy, że przejdę ten lasek na szczycie góry, a za nim zaczynają się już tereny kontrolowane przez partyzantów.

Jestem już w połowie drogi do góry, kiedy natykam się na kolejny posterunek. Tym razem na szczęście jest w nim tylko jeden żołnierz – tłusty obżartuch, postać kompletnie Szwejkowska. Wyjaśniam mu, że jestem znanym kucharzem na dworze Cesarza Ferdynanda i właśnie zbieram tutaj pieczarki, które w całym Cesarstwie uznawane są za najlepsze. Muszę mu to jakoś udowodnić. Zbieram pieczarki, cebulki szalotki, znajduję trochę ziemniaków i gotuję dla niego prawdziwą ucztę.

Kiedy wychodzę z kuchni, okazuje się, że żołnierza nie ma. Widać nie był taki głupi na jakiego wyglądał i pobiegł po posiłki. Czas na mnie. Uciekam ile sił w nogach. Pod koniec muszę przedzierać się przez hałdy dokumentów, książek i papieru. Kiedy jestem już prawie po drugiej stronie, nagle jest nas dwóch – ja i zapalony gołowąs. Nagle moja tożsamość przechodzi na niego. Udaje nam się przebić przez ścianę makulatury.
Przez chwilę boję się, że mężczyzna biegnący w naszą stronę, to żołnierz austriacki, ale kiedy zagaduje czystą polszczyzną, oddycham z ulgą. Rzuca nam się na szyję. Czekali na nas.

Tuesday, 8 September 2009

Z Archiwum X



Dalszy ciąg serii onirycznej:). Tym razem z moją ulubioną postacią pop-kultury.

Z Archiwum X
(sen)

Jestem dzieckiem. Razem z mamą mieszkam w jakiejś religijnej komunie. Na początku wszystko wydaje się normalne, ale pewnej nocy zakradam się do stodoły, gdzie odbywają się rytuały i widzę jak dorośli składają w ofierze dziecko. Okazuje się, że w ten sposób próbują przywołać, czy obudzić pewną potężną i złą istotę, która pozwoli im kontrolować świat.

I pewnej nocy udaje się im. „Coś” nadchodzi. Wszyscy mamy zebrać się w stodole, gdzie ta istota ma obdarzyć nas mocą. Zdaję sobie sprawę, że będzie to coś strasznego, nie chcę, żeby to nastąpiło. Wszyscy udali się już na miejsce spotkania. Zostałem tylko ja i mama, która próbuje mnie uratować. Wszystko wygląda jak w obozie koncentracyjnym. Mama każe mi się wspiąć po wielkim, piętrowym łóżku i schować pod kocem, przy samej ścianie. Ktoś nadchodzi. Zamieram w bezruchu. Pojawia się kilka osób.

Nagle sen trochę się zmienia. Już nie jestem dzieckiem. Wchodzi Palacz, w mundurze gestapo, kilku innych Niemców i Skinner w garniturze. Palacz jest pewny siebie, władczy, rozglądając się po baraku, sprawdzając, czy nikt nie został. Skinner jest zdenerwowany. Widać, że nie chce współpracować, ale nie ma innego wyjścia. A ja jestem Foxem Mulderem. Skinner dostrzega mnie schowanego pomiędzy siennikami. Przez chwilę patrzymy sobie w oczy. Skinner odchodzi, odwracając uwagę Palacza.

Mija sporo czasu, chyba kilka lat. Cała Ziemia znajduje się pod władzą kosmitów, którzy „zeszli” na naszą planetę dzięki rytuałom grupy, z którą mieszkałem jako dziecko. Prawie wszyscy ludzie są kontrolowani psychicznie przez najeźdźców.
Przechodzę operację plastyczną, która całkowicie zmienia mój wygląd. Po latach ukrywania się wracam do FBI, jako ktoś inny. Jedynie Skinner wie, kim naprawdę jestem.
Spotykam Scully. Oczywiście nie poznaje mnie. Jest przygnębiona, „szara”, ale do jakiegoś stopnia ciągle pozostała sobą, zachowała indywidualność i resztki niezależności. Mówię jej kim jestem. Nie wierzy mi. Jest wściekła, że robię sobie takie żarty, Mulder jest martwy i mam jej dać spokój. Uspakajam ją i wreszcie udaje mi się ją przekonać, że to naprawdę ja i teraz działam w podziemiu. Scully z płaczem rzuca mi się na szyję.

