Wednesday, 27 February 2019
Dziewczyny Starszych Panów - Księżycowy Terrorysta
I taka piosenka mi się dzisiaj zrobiła...
Dziewczyny Starszych Panów
(Jeremiemu Przyborze i Jerzemu Wasowskiemu)
Dziewczyny odmienne, dziewczyny jesienne,
Te smutne na Stacyjce Zdrój o miłości bezcennej,
Wesołe harcerki i podstępne wdowy w hotelu,
i nawet zimowe, o sercach wykutych w kamieniu.
W kawiarence Sułtan, siedzi pani z żółtą różą,
a obok siedzi pan co tę różę miał i jej dał,
i już ten pan i pani zostali w tej kawiarni,
znalazłem ich kiedyś na półce w niewielkiej księgarni.
Lekkości w miłości szukają Dwaj Starsi Panowie,
i nawet niewiernej kobiecie nazbierają kwiatów.
A kiedy przy starym piecyku, zagaisz rozmową,
z łagodnym uśmiechem odpowiedzą słodką melodią.
Dziewczyny odmienne, dziewczyny jesienne,
te z chryzantemami, na stacyjce Zdrój,
wśród wojen i wichrów, chciwości i zła,
wśród głupoty, krzyków, od złego mnie zbaw.
W bezkresie kosmosu, materii chaosu,
i trwogi i drżenia, znikają marzenia,
tę gęby paskudne, te dusze obłudne,
pieniądze i chwała, oszustwo i blichtr.
Nie patrzę w tę stronę, bo brzydzę się tym...
...na niebie niziutkim twe imię jak dym,
przy zielonej furtce ty stoisz nieśmiało,
i głosy wzruszone, i twoje i moje.
A potem cień... i wszystko znika,
i już umyka ta cicha stacyjka.
Lekkości w miłości szukają ci starsi panowie,
jak strumyk lśni smutkiem opowieść na ziemi jałowej.
Tuesday, 26 February 2019
Taki tydzień, proszę pani
Sam nie wiem, dlaczego siadłem za klawiaturą. Może, żeby zająć umysł w tym poczuciu wewnętrznej dysharmonii i rozczarowania.
Po 9 dniach w schronisku jestem wykończony. To był ciężki tydzień. Najpierw okazało się, że szef przyjeżdża na cały tydzień z rodziną. Praca wtedy jest wykańczająca. Dużo gotowania, turyści, a przy tym cała kuchnia pełna głośnych dzieciaków, bałagan, chaos. Kiedy wreszcie wyjechali, w sobotę zrobiła się w kuchni pijacka impreza. Przyszli znajomi, którzy są głośni, dużo piją, nie zwracają uwagi na innych. Wreszcie w środku nocy rozgoniłem towarzystwo. O mały włos nie skończyło się bójką. Wszyscy się obrazili. Później dwa dni byłem sam w bacówce, ale też nie odpocząłem, stres zamiast się skończyć, stał się jeszcze gorszy. Telefoniczne szarpanie się z M. poczucie bezsensu, nielojalności, zdrady, chłodu, niemożność porozumienia. Kiedy dziś po południu zjawił się Mateo, zarzuciłem na plecy swoje rzeczy i bez energii, bezmyślnie pomaszerowałem przez las po topniejącym, brudnym śniegu, drapiąc ugryzienia po pluskwach.
W domu było mroźno. Napaliłem w piecach, rozpakowałem się, zalałem zupkę chińską i zjadłem z kawałkiem chleba, serem i garścią pieczarek marynowanych. Przy jedzeniu zerkałem na odcinek Friendsów w telewizji. Ross jest z Emily, niedługo się jej oświadczy, a później wszystko się im rozwali.
Mam teraz tydzień wolnego. Nie wiem, co z nim zrobię. Czuję emocjonalne wyczerpanie, wszystkie uczucia są jak za szybą. Tylko napięcie i niepokój są wyraźne. I jeszcze żal do niej. Że przecież wszystko mogłoby być takie jasne, normalne i spokojne, gdyby tylko...
Na pewno pojadę gdzieś samochodem. To moja główna terapia. Jeszcze nie wiem, gdzie, ale to nie ma znaczenia.
Dostałem zaproszenie na imprezę urodzinową od koleżanki, ale raczej nie pójdę. Impreza jest w schronisku, a po tych ostatnich dniach mam dość bacówki, a zresztą po ostatnich kwasach z Marem i w ogóle, nie chce mi się być z ludźmi. Męczy mnie towarzystwo, pijaństwo, hałas. Nie chcę być z obcymi ludźmi. Potrzebuję bliskości, intymności, ciepła i miłości. Wszystkie inne interakcje są teraz jak ból zęba.
Ostatnio najbliższe relacje mam z bohaterami książek. W ostatnich tygodniach zanurzyłem się w klasyce i dało mi to dużo radości. Wojna i pokój, Anna Karenina, Zmartwychwstanie, Błoto słodsze niż miód (to akurat reportaż), a wczoraj Pożegnanie z bronią, i dzisiaj 1984 Orwella. Nie mam najmniejszej ochoty na literaturę współczesną, choć czeka na mnie ostatnia powieść Murakamiego. Zostanie na później. Pożegnanie z bronią bardzo dobrze mi się wczoraj czytało. Miłość opisana przez Hemingway'a dała mi poczucie jasności. Świadomość czym jest prawdziwa miłość, a czym nie jest, złagodziła krawędzie i pozwoliła spokojnie zasnąć. Wiedząc, że wszystko ze mną w porządku, że nie oczekuję za dużo, że tak powinno być, że tym jest prawdziwe uczucie, uspokojony zamknąłem oczy i niezauważalnie odpłynąłem przy prawie niesłyszalnych dźwiękach słowackiego radia.
Choć jest już w miarę ciepło, to od grubych, przedwojennych murów ciągle wieje chłodem. Za pół godziny woda na kąpiel będzie już nagrzana. Zanurzę się w pianie i spróbuję nie myśleć. Chcę tylko czuć ciepłość, mokrość i spod zmrużonych powiek patrzeć na blask świeczek.
Thursday, 31 January 2019
Ciąg dalszy
Trzyma mnie ciężar, już kolejny dzień (albo tydzień). Dużo wewnętrznej pracy, wcale nie łatwej. Mam nadzieję, że coś z niej wyniknie.
Kiedy jechałem dziś samochodem (śnieg poschodził z szos, ale poza tym wszędzie pełno śniegu, szczególnie na szczytach gór), pomyślałem, że są różne rodzaje zerwania. Na przykład, kiedy zerwałem z Petrą, to było łatwe. Wygasło między nami uczucie, chciałem być już sam, a później dużo o niej już nie myślałem. Ot, koleżeńsko, życząc jej wszystkiego dobrego.
