Sunday, 6 September 2009

Góry, których nie było



Góry, których nie było
(sen)

Zima była mroźna. Choć grube rękawice chroniły ręce, czułem jak mrowią mnie koniuszki palców. Biała para wydawała się kręcić nerwowo w powietrzu, jakby próbując uciec do jakiegoś ciepłego miejsca.
W skupieniu wbiłem wzrok w rozkład autobusów, ale za cholerę nie mogłem nic odczytać. Robaczki liter zlewały się w niezrozumiały bełkot. Przytupywałem dla pobudzenia krążenia.
- Gdzie my w ogóle jedziemy? – spytałem Szymona.
- Przede wszystkim nigdzie blisko.
- Aha – mruknąłem i odwróciłem się do rozanielonej Gosi. – Wiesz coś więcej?
Dziewczyna wysłała mi całusa z pary i mrugnęła. Wzruszyłem ramionami i już chciałem wrócić do lektury chińskiego rozkładu jazdy, kiedy Szymon powiedział:
- No dobra nie ma już na co czekać, idziemy.
I poszliśmy.

W górach, kiedy idzie się przez las w strzelającym mrozie, ma się wrażenie, że to inna planeta. Wystarczy, że w twoim kosmicznym skafandrze pojawi się nieznaczna szpara, a wkrótce skrajna temperatura i brak zdatnego do oddychania powietrza zrobi z ciebie zamrożoną na kość mumię. Tylko, że w ogóle się tym nie przejmowałem. Tak naprawdę było cudownie. Słońce sprawiło, że zima wydawała się przyjazna. Poza tym czułem się wolny. Nieświadomość celu jest dobrym pobudzaczem swobody i niezależności. Oddychałem głęboko, aż paliły mnie płuca. Rozglądałem się z fascynacją dookoła. Znałem to miejsce i ścieżkę. Nieraz tędy szedłem, tyle tylko, że nigdy na jawie. Z radością rozpoznawałem swojskie drzewa i rozległe widoki. Poniżej mogłem widzieć wioski i małe miasteczka, których nigdy nie udało mi się odnaleźć na jawie. A przecież teraz mógłbym po prostu zejść w dół (nieraz tak robiłem) i przejść się znajomymi uliczkami, pozdrowić z zaprzyjaźnionymi sklepikarzami, a może nawet spotkać z wyśnionymi miłościami.

O, w tamtym miasteczku, gdzie ta biała, wysoka wieża kościelna, gra zwykle piękna, żydowska kapela. Grubi chasydzi siedzą w karczmie i grają na cymbałach i lutni, jakby wyszli prosto ze strof Mickiewicza, pijąc wódkę i tańcząc z butelkami na głowach.



A w tamtej wiosce, po drugiej stronie wąwozu, gdzie widać kilka chatek, mieszkają wampiry. Wioska leży tylko kilka kilometrów wyżej od miejsca, w którym się urodziłem, ale na jawie, nigdy nie udało mi się znaleźć do niej drogi. Za to w snach... Poznałem tam piękną wampirzycę i o mały włos nie pobraliśmy się którejś pełni księżyca (bardzo przypadłem do gustu jej ojcu, a to ważna sprawa), ale niestety się obudziłem, a później długo nie mogłem trafić na znajomy szlak. No a teraz... tyle czasu minęło. Pewnie dziewczyna zapomniała i wychowuje już małe wampirki.
Och, jak ja lubię to miejsce. Szkoda, że tak rzadko...

Szliśmy więc, przedzierając się przez zaspy i zarośla, z zachwytem nurzając się w widokach. Nagle wyszliśmy na zieloną polanę. Naprawdę zieloną – soczystą, z kwiatami, pszczołami, malinami i bzem. Zapachniało latem i miodem, ciepły wiatr rozgrzał nam policzki. Poczułem zdziwienie, ale z drugiej strony wcale się nie zmartwiłem, że jest coś nie tak. Wręcz przeciwnie – rozgrzany wesołością i słońcem, ze śmiechem rzuciłem się na trawę i zacząłem nurkować i skakać, jak w roślinnym morzu. Ciekawe, jak to możliwe, żeby w środku zimy znaleźć takie miejsce? Ale mało jest dziwnych wydarzeń? Doszedłem do wniosku, że to była po prostu anomalia tego uroczego zakątka.