Monday, 7 September 2009

Kto śni kogo?



Kto śni kogo?
(sen)

Zaraz na początku snu uświadamiam sobie, że śnię. Jestem zadowolony i zrelaksowany. Chcę odwiedzić farmową społeczność Nueva Vraja Mandala w Hiszpanii, gdzie spędziłem kiedyś ponad rok. Skupiam się na miejscu, ale nic się nie dzieje. Przypominam sobie o pewnej technice – wyobrażam sobie drzwi, które natychmiast pojawiają się przede mną. Mówię na głos: „Kiedy przejdę przez te drzwi, znajdę się w Hiszpanii.” Naciskam klamkę, otwieram drzwi, czuję z drugiej strony podmuch gorącego powietrza i nagle jestem już tam. Jest środek lata, widzę znajome budynki, postacie, drzewa, słyszę rozmowy. Jest tak, jakbym cofnął się w czasie. Serce bije mi mocno z ekscytacji. Jeszcze nigdy nie udało mi się tak bardzo pokierować snem. Niestety z podniecenia tracę ostrość. Szybko wyciągam przed siebie dłonie i skupiam się na nich. Działa. Wszystko się uspakaja i utrwala. Oddycham z ulgą i patrzę na świątynkę. Podchodzę do drzwi, wchodzę do środka. Wow, wszystko jest takie realne. Najmniejszy szczegół. Chcę zobaczyć ołtarz i Bóstwa. Wchodzę do samego pokoju świątynnego. Bóstwa są przepiękne, wydają się nawet piękniejsze niż w rzeczywistości. Nie mogę oderwać od nich oczu. Wreszcie składam pokłon i wychodzę znów na podwórze, gdzie spotykam samego siebie. Próbuję mu udowodnić, że to sen, zapalam się w dyskusji i chyba przez to, tracę świadomość śnienia. Wpadam w normalny sen.

Jego akcja wiąże się jednak z resztą. Teraz to ja przejmuję rolę mieszkańca snu. Śledzę pewną osobę. Kogoś dziwnego, nie pasującego do całości. Zdaję sobie sprawę, że to bardzo potężna postać, która ukrywa jakąś tajemnicę. W miarę jak go śledzę, w moim świecie dzieją się przedziwne rzeczy. Tak, jakby rozsypywała się jego istota. Nic już nie jest normalne, budynki zmieniają swoje miejsce, ludzie znikają, albo zachowują się bardzo dziwnie. Boję się. Wiem, że to wszystko ma coś wspólnego z nieznajomym. Najdziwniejsze jest to, że w jakiś sposób zdaję sobie sprawę, że to tylko jego zabawa.

Wreszcie udaje mi się z nim spotkać. Stoi na szczycie wieżowca i przygląda się ginącemu światu. Wreszcie dostrzega mnie i obdarza znudzonym spojrzeniem. Nie chce mu się ze mną rozmawiać. Nagle uświadamiam sobie coś strasznego. Nie mogę w to uwierzyć, ale wreszcie zbieram się na odwagę i pytam, czy mój świat jest tylko iluzją, snem i czy on pochodzi z prawdziwego świata. Nieznajomy potakuje od niechcenia, w końcu dla niego jestem nikim - bezosobowym elementem sennej fantazji. Odwraca głowę. Nie wiem co zrobić. Odchodzę załamany, wiedząc, że nie mam wpływu na nic, że ten świat jest tylko chwilowym, efemerycznym bytem, który w każdej chwili może rozwiać się w próżni. I tak się dzieje. Znikam.

Sunday, 6 September 2009

Góry, których nie było



Góry, których nie było
(sen)

Zima była mroźna. Choć grube rękawice chroniły ręce, czułem jak mrowią mnie koniuszki palców. Biała para wydawała się kręcić nerwowo w powietrzu, jakby próbując uciec do jakiegoś ciepłego miejsca.
W skupieniu wbiłem wzrok w rozkład autobusów, ale za cholerę nie mogłem nic odczytać. Robaczki liter zlewały się w niezrozumiały bełkot. Przytupywałem dla pobudzenia krążenia.
- Gdzie my w ogóle jedziemy? – spytałem Szymona.
- Przede wszystkim nigdzie blisko.
- Aha – mruknąłem i odwróciłem się do rozanielonej Gosi. – Wiesz coś więcej?
Dziewczyna wysłała mi całusa z pary i mrugnęła. Wzruszyłem ramionami i już chciałem wrócić do lektury chińskiego rozkładu jazdy, kiedy Szymon powiedział:
- No dobra nie ma już na co czekać, idziemy.
I poszliśmy.

