Sunday, 7 November 2021

Ruszyłbym gdzieś

 

Kolejny dzionek, niedziela. Coś podziałałem, myśl o swoim biznesie jest dla mnie bardzo wciągająca. Wypełniłem wniosek do gminy, poszukałem, gdzie mogę podjechać, żeby na żywo obejrzeć namioty kiermaszowe, umówiłem się z Magdą na wyprawę do Matejki, ona też chce kupić jakieś artystyczne gadżety, a ja przy okazji odwiedzę jeszcze Castoramę, chcę skonstruować stojak na małe obrazy. Mam w głowie projekt: po prostu trzy sklejki połączone zawiasami, po rozłożeniu rozmiar jakieś 150 na 170 cm, no i z tyłu rozkładane nogi, a na płycie haczyki, żeby móc zawiesić mniejsze obrazy. te większe będą na sztalugach. Tak że niedziela też pracowita. 

Nastrój nie polepsza się, ale też nie pogarsza. Choć może nawet trochę jest lepiej, ale to bardziej na zasadzie zaakceptowania, że jest jak jest, nie ma się co szarpać. Mam swój plan, projekt, marzenia, chcę się na tym skupić. Ale przyznam się, że bardzo chce mi się gdzieś dalej pojechać. Choć na tydzień. Pamiętam jak dwa lata temu pojechałem na 6 dni na Bałkany. Odwiedziłem Słowenię, Chorwację. To jest do zrobienia. Potrzebowałbym tylko kasy na paliwo i jedzenie. Powiedzmy jakieś 3000 km w obie strony... Czyli z 200 euro na paliwo, powiedzmy 250, żeby być pewnym (liczę do Sarajewa). Drugie tyle na jedzenie i wino. Czyli jakieś 2000 złotych na tydzień włóczęgi, z noclegami w aucie. Da się zrobić, jeśli trochę bym się przyłożył. No i tydzień nie rozwaliłby mi żadnych spraw. No marzy mi się po prostu jechać przed siebie, znów patrzeć na bałkańskie widoki, spróbować rakiji z jakimś przypadkowym człowiekiem, zasnąć obserwując gwiazdy i słuchając szumu Adriatyku, napić się Vranaca i zagryźć owczym serem i grillowanymi warzywami... Tak dawno już nie byłem, zakopany w uwikłaniach finansowych i miłosnych. Uwikłania miłosne zdechły, finansowo nie ma szału, ale też nie ma długów... Będę myślał nad tym planem.

A póki co kominek, mój terapeuta.

No comments:

Post a Comment