Thursday, 6 November 2025

Mały regres, wyjazdy, radykalizm

Dzisiaj mam lekki regres. Zaczął się wczoraj. Nadziałem się przypadkiem na socjalach na profil Z. Zalały mnie emocje, tęsknota, zranienie. Jest to męczące. Relacja trwała niecałe 3 miesiące, a ja się zbieram już pięć. No ale nie jest to pierwszy raz, już tak mam. Przywiązuję się bardzo i zajmuje mi długi czas zerwanie więzi, choć ta druga osoba zerwała ją już dawno.

No ale nie są to już tak silne uczucia jak jeszcze miesiąc, dwa temu. Biorę głęboki oddech i mówię sobie - to minie. Tak jak minęły inne rzeczy, które kiedyś były całym moim światem. Tylko że... No chciałbym, żeby już coś było na stałe, bezpiecznie i spokojnie. To już tyle lat, odkąd płynę tymi wzburzonymi wodami, szukając przystani. Zaczynam się obawiać, że mogę jej nie znaleźć.

Jutro jadę do Poznania. Wieczorem mam wernisaż. Mam z dwadzieścia obrazów, poopowiadam o nich, o tym jak odkryłem malarstwo, czym dla mnie jest, napiję się wina, pogadam ze znajomymi. No a następnego dnia gram w tym samym miejscu koncert. Mam trochę nowych utworów, będzie ostro. Te ostatnie kilka lat zradykalizowałem się mocno, moja poezja, bunt, weszły na wyższy poziom. Może odbijam sobie w ten sposób niepowodzenia miłosne?:) It could be. Ale lubię bardzo tę rewolucyjną część mnie. To bardzo ważny aspekt mojej osobowości, spełniam się w tym.

Z Poznania nie wracam od razu do Wrocławia. Postanowiłem pojechać do Warszawy na demonstrację antyfaszystowską 11 listopada.

Po zapłaceniu z honorarium za koncert ubezpieczenia na samochód i rachunku za telefon powinno mi zostać na paliwo do Wawy i stamtąd powrót do Wrocławia. A na później? Już nie:) Będę kombinował.

A co dzisiaj? Wyślę obraz do klientki. Miałem go skończyć już w sierpniu, no ale było jak było. A pod wieczór idę posłuchać prelekcji w Zamencie. "Miłość jako opór i narzędzie władzy: o politycznym wymiarze uczuć". Trochę się stresuję, jest możliwość, że będzie Z. no i jakieś osoby, które mnie scancelowały z powodu relacji z nią. Ale nie jest to jakiś wielki stres. Już przeszedłem etap unikania ich wszystkich. Znalazłem w sobie spokojne miejsce, które pozwala nie wpuszczać do środka za dużo rzeczy z zewnątrz, rzeczy które mnie nie budują. Poza tym mam nowe ciuchy, w których czuję się przystojny i atrakcyjny, lubię się pokazywać :p Cały na czarno, zajebiste bojówki, czarna bomberka, czarna bluza z kapturem, martensy, nowe dziary:)



Tuesday, 4 November 2025

Powrót do siebie

Lubię wracać do siebie
Budzić się rano i czuć się spokojnie, zadowolony z życia, ze swoich wyborów, wolności.

Dużo pomogło mi czytanie swoich starych zapisków z podróży, ze spotkań, przygód. Dało mi to szerszą perspektywę siebie. Wczoraj przygotowałem do publikacji opowieść z Rainbow w 2015 roku, kiedy zabujałem się w Dziewczynie w Czerwonej Sukience i zaprzyjaźniłem z Pablo.

W ogóle relacje są dla mnie ważne, chyba najważniejsze. Najlepiej się czuję wśród ludzi. Dlatego wolę mieszkać w mieście, niż gdzieś w naturze. Czasami ludzie się dziwią: mieszkasz w vanie i wybrałeś centrum miasta? Mogłeś przecież mieszkać wszędzie. Dokładnie. Dlatego parkuję 10 minut spacerem od rynku. W każdej chwili mogę znaleźć się w tłumie ludzi, mogę pójść do mojej ulubionej knajpki, pogadać z barmanem, spotkać kogoś.