W górach, kiedy idzie się przez las w strzelającym mrozie, ma się wrażenie, że to inna planeta. Wystarczy, że w twoim kosmicznym skafandrze pojawi się nieznaczna szpara, a wkrótce skrajna temperatura i brak zdatnego do oddychania powietrza zrobi z ciebie zamrożoną na kość mumię. Tylko, że w ogóle się tym nie przejmowałem. Tak naprawdę było cudownie. Słońce sprawiło, że zima wydawała się przyjazna. Poza tym czułem się wolny. Nieświadomość celu jest dobrym pobudzaczem swobody i niezależności. Oddychałem głęboko, aż paliły mnie płuca. Rozglądałem się z fascynacją dookoła. Znałem to miejsce i ścieżkę. Nieraz tędy szedłem, tyle tylko, że nigdy na jawie. Z radością rozpoznawałem swojskie drzewa i rozległe widoki. Poniżej mogłem widzieć wioski i małe miasteczka, których nigdy nie udało mi się odnaleźć na jawie. A przecież teraz mógłbym po prostu zejść w dół (nieraz tak robiłem) i przejść się znajomymi uliczkami, pozdrowić z zaprzyjaźnionymi sklepikarzami, a może nawet spotkać z wyśnionymi miłościami.

O, w tamtym miasteczku, gdzie ta biała, wysoka wieża kościelna, gra zwykle piękna, żydowska kapela. Grubi chasydzi siedzą w karczmie i grają na cymbałach i lutni, jakby wyszli prosto ze strof Mickiewicza, pijąc wódkę i tańcząc z butelkami na głowach.



A w tamtej wiosce, po drugiej stronie wąwozu, gdzie widać kilka chatek, mieszkają wampiry. Wioska leży tylko kilka kilometrów wyżej od miejsca, w którym się urodziłem, ale na jawie, nigdy nie udało mi się znaleźć do niej drogi. Za to w snach... Poznałem tam piękną wampirzycę i o mały włos nie pobraliśmy się którejś pełni księżyca (bardzo przypadłem do gustu jej ojcu, a to ważna sprawa), ale niestety się obudziłem, a później długo nie mogłem trafić na znajomy szlak. No a teraz... tyle czasu minęło. Pewnie dziewczyna zapomniała i wychowuje już małe wampirki.
Och, jak ja lubię to miejsce. Szkoda, że tak rzadko...

Szliśmy więc, przedzierając się przez zaspy i zarośla, z zachwytem nurzając się w widokach. Nagle wyszliśmy na zieloną polanę. Naprawdę zieloną – soczystą, z kwiatami, pszczołami, malinami i bzem. Zapachniało latem i miodem, ciepły wiatr rozgrzał nam policzki. Poczułem zdziwienie, ale z drugiej strony wcale się nie zmartwiłem, że jest coś nie tak. Wręcz przeciwnie – rozgrzany wesołością i słońcem, ze śmiechem rzuciłem się na trawę i zacząłem nurkować i skakać, jak w roślinnym morzu. Ciekawe, jak to możliwe, żeby w środku zimy znaleźć takie miejsce? Ale mało jest dziwnych wydarzeń? Doszedłem do wniosku, że to była po prostu anomalia tego uroczego zakątka.

- Koniec tego dobrego! – zawołał Szymon, a Gosia nadęła usta i wysłała w moją stronę minę a la świnka. Odpowiedziałem jej miną a la „mam cię gdzieś i przestań się mnie czepiać”, po czym z ociąganiem poszedłem za nimi, wchodząc coraz głębiej w śnieg. Nagle, zaraz za pierwszą linią drzew zobaczyłem półnagiego chłopaka, o długich włosach, który siedział w pozycji lotosu na pniaku ściętego drzewa i wąchał klej z woreczka. Wokół głowy fruwały oszołomione motyle, kwiaty wyrastały mu spod tyłka, wesoło szumiał leśny strumyk. Zrozumiałem. To nie była żadna anomalia. To medytacja tego długowłosego, nastoletniego jogina-narkomana stworzyła letni ogród w środku surowej zimy. Kiedy już miałem wejść w zarośla, obejrzałem się jeszcze raz za siebie. Nie byłem pewny, ale wydawało mi się, że ten młodzieniec, to ja. „Dziwne spotkanie” – pomyślałem – „Zobaczyłem przeszłość, czy to on (ja) zawędrował w przyszłość? A może takie rzeczy na szlaku ze snów są normalką? Pewnie tak.”