Z M. jest inaczej. Zerwałem z nią wbrew sercu. Ciągle ją kocham, ale po prostu zdałem sobie sprawę, że muszę zerwać, ponieważ ten związek nie jest dla mnie dobry. Chciałem stworzyć nam dom, żyć razem, zbliżyć się, mieć tę szczególną, jedyną osobę, najbliższą duszę. Na ten moment, patrząc, co się stało, nie mam pojęcia czego ona chciała, ale na pewno nie tego. Po półtora roku, zamiast być bliżej, byliśmy coraz dalej. Ona odcinała się coraz bardziej, była skryta, miała tajemnice nie zwierzała się, a ja w sumie też przestałem, bo nieraz mi się oberwało, kiedy jakąś myślą ją niespodziewanie obraziłem. Nie rozumiem dlaczego była między nami taka dysharmonia. Czuję, że nie z mojej winy, bo przecież właśnie szczerość i bezpośredniość zawsze były moimi priorytetami. Uwielbiam to uczucie jasności i przejrzystości. Szczególnie między partnerami.Nie wyobrażam sobie relacji bez tego. Ale może ja też coś zawiniłem. Nie mam pojęcia. Może kiedyś to jaśniej zobaczę. Tak czy inaczej tęsknię za nią i tymi dobrymi chwilami, które przecież też się zdarzały. Ale nawet w tych najlepszych chwilach zawsze wisiała jakaś chmura; tą chmurą było oczekiwanie, kiedy coś się znów spieprzy, i jeśli się spieprzy (nie jeśli, ale kiedy), to czy nie będzie to przypadkiem ostatni raz. Nawet kiedy się kochaliśmy, to za każdym razem robiłem to tak, jakby to miał być ostatni raz. Plusem takiego nastawienia na pewno była intensywność, ale na pewno nie poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Tego nie udało nam się osiągnąć.
Czy naprawdę myślę, że to już koniec-koniec? Przecież wcześniej były inne zakończenia. Tak. Już nigdy nie wrócę do niej. Zaczynam nowy etap. Choć jego początki są ciężkie, przyznaję się.
Słucham sobie babskiej muzyki. Piję drinka z soku jabłkowego z białym rumem. Wypuszczam gęste obłoki pary z mojego elektronika, jak prawdziwy hipster. Jutro mam jeszcze wolne, ale na weekend wracam do pracy. Potrzebuję gotówki na podróż, więc wziąłem dodatkowe zmiany, choć 9 dni na górze to będzie wyczerpujące. Co jeszcze? Kiepsko sypiam. Budzę się nad ranem i już nie daję rady zasnąć. Odkryłem piękny serial, "Derek". Szkoda, że tak mało odcinków, bo naprawdę rozgrzewał serce. Dziś na obiad kiełbaski sojowe i liście winogron nadziewane ryżem.
Jesteście gdzieś tam, Moi Ludzie?
Wednesday, 30 January 2019
Reminiscencje
Friday, 23 April 2010

Dziewięć dni obfitości 1
Gdybym był ornitologiem, wiedziałbym, co to za ptak. A tak to nie wiem. Słucham tylko płaczliwych nawoływań i wyobrażam sobie, że woła kolegę. Leżę z nosem w trawie. Jedenasta rano, pierwszego dnia urlopu. Po raz pierwszy od tygodnia niebo przecinają smugi samolotów, którym niestraszny już islandzki wulkan. Wszystko powoli wraca do normy. A ja się cieszę wolnością.
Postanowiłem przez te kilka dni prowadzić dziennik. W ten sposób być może zmobilizuję się do świeżego postrzegania świata.
Rano spakowałem do torby:
- piłeczki do żonglowania
- „Księgę Jesiennych Demonów” Grzędowicza
- „Write Great Fiction” – gdyby chciało mi się postudiować
- butelkę wina z RPA
- komórkę – gdybym doszedł do etapu szukania kompana
- dyktafon – żeby nie zmarnować dobrych pomysłów
i przyjechałem na rowerze na Downsy. Coś w rodzaju wielkiej łąki za miastem, zakończonej klifem. Słońce już prawie wakacyjne, miło przygrzewa plecy. Ludzi prawie nie ma. Garstka starszych pań oprowadzająca psy i zbierająca psie gówienka do woreczków, grupka małolatów, pewnie na wagarach, pijąca piwo i popisująca się na cały głos. Przebiegła dziewczyna opleciona kablami, słuchawkami i miernikami pulsu, temperatury ciała, poziomu soli i przebytego dystansu. Trochę relaksującego joggingu z rana to sama radość.
***
Natomiast wewnątrz – tak, jak mówiłem, cieszę się wolnością. Jest jeszcze przed południem, czeka mnie więc cały dzień robienia tego, co chcę. Niech żyje słodkie nieróbstwo. Kiedy już się wyleżę na łące, pojadę rowerem wzdłuż klifu, wypatrując wspinaczy, postoję na moście wiszącym, zjem nuddle w chińskim fastfudzie, wypiję piwo w portowym pubie dla staruszków, usiądę na ławce w centrum i będę przyglądał się ubranym na lato dziewczynom.
A może nie zrobię nic z tego i przeleżę cały dzień na łące.
* * *
Zabrałem się za żonglowanie i uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać mp3jki. A niech to. Trzeba będzie poszukać wewnętrznej muzyki. Szczekanie psa, warkot helikoptera, szelest liści poruszanych (niespodziewanie) chłodnym wiatrem, skrzypienie drzewa, krakanie wrony, melodia busika z lodami. Brakuje basów.
* * *
Zadzwoniła Tania. Spytała kiedy będę, bo tęskni. Powiedziała też, że zostawi mi gary do umycia, bo ona robi pranie, musi więc być sprawiedliwie.
* * *
A później odwiedził mnie John. Przyjechał samochodem. Zadzwonił. Chciałem wyjaśnić mu, gdzie leżę. Nie mogliśmy się dogadać. Wreszcie stanął na dachu samochodu. Zobaczyłem go, ale nie udało się wyjaśnić mu, gdzie jestem. Podjechałem rowerem. Napił się łyka wina, porozmawialiśmy o jego doświadczeniu z ayahuasca w Londynie trzy dni temu. Nie podobało mu się. Zamiast duchowych odlotów, utknął w wizjach przemocy i koszmarów. O drugiej miał zacząć pracę. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy mógłby się wykręcić, ale zwyciężyło poczucie obowiązku. I znów jestem sam. Do tego głodny.
* * *
Przekąsiłem co nieco, po czym popedałowałem do naleśnikarni Kristoffa. Jak zwykle budka otoczona była znajomymi twarzami. Bee – wietnamska francuska, z wielkim brzuchem (ciążowym, nie tłustym), David – wokal i gitarzysta z Vamos, poznałem też Carlosa z Barcelony, który od niedawna gra w Vamos na cajonie. Miło się rozmawiało. Może jutro zagramy razem. Zaproszono ich na dużą imprezę prywatną. Kilka razy przymierzaliśmy się już do wspólnego koncertu, ale nigdy nie było okazji spróbować.