Wczoraj znów spędziłem cały dzień w pracowni. Zrobiłem dwa Rebel Boxy, z których jestem dumny. Biorąc pod uwagę target (alternatywne dziewczyny), nie zarobię na tym pewnie pieniędzy, ale radość z tworzenia jest.

W piątek mam wernisaż w Poznaniu, następnego dnia koncert. Postanowiłem, że nie wrócę od razu do Wrocławia, ale pojadę do Warszawy na demonstrację antyfaszystowską 11 listopada. Jestem podekscytowany, choć jest również niepokój. Nie lubię przemocy, a jest duża możliwość, że będzie starcie ze skrajną prawicą. No ale nie chcę być tylko fotelowym anarchistą i antyfaszystą.

Czytając stare zapiski widzę, że motyw miłość romantycznej przewija się u mnie zawsze i intensywnie. To jest taki mój holy graal. Ciekawe, czy kiedyś go znajdę i napiję się wina nieśmiertelności. Czy też będę próbował z różnych kielichów już zawsze, szukając czegoś prawdziwego, na zawsze.

Dzisiaj terapia, pierwsza sesja od 3 tygodni, pani Kasia miała urlop. Cieszę się na rozmowę. Po 4 latach nawiązałem z nią bliską relację terapeutyczną. Lubię te nasze rozmowy.

 


Sunday, 2 November 2025

Rebel Box, nostalgia i Emma Goldman

Ten dzień nie był wcale zły. Ból po oparzeniach szybko przestał ćmić, choć kiedy po południu zmieniałem opatrunek, to trochę się wystraszyłem ciemnymi bąblami. Mam nadzieję, że zagoi się bez komplikacji. 

Rano poszedłem do pracowni. Wziąłem małą porcję grzybów i na razie robię przerwę od microdosingu. Dużo mi to pomogło przez ten miesiąc kuracji psylocybinowej, ciekaw jestem, czy utrzyma się dystans do życia i szersza perspektywa.

Poza tym lubię te eksplozje kreatywności.

Dzisiaj też miałem.

Przypomniałem sobie, że mam kilkadziesiąt drewnianych szkatułek. Wpadłem na pomysł zrobienia całej serii kolażowej. Seria będzie się nazywać Rebel Box. Pomalowałem pudełko, stworzyłem logo, wydrukowałem materiały na kolaż. Idea jest taka, że pudełko będzie wyklejone rewolucyjnymi, feministycznymi, anarchistycznymi grafikami i znajdzie się tam jeszcze jakiś mocny tekst.

Jutro chciałbym skończyć prototyp. Każde pudełko będzie podpisane i będzie miało swój numer, tak że będzie to produkt kolekcjonerski. 

Zaczęło się robić już ciemno, kiedy wyszedłem z pracowni i poszedłem do Kali. DJ wrzucił na YouTube Federacji mój podcast o Emmie Goldman, który nagrałem jakoś w maju. Poczułem mocno nostalgię. To był środek zakochania w Z, działałem intensywnie w FA i wydawało mi się, że world is my oyster. 

Piję napar imbirowy, który Pasza zrobił mi za darmo, kochany chłopak wie, że tak w sumie to nie stać mnie na codzienne siedzenie w knajpie. Dołożył jeszcze talerz ciasta, które było na tyle rozpieprzone, że nie nadawało się na sprzedaż. Czytam Serca Atlantydów, co pół godziny wychodzę na fajkę. 

W gruncie rzeczy I'm OK. 

Mój podcast o Emmie Goldman



 

Poranny wypadek oraz recap wczoraj

 

Ta pogoda zrobiła wczoraj robotę. Zorientowałem się, że mam dobry humor, kiedy na spacerze każdy kawałek na playliście sprawiał mi przyjemność. Poczułem w środku przestrzeń i lekkość.

Na Nadodrzu spotkałem ludzi z Food not Bombs, Irek rozdawał chleb i jabłka, przywitał mnie ciepło. Była też Anabel, to był jej pierwszy dzień na foodzie. Wieczorem poszliśmy do knajpy pograć w kości.