- Koniec tego dobrego! – zawołał Szymon, a Gosia nadęła usta i wysłała w moją stronę minę a la świnka. Odpowiedziałem jej miną a la „mam cię gdzieś i przestań się mnie czepiać”, po czym z ociąganiem poszedłem za nimi, wchodząc coraz głębiej w śnieg. Nagle, zaraz za pierwszą linią drzew zobaczyłem półnagiego chłopaka, o długich włosach, który siedział w pozycji lotosu na pniaku ściętego drzewa i wąchał klej z woreczka. Wokół głowy fruwały oszołomione motyle, kwiaty wyrastały mu spod tyłka, wesoło szumiał leśny strumyk. Zrozumiałem. To nie była żadna anomalia. To medytacja tego długowłosego, nastoletniego jogina-narkomana stworzyła letni ogród w środku surowej zimy. Kiedy już miałem wejść w zarośla, obejrzałem się jeszcze raz za siebie. Nie byłem pewny, ale wydawało mi się, że ten młodzieniec, to ja. „Dziwne spotkanie” – pomyślałem – „Zobaczyłem przeszłość, czy to on (ja) zawędrował w przyszłość? A może takie rzeczy na szlaku ze snów są normalką? Pewnie tak.”

Po kilku godzinach Szymon zawołał:
- Zbliżamy się do szczytu!
Odwróciłem się do Gosi.
- Orientujesz się, co nas tam czeka? – spytałem, nie oczekując odpowiedzi. A przynajmniej nic werbalnego.
- Obiad – odpowiedziała, mijając mnie. Zastanowiłem się, czy nie rzucić w nią śnieżką, ale zrezygnowałem. Zrobiła balon z gumy i zaczęła nucić melodię z „Przygód Baltazara Gąbki”. Co mi tam. Jest fajnie.



Na szczycie stała piękna restauracja. Wegetariańskie potrawy z całego świata kusiły zapachami wypływającymi przez okna. Otrzepaliśmy buty ze śniegu i nieśmiało zapukaliśmy do drzwi. Otwarła mi moja narzeczona – wampirzyca.
- O... – wyjąkałem. – Nie wiedziałem, że tu pracujesz.
- Cześć Marcin – powiedziała z uśmiechem i ucałowała nie w policzek. Te same ciemne, wilgotne oczy. Twarde piersi, opierające się o mnie. Prawie zapomniałem o dwóch lśniących kłach, wystających z kącików ust. Sweet. – Szlak jest pełen niespodzianek, przecież wiesz - dodała.
- Wiem.
- To wchodź. Rozgość się. Obiad już czeka. No i wódka z głogu i tarniny. Twoja ulubiona.
Coraz szerszy uśmiech zakwitł mi na twarzy. Orkiestra była już gotowa. Oniryczni podróżni ściszyli głosy. Jankiel zawinął sobie pejsy za uszy i uderzył w cymbały. Gosia pokazała na krzesło obok siebie. Zajęła mi miejsce.




5 comments:

  1. Dobrze jest mieć takie miejsca. We śnie lub na jawie, ale dobrze jest je mieć. Bez nich człowiek mógłby doszczętnie oszaleć. Pozdrawiam i dzięki za dobrą lekturę :)

    ReplyDelete
  2. prze,przefajne! choc dziwnie czyta sie o sniegu, kiedy jeszcze trwa lato.

    ReplyDelete
  3. nigdy nie piłam wódki z głogu.

    ReplyDelete
  4. Ja piłem ją tylko w snach:). Jest złota, kiedy wpływa w żyły czujesz się coraz młodszy i silniejszy, kochasz cały świat, a następnego dnia wcale nie ma się po niej kaca:)

    ReplyDelete