Po cappuccino i pogawędce, odwiedziłem kibel w McDonaldzie i wróciłem do domu.
Gary czekały. Zaraz wstawię wodę i wezmę się za jedyną dzisiaj robotę.


Dziewięć dni obfitości 1
Gdybym był ornitologiem, wiedziałbym, co to za ptak. A tak to nie wiem. Słucham tylko płaczliwych nawoływań i wyobrażam sobie, że woła kolegę. Leżę z nosem w trawie. Jedenasta rano, pierwszego dnia urlopu. Po raz pierwszy od tygodnia niebo przecinają smugi samolotów, którym niestraszny już islandzki wulkan. Wszystko powoli wraca do normy. A ja się cieszę wolnością.
Postanowiłem przez te kilka dni prowadzić dziennik. W ten sposób być może zmobilizuję się do świeżego postrzegania świata.
Rano spakowałem do torby:
- piłeczki do żonglowania
- „Księgę Jesiennych Demonów” Grzędowicza
- „Write Great Fiction” – gdyby chciało mi się postudiować
- butelkę wina z RPA
- komórkę – gdybym doszedł do etapu szukania kompana
- dyktafon – żeby nie zmarnować dobrych pomysłów
i przyjechałem na rowerze na Downsy. Coś w rodzaju wielkiej łąki za miastem, zakończonej klifem. Słońce już prawie wakacyjne, miło przygrzewa plecy. Ludzi prawie nie ma. Garstka starszych pań oprowadzająca psy i zbierająca psie gówienka do woreczków, grupka małolatów, pewnie na wagarach, pijąca piwo i popisująca się na cały głos. Przebiegła dziewczyna opleciona kablami, słuchawkami i miernikami pulsu, temperatury ciała, poziomu soli i przebytego dystansu. Trochę relaksującego joggingu z rana to sama radość.
***
Natomiast wewnątrz – tak, jak mówiłem, cieszę się wolnością. Jest jeszcze przed południem, czeka mnie więc cały dzień robienia tego, co chcę. Niech żyje słodkie nieróbstwo. Kiedy już się wyleżę na łące, pojadę rowerem wzdłuż klifu, wypatrując wspinaczy, postoję na moście wiszącym, zjem nuddle w chińskim fastfudzie, wypiję piwo w portowym pubie dla staruszków, usiądę na ławce w centrum i będę przyglądał się ubranym na lato dziewczynom.
A może nie zrobię nic z tego i przeleżę cały dzień na łące.
* * *
Zabrałem się za żonglowanie i uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać mp3jki. A niech to. Trzeba będzie poszukać wewnętrznej muzyki. Szczekanie psa, warkot helikoptera, szelest liści poruszanych (niespodziewanie) chłodnym wiatrem, skrzypienie drzewa, krakanie wrony, melodia busika z lodami. Brakuje basów.
* * *
Zadzwoniła Tania. Spytała kiedy będę, bo tęskni. Powiedziała też, że zostawi mi gary do umycia, bo ona robi pranie, musi więc być sprawiedliwie.
* * *
A później odwiedził mnie John. Przyjechał samochodem. Zadzwonił. Chciałem wyjaśnić mu, gdzie leżę. Nie mogliśmy się dogadać. Wreszcie stanął na dachu samochodu. Zobaczyłem go, ale nie udało się wyjaśnić mu, gdzie jestem. Podjechałem rowerem. Napił się łyka wina, porozmawialiśmy o jego doświadczeniu z ayahuasca w Londynie trzy dni temu. Nie podobało mu się. Zamiast duchowych odlotów, utknął w wizjach przemocy i koszmarów. O drugiej miał zacząć pracę. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy mógłby się wykręcić, ale zwyciężyło poczucie obowiązku. I znów jestem sam. Do tego głodny.
* * *
Przekąsiłem co nieco, po czym popedałowałem do naleśnikarni Kristoffa. Jak zwykle budka otoczona była znajomymi twarzami. Bee – wietnamska francuska, z wielkim brzuchem (ciążowym, nie tłustym), David – wokal i gitarzysta z Vamos, poznałem też Carlosa z Barcelony, który od niedawna gra w Vamos na cajonie. Miło się rozmawiało. Może jutro zagramy razem. Zaproszono ich na dużą imprezę prywatną. Kilka razy przymierzaliśmy się już do wspólnego koncertu, ale nigdy nie było okazji spróbować.
Po cappuccino i pogawędce, odwiedziłem kibel w McDonaldzie i wróciłem do domu.
Gary czekały. Zaraz wstawię wodę i wezmę się za jedyną dzisiaj robotę.

Tuesday, 29 January 2019
Rozmowa
- Dzień dobry, Marcelino.
- Dzień dobry, dziewulino.
- Ej! Nie mów mi tak, wiesz, że nie lubię.
- No to przepraszam. Dzień dobry księżniczko.
- Jaki miałeś dziś dzień? Spotkałeś jakieś skrzaty albo wróżki?
- Chyba nie, przynajmniej nie zauważyłem. Ale byłem u barbera.
- Barber, to taki fryzjer, nie?
- Oh, jakaś ty nieświadoma! To tak jakbyś smażacza frytek w McDonaldzie nazwała szefem kuchni. Barber to coś więcej. Takie spa dla facetów. Siadasz w skórzanym fotelu, jak z filmu. Dostajesz szklaneczkę whiskey i otatuowany barber z tunelami w uszach zabawia cię męską rozmową...
- Jaka to jest męska rozmowa? Rozmawiacie o pistoletach i ujeżdżaniu koni? Hi, hi...
- Nie mogę ci powiedzieć. Kiedy wchodzisz do barbera podpisujesz dokument, w którym przysięgasz na Pana Boga, że żadna dziewczyna nigdy nie pozna od ciebie tajemnicy barberskich rozmów...
- Phi...
- A później zaczyna się rozkosz. Gorące ręczniki na twarzy, ostra, przerażająca brzytwa, wonne balsamy, toniki i pomady...
- Prawdziwa brzytwa?! Nie boisz się pozwolić obcemu człowiekowi przyłożyć ci do szyi śmiercionośne narzędzie?
- Hmm... Przyznaję, jest to trochę dziwne...
- To teraz wszystko rozumiem. Oddając swoje życie barberowi, pozwalasz, żeby nawiązała się między wami głęboka więź... Stąd te tajemnice...
- Nabijasz się?
- Nie, mówię całkiem poważnie. Fajne to. Powiesz mi coś jeszcze o tym?