Dziś obudziłem się jak zwykle, nad ranem. Wstawiłem wodę, zapaliłem papierosa. I kiedy zalewałem kawę, wylałem na siebie wrzątek. Zszokowany zaplątałem się w śpiworze i wypadłem z auta skręcając sobie nadgarstek i kostkę, oraz rozbijając kolano. Reszta wrzątku wylała mi się na tyłek, jak leżałem w błocie xd 

Hehe, obudziło mnie to. Skóra zeszła z miejsca oparzenia na biodrze, zrobiłem opatrunek z chusteczek higienicznych i taśmy klejącej, tylko to miałem, zjadłem ketanol, no i już jest dobrze.

Patrzę na pogodę, dziś dżdżysto. Zament jest z reguły wolny w niedzielę, więc mogę dzisiaj malować (to miejsce, które używam jako pracownię). Zaraz wezmę głośnik, włączę muzykę i spróbuję obudzić w sobie kreatywnego ducha.

Just another day.







Saturday, 1 November 2025

Kawiarnia, mocne wrażenia, King

Moje kawiarniane życie:)
Sączę powoli herbatę, czytam opowiadania Kinga. Lubię jego sposób snucia opowieści. Kiedyś chciałem pisać tak jak on.

Rozmyślam o swoim życiu. To luksus bycia artystą w kryzysie wewnętrznym, z blokadą twórczą i z ogromnym zapasem wolnego czasu.

Najpierw tak ogólnie: w życiu są trzy stany:
1. Wspaniałość
2. Rozczarowanie
3. Stabilność

U mnie ten trzeci stan nie istnieje. Szukam intensywnych, głębokich przeżyć, stanów uniesienia i czasami je znajduję. Czy to w miłości, czy w jakiejś wzniosłej misji, w sztuce. Tarzam się w tym, przeżywam, cieszę i czuję, że robię życie dobrze. Później następuje rozpierdol. Tak jak ta ostatnia katastrofa z Z. Wtedy odczuwam prozę i szarość istnienia jeszcze mocniej niż przed uniesieniami. Cierpię, szukam wyjścia, pracuję nad sobą i czekam, kiedy znowu uda się wskoczyć w siodło.

Pamiętam jak po przyjeździe do Wrocławia i poznaniu M. odkryłem MDMA. Fuck, zachłysnąłem się tą substancją. Jakbym znalazł coś, co jest stworzone idealnie dla mnie. Energia, rozpuszczenie ego, ekstaza, serce pełne miłości, przyjaźni, miękkości. No ale koszty były zbyt duże, zejścia mnie wykańczały i w końcu odpuściłem.

Jestem na terapii od czterech lat. Dużo przepracowałem, cieszę się bardzo z tego, że alkohol przestał być codziennym gościem w moim życiu, że trochę bardziej rozumiem siebie i skąd to wszystko.

Miałem już kończyć terapię, ale kiedy rozjebałem się na wiosnę, stwierdziliśmy razem z panią Kasią, że jeszcze mi się przyda. No i tam pojawia się ten temat szukania mocnych przeżyć i tego, dlaczego wpakowuję się w niemożliwe i mega intensywne relacje. Wchodząc w związek z 21 letnią dziewczyną, mogłem przecież oczekiwać, że to nie wypali. No ale ten wewnętrzny romantyk, buntownik, idealista i lekkoduch bardzo chciał uwierzyć. A zresztą byłem samotny, spragniony miłości, więc taka ilość adoracji, akceptacji i walidacji, była dla mnie jak woda na pustyni. Wszedłem z beztroską w narrację o wielkiej miłości dwójki anarchistów, którzy namiętnie i bez lęku zrobią rewolucję i sprzeciwią się normom społecznym.

No i kilka miesięcy później, chudszy o jakieś sześć kilo, śpiąc po 5 godzin na dobę, odganiając koszmary, paląc dziesiątki fajek dziennie, zmagając się z poczuciem odrzucenia i samotności, na poważnie zastanawiam się, czy gdybym mógł cofnąć czas, to zrobiłbym coś inaczej. I chyba nie. Wszedłbym w to po prostu jeszcze raz. It was beautiful while it lasted. I nie wiem, czy terapia może mi pomóc w tym podejściu do życia.

