Wednesday, 9 September 2009

Ucieczka z Cesarstwa



Ucieczka z Cesarstwa
(sen)

Żyję w Cesarstwie Austriacko-Węgierskim. Jestem anarchistą i łotrzykiem, który walczy o wolność Polski. Atmosfera snu humorystyczna i wesoła, jakby prosto z powieści Jaroslava Haska.
Postanawiam uciec z Cesarstwa i przedostać się na stronę polską, kontrolowaną przez partyzantów. Wydaje się, że istnieje małe, niezależne i nieuznawanie przez świat państewko polskie, które partyzanci „odłupali” od Cesarstwa. Mieszkam w małym, leśnym dworku. Wieczorem, przed wyprawą, żegnam się z rodziną i przyjaciółmi. Wychodząc natykam się na mieszkańca wsi, o którym wszyscy wiedzą, że jest kapusiem. Upiera się, że chce iść ze mną i niechętnie się zgadzam. Po kilku godzinach drogi zdaję sobie jednak sprawę, że facet wcześniej czy później mnie wyda. Z bólem serca, zakradam się do niego i wbijam mu bagnet, po samą rękojeść. Wzdycham ciężko, ale martwię się tylko przez chwilę – to nie jest sen z tych ciężkich. Wszystko jest przygodą.

Teraz muszę przedostać się przez rzekę, ciężko jednak, bo przeprawę obstawiają uzbrojeni żołnierze. Siedzę w krzakach i przypatruję się ubranym w austriackie mundury ludziom. Jakoś jednak udaje mi się przemknąć. Przepływam rzekę, chroniąc się za unoszącym się na wodzie pienkiem. No a tereny za rzeką znam przecież jak własną kieszeń. To mój dom. Wystarczy, że przejdę ten lasek na szczycie góry, a za nim zaczynają się już tereny kontrolowane przez partyzantów.

Jestem już w połowie drogi do góry, kiedy natykam się na kolejny posterunek. Tym razem na szczęście jest w nim tylko jeden żołnierz – tłusty obżartuch, postać kompletnie Szwejkowska. Wyjaśniam mu, że jestem znanym kucharzem na dworze Cesarza Ferdynanda i właśnie zbieram tutaj pieczarki, które w całym Cesarstwie uznawane są za najlepsze. Muszę mu to jakoś udowodnić. Zbieram pieczarki, cebulki szalotki, znajduję trochę ziemniaków i gotuję dla niego prawdziwą ucztę.

Kiedy wychodzę z kuchni, okazuje się, że żołnierza nie ma. Widać nie był taki głupi na jakiego wyglądał i pobiegł po posiłki. Czas na mnie. Uciekam ile sił w nogach. Pod koniec muszę przedzierać się przez hałdy dokumentów, książek i papieru. Kiedy jestem już prawie po drugiej stronie, nagle jest nas dwóch – ja i zapalony gołowąs. Nagle moja tożsamość przechodzi na niego. Udaje nam się przebić przez ścianę makulatury.
Przez chwilę boję się, że mężczyzna biegnący w naszą stronę, to żołnierz austriacki, ale kiedy zagaduje czystą polszczyzną, oddycham z ulgą. Rzuca nam się na szyję. Czekali na nas.

2 comments:

  1. o!
    znów rzucanie się na szyję :-))
    mnie się tylko futro rzuca :-)))
    ups!
    głupawka!

    ReplyDelete
  2. To chyba jednak ciężki sen:) Jak zawsze ciekawie opowiedziane.

    ReplyDelete