Po kilku godzinach Szymon zawołał:
- Zbliżamy się do szczytu!
Odwróciłem się do Gosi.
- Orientujesz się, co nas tam czeka? – spytałem, nie oczekując odpowiedzi. A przynajmniej nic werbalnego.
- Obiad – odpowiedziała, mijając mnie. Zastanowiłem się, czy nie rzucić w nią śnieżką, ale zrezygnowałem. Zrobiła balon z gumy i zaczęła nucić melodię z „Przygód Baltazara Gąbki”. Co mi tam. Jest fajnie.



Na szczycie stała piękna restauracja. Wegetariańskie potrawy z całego świata kusiły zapachami wypływającymi przez okna. Otrzepaliśmy buty ze śniegu i nieśmiało zapukaliśmy do drzwi. Otwarła mi moja narzeczona – wampirzyca.
- O... – wyjąkałem. – Nie wiedziałem, że tu pracujesz.
- Cześć Marcin – powiedziała z uśmiechem i ucałowała nie w policzek. Te same ciemne, wilgotne oczy. Twarde piersi, opierające się o mnie. Prawie zapomniałem o dwóch lśniących kłach, wystających z kącików ust. Sweet. – Szlak jest pełen niespodzianek, przecież wiesz - dodała.
- Wiem.
- To wchodź. Rozgość się. Obiad już czeka. No i wódka z głogu i tarniny. Twoja ulubiona.
Coraz szerszy uśmiech zakwitł mi na twarzy. Orkiestra była już gotowa. Oniryczni podróżni ściszyli głosy. Jankiel zawinął sobie pejsy za uszy i uderzył w cymbały. Gosia pokazała na krzesło obok siebie. Zajęła mi miejsce.




Czarownice i Aleksyj



Czarownice i Aleksyj
(sen)

Ścigają mnie wiedźmy. Jest środek nocy. Zachmurzone niebo nie przepuszcza światła gwiazd ani księżyca. Biegnę przerażony, pomiędzy drzewami, ale wiedźmy w końcu dopadają mnie, obok rzeki, nad urwiskiem. Wołam o pomoc, choć wiem, że już nikt nie jest w stanie mi pomóc. Widzę wykrzywione nienawiścią i mrokiem, twarze kobiet, zniżających lot mioteł. Na ścieżce, pod urwiskiem dostrzegam przechadzającego się chłopaka. Krzyczę do niego. Chłopiec podnosi głowę, widzi mnie, ale nie wie co zrobić. Dopiero kiedy jedna z czarownic zaczyna lecieć w jego stronę, zdaje sobie sprawę, że musi uciekać.

Teraz ja jestem tym chłopakiem. Mam konia. Wsiadam na niego i sunę na swoim wierzchowcu tak szybko, jak to tylko możliwe. W uszach świszcze mi wiatr. Odwracam się i widzę, że wiedźma wyrzuciła miotłę i ściga mnie pieszo. Niestety, wcale nie jest przez to powolniejsza, dogania mnie. Porusza się w taki dziwny, ohydny sposób, jakby przeskakiwała o kilka klatek w filmie. Przypomina mi to atmosferę „Ringu”. Serce bije mi coraz mocniej, czuję jej zimny oddech na plecach. Jestem na moście i nagle, zamiast galopować prosto, skręcam w bok i razem z koniem wpadamy do czarnej rzeki. Udaje mi się uciec.