Co dalej? Dzisiaj widzimy się z Anabel. Lubię z nią gadać. Lubię ludzi, którzy jakoś tam się zmagają i przez to mają dystans do rzeczywistości, ciemne poczucie humoru i dobre serce. 
 

Friday, 31 October 2025

Coffee and cigarettes

 

Jeszcze ciemno, choć niebo powoli się rozjaśnia. Zwykle budzę się koło czwartej, piątej rano. Najpierw leżę i pozwalam rzeczywistości rozgościć się w środku. Nie jest to przyjemne. Rzeczywistość jest ostatnio niegościnna i chłodna. Ale staram się powiedzieć sobie coś miłego, wspierającego. "Marcyś, nie martw się, to minie, sprawy się ułożą". 

Później wstawiam na kuchence turystycznej wodę na kawę, skręcam dwa papierosy z Pueblo. Pierwszego wypalę zanim dojdzie woda, drugiego już przy kawie.

Choć bardzo nie chcę (już minęło kilka miesięcy, z wiosny zrobiło się lato, później jesień i jestem po prostu zmęczony), to myślę o Z. Czasami z niechęcią. Mam jej za złe, że jej crush, impuls emocjonalny, kaprys, rozjebał mi życie. A czasami próbuję ją zrozumieć: że tak jak i ja, postąpiła impulsywnie wchodząc w tę relację, a kiedy rzeczywistość ją przerosła, próbowała chronić siebie. 

No ale ta epoka nie może trwać przecież w nieskończoność. Pozwalam temu płynąć, wiem, że ważne jest przeżycie żałoby do końca, ale powoli staram się myśleć o przyszłości, o sobie w oderwani od tego bajzlu. 

Lubię spotykać się z ludźmi spoza wrocławskiego środowiska, spoza moich kręgów. Pozwala mi to na jakiś dystans. Tak jak niedawno, kiedy odwiedziła mnie Ula. Zaparkowała swojego kampervana obok, no i siedzieliśmy do późna. Opowiadała mi o swojej żałobie po facecie, daliśmy sobie zrozumienie, odrobinę bliskości, ciepła. Potrzebuję towarzystwa ludzi, którzy widzą mnie po prostu jako mnie, bez osądów, szuflad, uprzedzeń, z sympatią. 

Jakie plany na dzisiaj? Mam na koncie jeszcze kilka stów, wpadła zaległość za obraz, więc mogę się zrelaksować. Mam na jedzenie i siedzenie w Kali na jakiś tydzień. Wieczorem mam oddać sprzęt nagłaśniający Olkowi, po moim koncercie sprzed tygodnia. A wcześniej? Zapowiada się chłodny, choć słoneczny dzien. Cieszę się na słońce, panele podładują mi akumulator. Zjem pewnie obiad w barze mlecznym, posiedzę z książką w Kali. Więcej planów nie posiadam. 

Czasami się stresuję, że pozwalam tak życiu płynąć, że nie robię jakichś ruchów, ale skoro nie wiem, w jakim kierunku iść, to chyba najlepiej spróbować pozwolić rzeczywistości unfold jak chce i nie szarpać się. Nie jest to dla mnie łatwe, mam potrzebę kontroli, no i chciałbym mieć już jakiś kierunek. 

Zrobiło się już jasno. Cześć nowy dniu. Weź, coś fajnego wymyśl dzisiaj. 



Thursday, 30 October 2025

Wieczorek - samotniolek

 

Wczoraj A. (ta moja kumpela od grania w kości) spytała, czy nie pomógłbym jej znajomym w przewiezieniu szafy. Nie miałem nic do roboty dzisiaj, więc się zgodziłem. Pojechałem autobusem na Muchobor, zadupie straszne. Fajna młoda para, Ewa i Papaj, miło się z nimi gadało, pomogłem ogarnąć dźwiganie. Odwdzięczyli się butelką wina. Ostatnio prawie nie dotykam alkoholu, ale będzie przy okazji, jak ktoś wpadnie w odwiedziny.