- Nie. Już i tak za dużo ci powiedziałem, mademoiselle. A później poszedłem do księgarni, żeby kupić sobie jakąś książkę. Do pięćdziesięciu złotych, nie więcej. Ale już wchodząc, wiedziałem, że popełniłem błąd. Ponieważ przypomniałem sobie, że wyszły dzieła zebrane Jeremiego Przybory. I wiedziałem, że muszę je mieć. Miałem przy sobie trzysta złotych. Po wizycie w Empiku zostało mi dwadzieścia. Nawet nie wystarczyło, żeby zatankować samochód.
- I jak wróciłeś do domu?
- Na oparach.
- Lubię to w tobie, Marcelino kochany.
- Co takiego?
- Że jesteś taki niepraktyczny czasami.
- Nie zawsze!
- No przecież mówię, że czasami, nie zjeżaj się. I tak cię kocham.
...
- A ciebie co dzisiaj spotkało?
- Ty mnie spotkałeś.
- I nic więcej?
- Dzień jeszcze młody. Zobaczymy...
- Posłuchasz ze mną muzyki? Znalazłem takiego pianistę.
- Chcę, bardzo. Uwaga, przytulam się.
Monday, 28 January 2019
Reminiscencje
Friday, 15 April 2011

Uliczne wędrówki
(Kopenhaga)
Co za miłe spotkanie. Usiadłem na ławce na Højbro Plads, to chyba mój ulubiony placyk jak do tej pory. Siedział tam już starszy pan – siwa, bujna broda, lekko wyświechtane ubrania, widać upływ czasu, ale nie brudne, no i oczy; mądre i uśmiechnięte.
- Będzie panu przeszkadzało, jak sobie zapalę? – spytałem.
- To wolny kraj, tylko sam sobie szkodzisz – odpowiedział wzruszając ramionami.
- Ogólnie to ja nie palę, ale ostatnio dużo stresu, zmiana kraju, szukanie pracy, bariera językowa...
- Kiepskie wytłumaczenie, młodzieńcze - uśmiechnął się i machnął ręką, że w końcu nic mu do tego.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, obserwując przechodniów. Tłumy ludzi wyległy na ulice, przyciągniete wiosną, ponętne dziewczyny ubrane skąpiej niż jeszcze tydzień wcześniej, rodziny z głośnymi dziećmi, dorożki, riksze…
- Jesteś z Niemiec? – zapytał mężczyzna. Bardziej, aby zagaić rozmowę, niż z faktycznej ciekawości.
- Nie, Polak, a pan?
- Chorwat. Ale mieszkam tu już czterdzieści lat.
- O, to kawał czasu. I jak pan to ocenia po tylu latach?
- Lubię ten kraj. Mądrze zorganizowany. System jest tu dla ludzi, a nie ludzie dla systemu, jak w Chorwacji, czy u was w Polsce, jak się domyślam. Tylko teraz zaczęło się zmieniać. Prawicowy rząd, kapitalizm wolnorynkowy coraz bardziej atakuje, socjaliści wycofują się.
Od słowa do słowa okazało się, że Frank jest starym lewicowcem. Porozmawialiśmy nad obecną sytuacją, o polityce, pochwaliliśmy Chaveza i Moralesa za ich odwagę w postawieniu się Stanom, oceniliśmy coraz bardziej budzący się nacjonalizm, którym ludzie chcą walczyć z europejskim imperializmem. Później zeszliśmy na bardziej osobiste tematy. Frank jest na emeryturze. Powiedział, że jest szczęśliwy i wolny. I uwierzyłem mu, to się czuło.
- Wstajesz rano, kiedy chcesz, nie martwisz się pracą, żoną, bo jestem rozwiedziony – powiedział to z prawdziwie radosnym błyskiem w oczach. – Biorę mój aparat i chodzę sobie po ulicach, a później, wieczorem, w moim mieszkanku komponuję muzykę…
- Jaki rodzaj muzyki?
- Dubstep… - zawiesił głos, patrząc na mnie z łotrzykowsko przymkniętymi oczyma.
- Dubstep? Nigdy bym pana nie posądził – zaśmiałem się.
- Zawsze się ludzie dziwią. Ale naprawdę to lubię. A ty?
- Czy ja wiem… Czasami. Ale zbyt mroczne, a ja już i tak zbyt łatwo wchodzę w ciemność. Tak jak z Kierkegaardem – uwielbiam go, ale nie mogę przeczytać więcej niż dziesięć stron naraz, bo zbyt szybko zatapiam się w jego myślach, egocentryzmie, egzystencjalizmie.
- Ja na szczęście tak nie mam; zarówno Kierkegaarda jak i dubstep wchłaniam bez ograniczeń i niestrawności.
Znów chwila milczenia.
Posiedzieliśmy jeszcze trochę i oczywiście rozmawialiśmy więcej, niż te kilka zdań, które tu opisałem. Naprawdę czerpałem radość z tej rozmowy. A później poszedł robić zdjęcia królewskiej parze. Dziś są chrzciny ich dzieci – bliźniaków.
Brakuje mi tego – rozmów z mądrymi, spokojnymi ludźmi. Mam wrażenie, że jest ich coraz mniej. Czasami czuję, że sam należę do tej starszej epoki, z której pochodzi Frank, a nie do tej nowej – nastawionej na karierę, krzykliwej i bezmyślnej. W każdym bądź razie doładowałem się tą rozmową.
* * *
Czytam „Albo albo” Kierkegaarda. Wchodzi jak narkotyk – słodkie, oszałamiające i wciągające, a jednocześnie cały czas uważasz, aby nie przesadzić, aby nie dać się wciągnąć za głęboko, gdzie znana rzeczywistość rozkłada się na kawałki, pojawia się wyobcowanie i przenikliwe, paniczne pragnienie powrotu do normalności. Nawet jeśli ta normalność jest nijaka i trywialna, w takich momentach jest lepsza od absolutnej obcości, jaka ogarnia człowieka, kiedy przecina pępowinę i wznosi się wysoko, zbyt wysoko, wyżej niż wolno ludziom. Może dlatego nigdy w pełni nie zostanę artystą – choć szukam i tęsknię za niewiadomym, to równocześnie zbytnio boję się porzucenia normalności.
Najbardziej uświadomiłem to sobie w zeszłym roku, kiedy wziąłem grzyby. Psylocybina wysłała mnie daleko, zbyt daleko poza ograniczenia tego trzywymiarowego continuum, jak dziecko wyleciałem poza orbitę ziemską, bez skafandra, tlenu, statku kosmicznego – po prostu ja i kosmiczna, lodowata przestrzeń, wypełniona przeraźliwie obcymi formami, bez żadnego wspólnego mianownika ze mną.
