Wróciłem właśnie z pracowni. Drukowałem materiały na serię "10 kolaży o miłości i rewolucji", tak że przy następnych odwiedzinach w pracowni, będę mógł już zacząć właściwy proces twórczy.
Wczoraj wpadła A. Posiedzieliśmy przy vino verde, pogadaliśmy, pośmialiśmy się, a o 23 wzięła ubera do siebie. Rano leciutki kac, ale nic drastycznego. Jutro jadę zrobić do niej pranie.
A co dzisiaj? Jeszcze wczesna godzina. Chyba pójdę na dłuższy spacer, może nie będzie lało cały czas, a mam ochotę połazić z muzyką na uszach.
Nastrój? I'm OK. Szału nie ma, ale też nie męczą mnie egzystencjalne rozkminy za bardzo. Staram się podchodzić do życia "one step at a time". Najlepiej. Ostatnie kilka dni zacząłem za bardzo się przejmować podjętymi zobowiązaniami, a szczególnie audycją (o czym mam gadać? Czy się nie zbłaźnię? Czy nie będę nudny?), a to bez sensu. Na bieżąco najlepiej podchodzić do rzeczy.
Kasą się martwię trochę. Nie zapowiadają się większe wpływy, a przydałoby się dolać diesla do Włóczęgi, plus jedzenie, herbata w Kali, liquid do e-peta. No nie ma tych potrzeb za dużo, ale też prawie nic nie wpływa do kasy. Dzisiaj wystawiłem jednego Rebel Boxa na licytację na opłatę studiów dla studentów z Gazy, ale jutro albo pojutrze zrobię jakiś post sprzedażowy dla siebie.
To tyle na dzisiaj.
Over.

No comments:
Post a Comment