Nie wiem jak, ale znalazłem się w domu. Wchodzę do kuchni i z przerażeniem widzę, że stoi tam pełno klatek z małymi wiedźmami. Przyglądam się im bliżej i nagle uświadamiam sobie, że to nie czarownice, ale mężczyźni, każdy wyglądający jak Aleksyj. Otwieram jedną z klatek. Wychodzi z niej mały, włochaty, brodaty Aleksyj, z ogonem. Chcę sprawdzić, czy to „siła nieczysta” i robię znak krzyża. Aleksyj wykrzywia ze wstrętem twarz i odsuwa się aż pod samą ścianę. Ciężko dyszy. Podchodzę bliżej, podnoszę mu sweter (gruby i wełniany) i rysuję palcem krzyż na owłosionym brzuchu. Natychmiast pojawia się na nim czerwony, dymiący znak. Atmosfera nie jest już straszna, ale raczej śmieszno-głupawa, staropolska. Mówię na głos kilka linijek z „Wierzę w Boga Ojca”. Działa - Aleksyj jęczy. Próbuję indyjskiej mantry, ale on uśmiecha się tylko i mówi, że to nie zadziała, ponieważ pochodzi z innego kręgu kulturowego. Mam już dosyć tego durnego snu. Chcę się obudzić.

Saturday, 5 September 2009

Hiszpańskie żony



Hiszpańskie żony
(sen)

Idę ulicą. Przechodząc obok starej fontanny, uświadamiam sobie, że starożytna rzeźba kryje w sobie jakiś mechanizm. Uruchamiam go i nagle spod ziemi wysuwają się cokoły, będące częścią podziemnej konstrukcji. Na cokołach stoją przepiękne, młodziutkie, hiszpańskie żony. Okazuje się, że czekały w ziemi od tysięcy lat, schowane tam jeszcze za poprzedniej cywilizacji, jako rezerwa żon. Cywilizacja upadła, ale rezerwa jakimś cudem się zachowała. Wkrótce wieści się rozchodzą. Jest miła, zrelaksowana atmosfera. Mężczyźni podchodzą, rozglądają się, wybierają sobie żonkę, według gustu, a wybór niełatwy, ponieważ każda jest piękna i każda od razu cię kocha.

Również wybieram sobie jedną, ale okazuje się, że coś jest z nią nie tak – postanawia, że choć mnie kocha, będę tylko jej przyjacielem, a ona wyjdzie za kogoś innego. W ten sposób będziemy zawsze mogli rozmyślać i delektować się niespełnioną miłością. W ogóle mi się to nie podoba i zastanawiam się, dlaczego zawsze muszę mieć takiego pecha.

A później lekka zmiana – to już nie tylko żony, ale całe rodziny wychodzą spod ziemi i osiedlają się u nas. Imigranci z przeszłości, którym udało się przetrwać zagładę Atlantydy. Od razu pojawia się konflikt pomiędzy ludźmi z przeszłości i teraźniejszości.
Nie podoba mi się to. Wskakuję na murek i zaczynam przemawiać po hiszpańsku. Mówię, że powinniśmy się szanować i kochać, że to wspaniała okazja, żeby uczyć się od siebie, mamy sobie tak wiele do ofiarowania. Pueblo unido jamas sera vencido. Nagle zdaję sobie sprawę, że ponieważ przemawiam tylko po hiszpańsku, Hiszpanie mogą myśleć, że „piję” tylko do nich, robię więc drugą wersję przemowy, tym razem po polsku.

Wszyscy są zawstydzeni swoim egoizmem. W końcu padają sobie w objęcia i mieszkańcy miasta zabierają podziemnych Hiszpanów – Atlantydów do swoich domów.
Jestem szczęśliwy, zadowolony z siebie, z tego, co udało mi się dokonać. Zeskakuję z murku i idę przed siebie, czekając, aż mnie też ktoś obejmie i doceni, jak w prawdziwym happy endzie. Rozglądam się za „moją” hiszpańską żoną, ale widocznie znalazła już kogoś, z kim będzie mogła nieszczęśliwie żyć i rozpalać w ten sposób naszą niespełnioną miłość. Wzdycham ciężko, wzruszam ramionami i samotny odchodzę.