Wcześniej myślałem, że jestem gotowy na wszystko, żeby dojść do sedna rzeczy, żeby złuszczyć warstwy zastałej rzeczywistości i zobaczyć, co jest pod nimi. Od tamtej nocy wiem, że nie jestem jednak gotowy. Marzę o przekroczeniu granic, jednak okazuje się, że chcę je przekroczyć na moich warunkach, a to niemożliwe – inaczej nie byłoby przekroczeniem granic, a jedynie kolejną małą podróżą wewnątrz mojego (pół)światka…
Ha, ha, taki właśnie wpływ ma na mnie Kierkegaard! Zamiast cieszyć się wiosną, zielenią, śpiewającymi ptakami, furkotem dorożek, to zaczynam analizować wszechświat, swoją w nim pozycję (czy raczej jej brak) i bać się swojego cienia. Dlatego pozostanę przy ograniczeniu dziesięciostronicowym. Zdrowiej dla mnie.
* * *
Pojechałem na Christianię. Znalazłem małą uliczkę z boku, gdzie nie ma za dużo ludzi. Przede mną stoi mały sklepik, jedyne miejsce na Christiani, gdzie piwo jest po 10, nie po 20 koron. Obok na murze wielkie grafiti – groźnie patrzący Meksykanin z wielkim sombrerem i karabinem, i słowa nawołujące do jedności ludu w walce o wolność i autonomię.
Lubię tu siadywać. Ogólnie na Christiani (nawet pomimo gangsterów z ciężkimi złotymi łańcuchami na szyi, basebolowymi czapeczkami i spodniami od dresu, którzy sprzedają haszysz i marihuanę na Pusher's Street), ale szczególnie w tym kąciku. Po lewej grupka podpitych facetów o czerwonych nosach i szyjach śmieje się gromko i opowiada coś z zacięciem. Zbyt słabo znam duński, żeby zrozumieć coś z sensem. Obok siedzi również zapijaczony pan, wydaje się, że czeka na coś… Tak. Zza rogu wybiega szczerbata dziewczynka o zadziwiająco białych włosach i ze śmiechem radości rzuca się mu na szyję.
- Dziadzio! Dziadzio! – woła (woła "dziadzio" w mej artystycznej wizji, lecz równie dobrze mogłaby wołać „wujek” albo cokolwiek). Widać, że wszyscy się znają. Od grupki mężczyzn odłącza się jeden, najniższy i najbardziej zapijaczony, podchodzi do dziewczynki i dziadka. Wyciąga ręce.
- Powąchaj – mówi do dziewczynki. – No dalej, nie bój się.
Dziewczynka wącha i krzywi się niemiłosiernie.
- Błeee…
Mężczyzna się śmieje i podnosi spod ławki zakrwawioną reklamówkę.
- Złapaliśmy dzisiaj rybę rękami! – ogłasza z dumą i wyciąga reklamówkę do dziadka. – Popatrz.
Dziadek i zafascynowana wnuczka zerkają do środka, mężczyzna tymczasem pokazuje uniwersalnym gestem rozmiar rzeczonej ryby. Ponad metr.
- Piliśmy sobie piwko nad kanałem, kiedy dojrzeliśmy tego olbrzyma. Niewiele myśląc skoczyliśmy, woda w tym miejscu płytka i jakimś cudem złapaliśmy potwora. Dziś wieczorem uczta!
Większość z tego wywnioskowałem po gestach, mimice i kilku słowach, które zrozumiałem – fisk, vand, øl, kokker.
Temu lubię tu siadywać. Jakby się człowiek cofnął w czasie o sto lat, mała wioska, społeczność, ktoś złowił rybę, naje się rodzina i przyjaciele. Mimo wszystkich swoich wad, to właśnie ma w sobie Christiania – autentyczność i subtelną patynę. Kiedy ludzie nie są zmuszeni do udziału w wyścigu szczurów, nie muszą akceptować neoliberalnych warunków gry, wracają do podstaw, ich życie opiera się, tak jak powinno, na najprostszych, bezpośrednich relacjach z ludźmi, gdzie wszystkie sprawy rozwiązują się w społeczności, bez udziału systemu, instytucji. Fakt - wszyscy tutaj popijają, palą hasz, ale ciężko być mieszkańcem wyspy w samym środku Babilonu, niełatwy kawałek chleba.
Dziewczynka dostała od dziadka loda w polewie czekoladowej, którym później dzieliła się solidarnie z psem (chyba nawet nie jej własnym, ale ulicznym), przysiadła się kobieta, prosząc, żebym otworzył jej butelkę z piwem, dwóch Eskimosów usiadło z murzynem i zaczęli rozmawiać o czymś szybko i głośno, co chwila wybuchając śmiechem, zawołali dziewczynkę i dali jej lizaka, sklepowa wyszła zapalić, zaraz zaczepił ją pan z rybą, dyskutowali przez chwilę, wreszcie sklepowa machnęła ręką i wzięła od niego zakrwawiona reklamówkę, domyśliłem się, że do sklepowej lodówki na przechowanie, grupka niemieckich turystów przepłynęła przez ulicę, przyglądając się ludziom, jak z batyskafu, z zafascynowaniem i lekkim wstrętem, nikt ich nie zauważył, jakby byli duchami, pies skończywszy loda podszedł do mnie i zanim zareagowałem polizał puszkę z Redsem, którego kupiłem w pobliskim polskim sklepie, zawahałem się przez chwilę, ale nie poszedłem w ślady dziewczynki, mój duch nie był wystarczająco niewinny – puszka wylądowała w koszu, zresztą ponad połowę już wypiłem, posiedziałem jeszcze chwilę, aż wreszcie ukłoniłem się dziadkowi, wsiadłem na rower i pojechałem.

Uliczne wędrówki
(Kopenhaga)
Co za miłe spotkanie. Usiadłem na ławce na Højbro Plads, to chyba mój ulubiony placyk jak do tej pory. Siedział tam już starszy pan – siwa, bujna broda, lekko wyświechtane ubrania, widać upływ czasu, ale nie brudne, no i oczy; mądre i uśmiechnięte.
- Będzie panu przeszkadzało, jak sobie zapalę? – spytałem.
- To wolny kraj, tylko sam sobie szkodzisz – odpowiedział wzruszając ramionami.
- Ogólnie to ja nie palę, ale ostatnio dużo stresu, zmiana kraju, szukanie pracy, bariera językowa...
- Kiepskie wytłumaczenie, młodzieńcze - uśmiechnął się i machnął ręką, że w końcu nic mu do tego.
Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, obserwując przechodniów. Tłumy ludzi wyległy na ulice, przyciągniete wiosną, ponętne dziewczyny ubrane skąpiej niż jeszcze tydzień wcześniej, rodziny z głośnymi dziećmi, dorożki, riksze…
- Jesteś z Niemiec? – zapytał mężczyzna. Bardziej, aby zagaić rozmowę, niż z faktycznej ciekawości.
