No ale nie są to już tak silne uczucia jak jeszcze miesiąc, dwa temu. Biorę głęboki oddech i mówię sobie - to minie. Tak jak minęły inne rzeczy, które kiedyś były całym moim światem. Tylko że... No chciałbym, żeby już coś było na stałe, bezpiecznie i spokojnie. To już tyle lat, odkąd płynę tymi wzburzonymi wodami, szukając przystani. Zaczynam się obawiać, że mogę jej nie znaleźć.
Jutro jadę do Poznania. Wieczorem mam wernisaż. Mam z dwadzieścia obrazów, poopowiadam o nich, o tym jak odkryłem malarstwo, czym dla mnie jest, napiję się wina, pogadam ze znajomymi. No a następnego dnia gram w tym samym miejscu koncert. Mam trochę nowych utworów, będzie ostro. Te ostatnie kilka lat zradykalizowałem się mocno, moja poezja, bunt, weszły na wyższy poziom. Może odbijam sobie w ten sposób niepowodzenia miłosne?:) It could be. Ale lubię bardzo tę rewolucyjną część mnie. To bardzo ważny aspekt mojej osobowości, spełniam się w tym.
Z Poznania nie wracam od razu do Wrocławia. Postanowiłem pojechać do Warszawy na demonstrację antyfaszystowską 11 listopada.
Po zapłaceniu z honorarium za koncert ubezpieczenia na samochód i rachunku za telefon powinno mi zostać na paliwo do Wawy i stamtąd powrót do Wrocławia. A na później? Już nie:) Będę kombinował.
A co dzisiaj? Wyślę obraz do klientki. Miałem go skończyć już w sierpniu, no ale było jak było. A pod wieczór idę posłuchać prelekcji w Zamencie. "Miłość jako opór i narzędzie władzy: o politycznym wymiarze uczuć". Trochę się stresuję, jest możliwość, że będzie Z. no i jakieś osoby, które mnie scancelowały z powodu relacji z nią. Ale nie jest to jakiś wielki stres. Już przeszedłem etap unikania ich wszystkich. Znalazłem w sobie spokojne miejsce, które pozwala nie wpuszczać do środka za dużo rzeczy z zewnątrz, rzeczy które mnie nie budują. Poza tym mam nowe ciuchy, w których czuję się przystojny i atrakcyjny, lubię się pokazywać :p Cały na czarno, zajebiste bojówki, czarna bomberka, czarna bluza z kapturem, martensy, nowe dziary:)













