Saturday, 22 October 2016

Pierwszy dzień urlopu

















     Urlop rozpoczęty. Rano wskoczyłem na rower i pojechałem na "polowanie". Piętnaście minut ode mnie znajduje się Covent Garden Market - ogromny kompleks hurtowni warzyw i owoców. Kiedyś, kiedy mieszkałem na skłocie, jeździliśmy tam po darmowe jedzenie. Pomyślałem, że spróbuję samemu. Obłowiłem się po uszy. Dookoła walały się stosy warzyw, owoców, ziół, grzybów. Czułem się, jakbym włamał się do banku. Nabrałem, ile dałem rady unieść i wróciłem do domu, gdzie umyłem, obkroiłem i posegregowałem zbiory. Planuję tam jeździć co sobotę.
   Ze zdobycznych warzyw zrobiłem guacamole, dołożyłem sałatę i ryż zawijany w liście winogron, i śniadanie wyszło jak złoto.
   Później pojechałem na przejażdżkę. Postanowiłem obskoczyć okoliczne ciucholandy. Potrzebuję butów, jakiegoś swetra, może kurtki. Znalazłem tylko fajną czapkę. Miałbym też świetne, mocne, skórzane buty, ale okazało się, że mieli tylko jeden. Trudno. W tym tygodniu wyskoczę jeszcze raz.
   Nie chciało mi się wracać, jesienna pogoda dopisywała, pojechałem więc do centrum. Zjadłem obiad w świątyni, posiedziałem, obserwując ludzi, a później na Soho Square paliłem e-papierosa i myślałem o tym, że nie będzie tak źle. Przyzwyczajam się do życia samemu.
   Tak, że ogólnie dzień był fajny. Dopiero na wieczór zepsułem sobie lekko humor (ale bez przesadyzmu:). Postanowiłem "przegrać" 10 funtów w pokera online. Gdybym tradycyjnie przegrał je w kilka minut, byłbym w miarę spokojny w swoim rozczarowaniu, ale szło mi świetnie. W pół godziny podwoiłem pieniądze, wyczułem falę i już mi się marzyła dodatkowa stówa na weekend. To mnie zgubiło. Przeszarżowałem i jednym strzałem straciłem wszystko. No ale adrenalina już ze mnie schodzi.
   Co jeszcze? Tydzień bez alkoholu. Bardzo dobrze się z tym czuję. Nie ciągnie mnie jakoś szczególnie. Sprawia mi przyjemność budzenie się bez kaca i utrzymywanie czystej świadomości. Myślę, że wyjazd Petry uwolnił mnie od dużej dawki stresu. Męczyłem się, tkwiąc w związku, który nie był dla mnie.
   To tyle. Jest stabilnie, w miarę spokojnie. Brakuje mi czegoś, to fakt, nie wiem, jakiejś mistyki, głębi, światełek choinkowych, zapachu lasu, ognia w kominku, dotyku miękkiej dłoni we włosach, rozmów o jakiejś książce. Ale to nie jest brak neurotyczny, męczący, ale raczej coś jak liryczna tęsknota.

PS. Ostatnio odwiedzam blogi starych znajomych i szukam nowych. Czuję otuchę, widząc, że są ludzie, którzy czują głęboko, potrafią o tym pisać. Te odwiedziny łagodzą uczucie odseparowania.





6 comments:

  1. Zbiory wyglądają bardzo przyzwoicie. I apetycznie:)) pozdrawiam ciepło

    ReplyDelete
    Replies
    1. Hej Kinga. Ale jestem przeżarty, ledwo się ruszam:)

      Delete
  2. Niektóre związki są jak rejs na otwartym morzu w czasie burzy.
    Schodzisz w końcu z łajby, bo nie wytrzymujesz tego kołysania. Przez jakiś czas jeszcze Cię buja, ale po krótszej lub dłuższej "chwili" odzyskujesz wewnętrzny spokój i zastanawiasz się dlaczego wcześniej nie zrezygnowałeś....
    (przynajmniej ja tak mam :)
    Pozdrówki :)

    ReplyDelete
  3. Nie jest łatwo pisać o swym czuciu. Balansuje się wtedy trochę na krawędzi. Bardzo łatwo "polecieć" banałem. Albo popaść w patos.

    ReplyDelete