- Nie, Polak, a pan?
- Chorwat. Ale mieszkam tu już czterdzieści lat.
- O, to kawał czasu. I jak pan to ocenia po tylu latach?
- Lubię ten kraj. Mądrze zorganizowany. System jest tu dla ludzi, a nie ludzie dla systemu, jak w Chorwacji, czy u was w Polsce, jak się domyślam. Tylko teraz zaczęło się zmieniać. Prawicowy rząd, kapitalizm wolnorynkowy coraz bardziej atakuje, socjaliści wycofują się.
Od słowa do słowa okazało się, że Frank jest starym lewicowcem. Porozmawialiśmy nad obecną sytuacją, o polityce, pochwaliliśmy Chaveza i Moralesa za ich odwagę w postawieniu się Stanom, oceniliśmy coraz bardziej budzący się nacjonalizm, którym ludzie chcą walczyć z europejskim imperializmem. Później zeszliśmy na bardziej osobiste tematy. Frank jest na emeryturze. Powiedział, że jest szczęśliwy i wolny. I uwierzyłem mu, to się czuło.
- Wstajesz rano, kiedy chcesz, nie martwisz się pracą, żoną, bo jestem rozwiedziony – powiedział to z prawdziwie radosnym błyskiem w oczach. – Biorę mój aparat i chodzę sobie po ulicach, a później, wieczorem, w moim mieszkanku komponuję muzykę…
- Jaki rodzaj muzyki?
- Dubstep… - zawiesił głos, patrząc na mnie z łotrzykowsko przymkniętymi oczyma.
- Dubstep? Nigdy bym pana nie posądził – zaśmiałem się.
- Zawsze się ludzie dziwią. Ale naprawdę to lubię. A ty?
- Czy ja wiem… Czasami. Ale zbyt mroczne, a ja już i tak zbyt łatwo wchodzę w ciemność. Tak jak z Kierkegaardem – uwielbiam go, ale nie mogę przeczytać więcej niż dziesięć stron naraz, bo zbyt szybko zatapiam się w jego myślach, egocentryzmie, egzystencjalizmie.
- Ja na szczęście tak nie mam; zarówno Kierkegaarda jak i dubstep wchłaniam bez ograniczeń i niestrawności.
Znów chwila milczenia.
Posiedzieliśmy jeszcze trochę i oczywiście rozmawialiśmy więcej, niż te kilka zdań, które tu opisałem. Naprawdę czerpałem radość z tej rozmowy. A później poszedł robić zdjęcia królewskiej parze. Dziś są chrzciny ich dzieci – bliźniaków.
Brakuje mi tego – rozmów z mądrymi, spokojnymi ludźmi. Mam wrażenie, że jest ich coraz mniej. Czasami czuję, że sam należę do tej starszej epoki, z której pochodzi Frank, a nie do tej nowej – nastawionej na karierę, krzykliwej i bezmyślnej. W każdym bądź razie doładowałem się tą rozmową.
* * *
Czytam „Albo albo” Kierkegaarda. Wchodzi jak narkotyk – słodkie, oszałamiające i wciągające, a jednocześnie cały czas uważasz, aby nie przesadzić, aby nie dać się wciągnąć za głęboko, gdzie znana rzeczywistość rozkłada się na kawałki, pojawia się wyobcowanie i przenikliwe, paniczne pragnienie powrotu do normalności. Nawet jeśli ta normalność jest nijaka i trywialna, w takich momentach jest lepsza od absolutnej obcości, jaka ogarnia człowieka, kiedy przecina pępowinę i wznosi się wysoko, zbyt wysoko, wyżej niż wolno ludziom. Może dlatego nigdy w pełni nie zostanę artystą – choć szukam i tęsknię za niewiadomym, to równocześnie zbytnio boję się porzucenia normalności.
Najbardziej uświadomiłem to sobie w zeszłym roku, kiedy wziąłem grzyby. Psylocybina wysłała mnie daleko, zbyt daleko poza ograniczenia tego trzywymiarowego continuum, jak dziecko wyleciałem poza orbitę ziemską, bez skafandra, tlenu, statku kosmicznego – po prostu ja i kosmiczna, lodowata przestrzeń, wypełniona przeraźliwie obcymi formami, bez żadnego wspólnego mianownika ze mną.
Wcześniej myślałem, że jestem gotowy na wszystko, żeby dojść do sedna rzeczy, żeby złuszczyć warstwy zastałej rzeczywistości i zobaczyć, co jest pod nimi. Od tamtej nocy wiem, że nie jestem jednak gotowy. Marzę o przekroczeniu granic, jednak okazuje się, że chcę je przekroczyć na moich warunkach, a to niemożliwe – inaczej nie byłoby przekroczeniem granic, a jedynie kolejną małą podróżą wewnątrz mojego (pół)światka…
Ha, ha, taki właśnie wpływ ma na mnie Kierkegaard! Zamiast cieszyć się wiosną, zielenią, śpiewającymi ptakami, furkotem dorożek, to zaczynam analizować wszechświat, swoją w nim pozycję (czy raczej jej brak) i bać się swojego cienia. Dlatego pozostanę przy ograniczeniu dziesięciostronicowym. Zdrowiej dla mnie.
* * *
Pojechałem na Christianię. Znalazłem małą uliczkę z boku, gdzie nie ma za dużo ludzi. Przede mną stoi mały sklepik, jedyne miejsce na Christiani, gdzie piwo jest po 10, nie po 20 koron. Obok na murze wielkie grafiti – groźnie patrzący Meksykanin z wielkim sombrerem i karabinem, i słowa nawołujące do jedności ludu w walce o wolność i autonomię.
Lubię tu siadywać. Ogólnie na Christiani (nawet pomimo gangsterów z ciężkimi złotymi łańcuchami na szyi, basebolowymi czapeczkami i spodniami od dresu, którzy sprzedają haszysz i marihuanę na Pusher's Street), ale szczególnie w tym kąciku. Po lewej grupka podpitych facetów o czerwonych nosach i szyjach śmieje się gromko i opowiada coś z zacięciem. Zbyt słabo znam duński, żeby zrozumieć coś z sensem. Obok siedzi również zapijaczony pan, wydaje się, że czeka na coś… Tak. Zza rogu wybiega szczerbata dziewczynka o zadziwiająco białych włosach i ze śmiechem radości rzuca się mu na szyję.
- Dziadzio! Dziadzio! – woła (woła "dziadzio" w mej artystycznej wizji, lecz równie dobrze mogłaby wołać „wujek” albo cokolwiek). Widać, że wszyscy się znają. Od grupki mężczyzn odłącza się jeden, najniższy i najbardziej zapijaczony, podchodzi do dziewczynki i dziadka. Wyciąga ręce.