No a później, już w drodze powrotnej zrobiło mi się smutno, sam nie wiem dlaczego. Może pozazdrościłem im tej młodej miłości? Tacy zakochani, pełni planów, czułości, pomysłów. Chyba przez to bardziej odczułem swoją samotność.

Planowałem iść posiedzieć w Kali z książką, ale przez ten smutek wróciłem po prostu do Włóczęgi. Przez chwilę wybierałem film, ale za długo mi zeszło i straciłem ochotę, skończyło się na rolkach z Instagrama.

Na zewnątrz wieje straszliwie, suche liście spadające z drzew stukają o dach vana, jest coraz ciemniej, zapaliłem lampkę. Włączyłem grzejnik, żeby było bardziej domowo. Chrupię krakersy, oliwki, zapijam sokiem pomarańczowym. Spytałem Anabel czy ma ochotę wpaść na film i poczęstunek, ale ma jakieś inne zobowiązania. Tak że dzisiaj już chyba nie zapełnię tej samotności.

Ostatnie miesiące czuję się bardzo na uboczu wszystkiego. Ucichły burze, zamieszanie, ale też rzeczywistość odcięła mnie mocno od różnych relacji, poczucie bezpieczeństwa i przynależności bardzo ucierpiało. No i w ogóle tożsamość się pokruszyła. Mam takie dni, że naprawdę nie mam pojęcia kim jestem, co dalej, czy mam coś robić proaktywnie, żeby zacząć nowe, czy dać sprawom płynąć I zobaczyć, co się wydarzy.

Takie rozkminy.

Kilka lat temu zacząłem żyć ze sztuki, wyjechałem z mojej małej górskiej wioski, gdzie naprawdę nie było nic dla mnie. Ruszyłem szukać przygód, misji, swoich ludzi, miłości. Zlałem społeczne oczekiwania, normy, postanowiłem na maksa żyć na własnych zasadach. Teraz nadchodzi moja trzecia zima w vanie. Te trzy lata były mocne. Dużo zmian, pracy nad sobą, działań społecznych, tworzenia, namalowałem kilkadziesiąt obrazów, zagrałem w chuj koncertów, przeżyłem dwie miłości, obie się niestety skończyły, choć bardzo nie chciałem, nawiązałem bliskie relacje z różnymi ludźmi.

Lubię tarzać się w życiu, przeżywać mocno, szczerze, szukać siebie i innych. No ale w takich momentach jak dziś dopada mnie smutek i trochę chyba lęk? Że droga, którą wybrałem nie prowadzi mnie jednak nigdzie. Znaczy... Ja nie wiem, czy jakakolwiek droga gdzieś prowadzi. Im jestem starszy, tym szybciej leci czas i czuję swoją śmiertelność. No ale jednak miałem nadzieję, że znajdę jeszcze jakiś dom, bezpieczne miejsce, swoją osobę. A teraz trochę już nie jestem pewien.

Za tydzień mam wernisaż i koncert w Poznaniu. Zaprosił mnie Michał do swojej nowej knajpki. Pod koniec miesiąca koncert w Zabrzu, w Rzeszowie. Fajnie, że dzieją się takie rzeczy, daje mi to poczucie zaangażowania i jakiegokolwiek sensu.

I już prawie wieczór. Owijam się śpiworem, odpalam Instagrama, pooglądam rolki o wszechświecie. I chyba to już tyle z tego dnia. 

Cieszę się, że pomogłem tym dzieciakom z szafą.





Wednesday, 29 October 2025

Słońce, microdosing, artystyczny nieład

 

Słońce wyszło dzisiaj, wspaniale! Najpierw wyprałem pościel, rozpachniła mi vana. Później poszedłem na długi spacer. Robię microdosing grzybów psylocybinowych ostatnio, co drugi dzień 0.2 g. Podsunęła mi pomysł koleżanka, kiedy wspomniałem, że zastanawiam się nad antydepresantami. Cieszę się bardzo, naprawdę widzę dużą różnicę. Nabrałem szerszej perspektywy, ruminacje osłabły, jest mi po prostu mniej smutno.

