Thursday, 31 January 2019

Ciąg dalszy

 

   Trzyma mnie ciężar, już kolejny dzień (albo tydzień). Dużo wewnętrznej pracy, wcale nie łatwej. Mam nadzieję, że coś z niej wyniknie.

   Kiedy jechałem dziś samochodem (śnieg poschodził z szos, ale poza tym wszędzie pełno śniegu, szczególnie na szczytach gór), pomyślałem, że są różne rodzaje zerwania. Na przykład, kiedy zerwałem z Petrą, to było łatwe. Wygasło między nami uczucie, chciałem być już sam, a później dużo o niej już nie myślałem. Ot, koleżeńsko, życząc jej wszystkiego dobrego.

   Z M. jest inaczej. Zerwałem z nią wbrew sercu. Ciągle ją kocham, ale po prostu zdałem sobie sprawę, że muszę zerwać, ponieważ ten związek nie jest dla mnie dobry. Chciałem stworzyć nam dom, żyć razem, zbliżyć się, mieć tę szczególną, jedyną osobę, najbliższą duszę. Na ten moment, patrząc, co się stało, nie mam pojęcia czego ona chciała, ale na pewno nie tego. Po półtora roku, zamiast być bliżej, byliśmy coraz dalej. Ona odcinała się coraz bardziej, była skryta, miała tajemnice nie zwierzała się, a ja w sumie też przestałem, bo nieraz mi się oberwało, kiedy jakąś myślą ją niespodziewanie obraziłem. Nie rozumiem dlaczego była między nami taka dysharmonia. Czuję, że nie z mojej winy, bo przecież właśnie szczerość i bezpośredniość zawsze były moimi priorytetami. Uwielbiam to uczucie jasności i przejrzystości. Szczególnie między partnerami.Nie wyobrażam sobie relacji bez tego. Ale może ja też coś zawiniłem. Nie mam pojęcia. Może kiedyś to jaśniej zobaczę. Tak czy inaczej tęsknię za nią i tymi dobrymi chwilami, które przecież też się zdarzały. Ale nawet w tych najlepszych chwilach zawsze wisiała jakaś chmura; tą chmurą było oczekiwanie, kiedy coś się znów spieprzy, i jeśli się spieprzy (nie jeśli, ale kiedy), to czy nie będzie to przypadkiem ostatni raz. Nawet kiedy się kochaliśmy, to za każdym razem robiłem to tak, jakby to miał być ostatni raz. Plusem takiego nastawienia na pewno była intensywność, ale na pewno nie poczucie bezpieczeństwa i spokoju. Tego nie udało nam się osiągnąć.

   Czy naprawdę myślę, że to już koniec-koniec? Przecież wcześniej były inne zakończenia. Tak. Już nigdy nie wrócę do niej. Zaczynam nowy etap. Choć jego początki są ciężkie, przyznaję się.

   Słucham sobie babskiej muzyki. Piję drinka z soku jabłkowego z białym rumem. Wypuszczam gęste obłoki pary z mojego elektronika, jak prawdziwy hipster. Jutro mam jeszcze wolne, ale na weekend wracam do pracy. Potrzebuję gotówki na podróż, więc wziąłem dodatkowe zmiany, choć 9 dni na górze to będzie wyczerpujące. Co jeszcze? Kiepsko sypiam. Budzę się nad ranem i już nie daję rady zasnąć. Odkryłem piękny serial, "Derek". Szkoda, że tak mało odcinków, bo naprawdę rozgrzewał serce. Dziś na obiad kiełbaski sojowe i liście winogron nadziewane ryżem.

   Jesteście gdzieś tam, Moi Ludzie?


 

2 comments:

  1. Tak prawdziwie jasno, przejrzyście i wzajemnie zrozumiale tylko z jednym Człowiekiem było mi dane - myślę, że dlatego zapomnieć nie chcę i czasem tęsknię...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Rozumiem cię , Adam. Po doświadczeniu czegoś takiego, trudno później zadowolić się czymkolwiek mniejszym.

      Delete