- Powąchaj – mówi do dziewczynki. – No dalej, nie bój się.
Dziewczynka wącha i krzywi się niemiłosiernie.
- Błeee…
Mężczyzna się śmieje i podnosi spod ławki zakrwawioną reklamówkę.
- Złapaliśmy dzisiaj rybę rękami! – ogłasza z dumą i wyciąga reklamówkę do dziadka. – Popatrz.
Dziadek i zafascynowana wnuczka zerkają do środka, mężczyzna tymczasem pokazuje uniwersalnym gestem rozmiar rzeczonej ryby. Ponad metr.
- Piliśmy sobie piwko nad kanałem, kiedy dojrzeliśmy tego olbrzyma. Niewiele myśląc skoczyliśmy, woda w tym miejscu płytka i jakimś cudem złapaliśmy potwora. Dziś wieczorem uczta!
Większość z tego wywnioskowałem po gestach, mimice i kilku słowach, które zrozumiałem – fisk, vand, øl, kokker.
Temu lubię tu siadywać. Jakby się człowiek cofnął w czasie o sto lat, mała wioska, społeczność, ktoś złowił rybę, naje się rodzina i przyjaciele. Mimo wszystkich swoich wad, to właśnie ma w sobie Christiania – autentyczność i subtelną patynę. Kiedy ludzie nie są zmuszeni do udziału w wyścigu szczurów, nie muszą akceptować neoliberalnych warunków gry, wracają do podstaw, ich życie opiera się, tak jak powinno, na najprostszych, bezpośrednich relacjach z ludźmi, gdzie wszystkie sprawy rozwiązują się w społeczności, bez udziału systemu, instytucji. Fakt - wszyscy tutaj popijają, palą hasz, ale ciężko być mieszkańcem wyspy w samym środku Babilonu, niełatwy kawałek chleba.
Dziewczynka dostała od dziadka loda w polewie czekoladowej, którym później dzieliła się solidarnie z psem (chyba nawet nie jej własnym, ale ulicznym), przysiadła się kobieta, prosząc, żebym otworzył jej butelkę z piwem, dwóch Eskimosów usiadło z murzynem i zaczęli rozmawiać o czymś szybko i głośno, co chwila wybuchając śmiechem, zawołali dziewczynkę i dali jej lizaka, sklepowa wyszła zapalić, zaraz zaczepił ją pan z rybą, dyskutowali przez chwilę, wreszcie sklepowa machnęła ręką i wzięła od niego zakrwawiona reklamówkę, domyśliłem się, że do sklepowej lodówki na przechowanie, grupka niemieckich turystów przepłynęła przez ulicę, przyglądając się ludziom, jak z batyskafu, z zafascynowaniem i lekkim wstrętem, nikt ich nie zauważył, jakby byli duchami, pies skończywszy loda podszedł do mnie i zanim zareagowałem polizał puszkę z Redsem, którego kupiłem w pobliskim polskim sklepie, zawahałem się przez chwilę, ale nie poszedłem w ślady dziewczynki, mój duch nie był wystarczająco niewinny – puszka wylądowała w koszu, zresztą ponad połowę już wypiłem, posiedziałem jeszcze chwilę, aż wreszcie ukłoniłem się dziadkowi, wsiadłem na rower i pojechałem.

Mój dzień
Mój dzień
W ziemniakach z
cebulą
szukałem ciepła w
żołądku,
które choć na
chwilę można pomylić
z ciepłem w
sercu.
W starym polskim
filmie o miłości
szukałem tkliwych
wrażeń,
którymi można
sobie wyobrazić,
że te rzeczy są
możliwe.
W króciutkich
filmikach na fejsie
szukałem tego
wrażenia lekkości i zapomnienia,
które z pewnością
musi czuć
bzyczący bez celu
komar.
W medytacji
szukałem ciszy,
oraz źródła
wstydu,
którego
odnalezienie pozwoliłoby
się przytulić do siebie.
W poezji szukałem
kontaktu
z drugim umysłem,
który to kontakt
dałby mi poczucie,
że nie jestem
sam,
nawet chociaż poetka
umarła pięćdziesiąt
lat temu.
Leżąc z rana w łóżku
I nigdzie się wczoraj nie wybrałem. Z popołudnia zrobił się wieczór, i dzień przeleciał.
Dziś też nie wiem, czy się pozbieram. Pruszy śnieg. Może po prostu nagotuję coś dobrego i poczytam książkę. Po Wojnie i pokoju nabrałem smaku na Tołstoja. Zastanawiam się nad Anną Kareniną.
Jutro mam wizytę u barbera, którą odkładałem już za długo; zarosłem jak leśny dziad:)
Odczuwam silnie samotność. Jest to nieprzyjemne, zimne uczucie, ale staram się pozostać otwarty i z pokorą asymilować lekcję. Nie chcę szukać na siłę nowych znajomości. Po pierwsze męczą mnie powierzchowne relacje, w tym momencie szukam czegoś głębszego. Po drugie jestem wyczerpany emocjonalnie po świeżym wyjściu z toksycznego związku. Nie potrafię wyobrazić sobie w tym momencie, że mógłbym otworzyć serce przed kimś. Muszę najpierw wyleczyć emocje.
Najbardziej pomaga mi w tym podróż. Zastanawiałem się, czy już w ten weekend nie pojechać do Wenecji, ale ma tam cały czas lać, więc bez sensu.
Zaprosiła mnie Sibila. Fajna osoba. Chorwatka, była kiedyś moją szefową w restauracji w Birmingham. Jak wszyscy kucharze, darliśmy ze sobą koty, ale polubiliśmy się i pozostajemy w kontakcie. Mieszka we Włoszech, wyszła tam za mąż. Jej mąż to stary hipis, który wygląda jak Michael Caine w Children of Men:)
Odczucia na dziś:
1. Samotność.
2. Smutek.
3. Ulga: że już nie muszę robić śledztw, chodzić na palcach, bo lada moment coś może wybuchnąć, walczyć o akceptację, odkrywać coraz to nowych kłamstw, czuć się jak petent ubiegający się o audiencję, a nie jak kochany partner, być lekceważonym, poprawianym, krytykowanym, taken for granted. Piszę to bez złości (choć może tak zabrzmiało). Główne uczucie w związku z tym, co napisałem, to właśnie smutek. I paradoksalnie tęsknota. Ale to jest naturalne na tym etapie. Nie można spłukać z siebie w ciągu kilku dni tych uczuć, energii, nadziei i planow, ktore zainwestowało się w bliską osobę. To zajmie trochę czasu.