Dwa świadome sny



Dwa świadome sny

1. Byłem małym chłopcem...

Byłem małym chłopcem. Sen zaczyna się, kiedy razem z ojcem przeprowadzamy się do nieprzyjaznego, wielkiego miasta. W naszej dzielnicy panuje nędza, duża przestępczość, sami imigranci, głównie kolorowi. Nie chcę tam mieszkać, tęsknię za mamą, ale tata mówi, że to tylko na chwilę, aż jakoś nie staniemy na nogi. Chwila zamienia się w lata i w końcu zdaję sobie sprawę, że czuję się tam jak w domu. Jestem dzieckiem ulicy. Często muszę uciekać albo przed policją, albo bandytami, ale zwykle mi się udaje, znam miasto jak własną kieszeń.
W trakcie jednej z ucieczek odkrywam, że potrafię latać. Od tego momentu moje nastawienie do świata zmienia się diametralnie. Już nie martwię się walką o przetrwanie. Życie staje się zabawą.

W czasie jednej z podniebnych eskapad wlatuję do starej, opuszczonej fabryki. Strzelam kilka piruetów pod odległym sufitem, rozbijam szyby kopnięciami i kamieniami. Nagle dostrzegam ogromne, kryształowe lustro. Podfruwam bliżej, przyglądam się swojemu odbiciu... To tylko sen! Nie podoba mi się moje odbicie. Odwracam się od lustra i przybliżam do oczu dłonie. W jakiś sposób, „utrwala” to otaczającą mnie rzeczywistość. Wszystko staje się dotykalne i materialne. Postanawiam pozwiedzać ten „wyśniony” świat. Wylatuję na zewnątrz. Przyglądam się z uwagą niebieskiemu niebu, latam jak szalony, to wzbijając się wysoko w górę, to opadając prawie do samej ziemi. Teraz, wiedząc, że to sen, wszystko mnie fascynuje. Jak to możliwe, że widzę tyle szczegółów? To wszystko stworzył mój umysł? Zbliżam się do wysokich słupów trakcyjnych. Zastanawiam się, czy coś poczuję przelatując przez druty, ale nic się nie dzieje.

W pewnym momencie obraz staje się niewyraźny, traci trójwymiarowość, jest martwy i nijaki. Lecę teraz nad wodą, tzn. nad plażą, widzę ludzi pływających w morzu, opalających się na piasku, rozróżniam ich twarze, staram się zapamiętać jak najwięcej szczegółów, ale pomimo tego tracę ostrość coraz bardziej. Postanawiam spróbować afirmacji. Wołam: „Wszystko staje się wyraźniejsze!”. Mój głos jest przytłumiony, słyszę go jakby z oddali. Uzyskuję tylko niewielkie rozjaśnienie obrazu. Wreszcie, po krótkiej walce, wpadam do innego snu i choć ciągle jest realistyczny, wyraźny i ciągle fruwam, tracę jednak świadomość śnienia (...)



2. Smakowanie

To był normalny, zakręcony sen, nie pamiętam nawet za bardzo, o co chodziło, ale nagle, w środku całego zamieszania uświadomiłem sobie, że śnię. Natychmiast poczułem, że nie muszę już brać udziału w gonitwach i głupich sprawach. Porzuciłem zdezorientowanych uczestników akcji, której jeszcze przed chwilą byłem głównym bohaterem. Postanowiłem poeksperymentować. Była noc, więc trudno było mi się skupić na jakichś przedmiotach – z powodu ciemności wszystko było trochę rozmyte i niewyraźne. Zacząłem przywoływać różne fakty z prawdziwego życia: jak mam na imię, gdzie mieszkam, jak ma na imię moja żona, etc. Udało się. Moja świadomość stawała się coraz jaśniejsza, ale niestety otaczająca rzeczywistość zaczęła wymykać mi się z rąk. Walczyłem. Szkoda mi było zmarnować okazję zbadania królestwa snów. Nieczęsto trafia się taka gratka.

Rozglądałem się gorączkowo, aż wreszcie zauważyłem otwarty jeszcze bar. Wbiegłem do środka, ciesząc się z zapalonych świateł i gwaru głosów. Rzeczywistość odzyskała formę i stabilność. Postanowiłem sprawdzić jak we śnie działa smak. Poprosiłem o piwo. Nie smakowało dobrze, tak jakby było zwietrzałe, albo raczej, jakby było tylko bladym wspomnieniem piwa. Później kupiłem lizaka, który miał już intensywny, słodki, owocowy smak. Niestety za bardzo skupiłem się na wrażeniach, zapominając o tym, że muszę przypominać sobie, że to sen. Po chwili znów wpadłem w zwykłe śnienie.