4. Głód (leżę w łóżku i jeszcze się nie zebrałem, żeby zrobić śniadanie:).
5. Rozczarowanie ludźmi.
6. Bardzo mała, ale jednak jakaś tam nadzieja, że najlepsze przede mną i po ostatnim dysonansie wreszcie los się odmieni.
Dziś też nie wiem, czy się pozbieram. Pruszy śnieg. Może po prostu nagotuję coś dobrego i poczytam książkę. Po Wojnie i pokoju nabrałem smaku na Tołstoja. Zastanawiam się nad Anną Kareniną.
Jutro mam wizytę u barbera, którą odkładałem już za długo; zarosłem jak leśny dziad:)
Odczuwam silnie samotność. Jest to nieprzyjemne, zimne uczucie, ale staram się pozostać otwarty i z pokorą asymilować lekcję. Nie chcę szukać na siłę nowych znajomości. Po pierwsze męczą mnie powierzchowne relacje, w tym momencie szukam czegoś głębszego. Po drugie jestem wyczerpany emocjonalnie po świeżym wyjściu z toksycznego związku. Nie potrafię wyobrazić sobie w tym momencie, że mógłbym otworzyć serce przed kimś. Muszę najpierw wyleczyć emocje.
Najbardziej pomaga mi w tym podróż. Zastanawiałem się, czy już w ten weekend nie pojechać do Wenecji, ale ma tam cały czas lać, więc bez sensu.
Zaprosiła mnie Sibila. Fajna osoba. Chorwatka, była kiedyś moją szefową w restauracji w Birmingham. Jak wszyscy kucharze, darliśmy ze sobą koty, ale polubiliśmy się i pozostajemy w kontakcie. Mieszka we Włoszech, wyszła tam za mąż. Jej mąż to stary hipis, który wygląda jak Michael Caine w Children of Men:)
Odczucia na dziś:
1. Samotność.
2. Smutek.
3. Ulga: że już nie muszę robić śledztw, chodzić na palcach, bo lada moment coś może wybuchnąć, walczyć o akceptację, odkrywać coraz to nowych kłamstw, czuć się jak petent ubiegający się o audiencję, a nie jak kochany partner, być lekceważonym, poprawianym, krytykowanym, taken for granted. Piszę to bez złości (choć może tak zabrzmiało). Główne uczucie w związku z tym, co napisałem, to właśnie smutek. I paradoksalnie tęsknota. Ale to jest naturalne na tym etapie. Nie można spłukać z siebie w ciągu kilku dni tych uczuć, energii, nadziei i planow, ktore zainwestowało się w bliską osobę. To zajmie trochę czasu.
4. Głód (leżę w łóżku i jeszcze się nie zebrałem, żeby zrobić śniadanie:).
5. Rozczarowanie ludźmi.
6. Bardzo mała, ale jednak jakaś tam nadzieja, że najlepsze przede mną i po ostatnim dysonansie wreszcie los się odmieni.
Sunday, 27 January 2019
ot tak
Dziś zszedłem z gór wcześnie. Już w południe byłem w domu. Poczułem ogromne zmęczenie ludźmi, gwarem, rozmowami. Kiedy na granicy rozstałem się z Marcinem, którego czekała jeszcze droga do Warszawy, i wsiadłem w samochód, to poczułem, że chcę jechać przed siebie, daleko, wyciszyć się jazdą. Ale stwierdziłem, że najpierw zajadę do domu. Umyć się, przeprać, odpocząć choć na chwilkę. Ale w tym cieple zrobiło mi się leniwie i zmęczenie po tygodniu pracy dopadło mnie jeszcze intensywniej. Siedzę przy kominku, piję herbatę i słucham którejś z moich playlist na youtubie.
Wezmę kąpiel i się zastanowię. Chyba wybiorę się na tę popołudniową przejażdżkę. Oczyścić głowę z brzęczących wspomnień śmiechu, stukania garnków, skwierczenia tłuszczu, akordów gitarowych.
Friday, 25 January 2019
Szczerości trochę
Jeszcze trochę mam ochotę popisać. Skończyłem Wojnę i pokój. Mam po tej książce jakąś tkliwość w sercu oraz pokorę. Myśli i obserwacje Tołstoja, opis bohaterów, idee... Czuję się mały w porównaniu z duszą Tołstoja. Ale jednocześnie wiem, że te moje małe z szerszej perspektywy przeżycia są takie, że on też by coś napisał o tym, ująłby to, jakoś tak mądrze i głęboko.
Jeszcze wcześnie, ale już leżę w łóżku. Marcin B. gra na świetlicy, Mateo mu akompanjuje na basie, turyści śpiewają, miła atmosfera. Posiedziałem, dopóki czułem, że jestem tego częścią, ale szybko poczułem, że chcę być sam ze swoimi myślami. Jest wiele rzeczy, które chciałbym napisać. Ale czasami nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, co myślę. Przyznaję się. Wydzielam tutaj siebie. Nie jestem zupelnie otwarty. Na przykład nie piszę o swoich małostkach, albo co lubię w łóżku. Nie piszę o momentach desperacji i miłości, ani o niechęci i rozczarowaniu. Tzn. czasami o tym piszę, ale tylko trochę. Bo nie potrafię w taki postmodernistyczny, odwiązany sposób pisać, na chłodno. A wstydzę się pisać w rosyjskim, Dostojewskim klimacie.
Znajoma zaprosila mnie do siebie do Wenecji. Chyba pojadę. 1000 km to nie jest za dużo. Zobaczę kawałek karmawalu, zjem włoskiej pizzy, napiję się wina, czerwonego, wytrawnego i wrócę do mojej małej, zasypanej śniegiem wioski.
Jeszcze wcześnie, ale już leżę w łóżku. Marcin B. gra na świetlicy, Mateo mu akompanjuje na basie, turyści śpiewają, miła atmosfera. Posiedziałem, dopóki czułem, że jestem tego częścią, ale szybko poczułem, że chcę być sam ze swoimi myślami. Jest wiele rzeczy, które chciałbym napisać. Ale czasami nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, co myślę. Przyznaję się. Wydzielam tutaj siebie. Nie jestem zupelnie otwarty. Na przykład nie piszę o swoich małostkach, albo co lubię w łóżku. Nie piszę o momentach desperacji i miłości, ani o niechęci i rozczarowaniu. Tzn. czasami o tym piszę, ale tylko trochę. Bo nie potrafię w taki postmodernistyczny, odwiązany sposób pisać, na chłodno. A wstydzę się pisać w rosyjskim, Dostojewskim klimacie.
Znajoma zaprosila mnie do siebie do Wenecji. Chyba pojadę. 1000 km to nie jest za dużo. Zobaczę kawałek karmawalu, zjem włoskiej pizzy, napiję się wina, czerwonego, wytrawnego i wrócę do mojej małej, zasypanej śniegiem wioski.
Subscribe to:
Posts (Atom)