No więc po microdosingu połaziłem po mieście, odwiedziłem bibliotekę, więc mam sporo dobrej lektury. W bibliotece poznałem się z dziewczyną, wymieniliśmy się numerami. Ładna, drobna, elegancko ubrana. Tak pod czterdziestkę. Spytałem, czy się mam przesunąć, żeby znalazła swoją książkę, na co powiedziała żartobliwie, że jesteśmy oboje tak szczupli, że damy radę (mówiłem że fajki i złamane serce mi służą?;). No i z tego nawiązała się sympatia.

A teraz już w Kali. Pasza zrobił mi zielonej herbaty, palę skręcane fajki (dużo), czytam, a później może wpadnie A., pogramy w kości i ponapierdalamy się z życia.

Miałem przykry moment, natknąłem się przy barze mlecznym na ludzi z otoczenia Z. Odwrócili się ostentacyjnie plecami i coś tam chichotali. Moje wewnętrzne dziecko poczuło się ukłute, a dorosły pomyślał, jprdl, ale high school. A później: "stary, sam sobie jesteś winien". Relacje same w sobie są trudne, a dołóż do tego jeszcze różnice pokoleniowe i przepis na katastrofę gotowy.

Gadałem dziś z Paszą o tym wszystkim. Powiedziałem, że jakbym mógł cofnąć czas, to zresetowałbym cały ten rok.
- Jesteś pewny, że pozbawiłbyś się tych doświadczeń i lekcji? - zapytał, przygotowując mi herbatę.
- Kurwa... No nie. Ten kryzys zmusił mnie, żeby przyjrzeć się sobie bardzo blisko. To cenne w chuj.

Utrata najważniejszych rzeczy w życiu popchnęła mnie do tego, żeby się zbliżyć do siebie, wesprzeć siebie. Nie miałem innego wyjścia. Tzn. przez chwilę myślałem, że mam. Ale to był głupi pomysł i na całe szczęście nie wprowadziłem go w życie. 

Właśnie pogadałem z Michałem, właścicielem Kalaczakry. Będę miał tutaj wystawę, dogadywaliśmy się przez maile, ale chciałem, żeby połączył moją gębę z sytuacją. Kiedy dowiedział się, że śpiewam, podsunął pomysł, żebym zagrał tutaj kilka kawałków na wernisażu i powiedział parę słów o anarchizmie. Ale się kurwa cieszę:) Fajnie tak zaznaczyć swoją obecność w knajpie, która jest praktycznie moim drugim domem. 

Aftermath po eksplozji

Ostatnie dni są do siebie podobne. Kawa, fajka, prysznic, później moja knajpka, książka Kinga, dziennik, czasami rozmowy, jeśli akurat ktoś znajomy wpadnie do Kali.

Rozpacz ostatnich miesięcy zblakła. Zostało tylko trochę smutku i rozczarowania ludźmi, ale nie jest to już takie wszechogarniające. A przynajmniej nie codziennie i nie 24/7. Została też bezsenność. 

Po ostatnim miesiącu, kiedy próbowałem wyciągnąć rękę do ludzi z mojego dawnego środowiska oraz do tamtej dziewczyny, i spotkałem się ze ścianą niechęci i obojętności, chyba dotarło do mnie, że skończył się jakiś etap życia. Dziwnie tak znowu zaczynać od początku.

Ale ja miałem tych początków w tym życiu:)

Lista ciut bardziej szczera 

1. Miałem okresy samotności w życiu, całkiem sporo, ale ten jest najsamotniejszy. 

2. Jezu, jak ja mało sypiam. Budzę się o czwartej rano i koniec. 

3. Mam coraz więcej jaśniejszych momentów. Zdarzają się nieoczekiwanie i bardzo doceniam. Ostatnio wychodziłem z mojej knajpki i nagle poczułem: szersza perspektywa, harmonia z sobą, zrozumienie dlaczego wydarzyły się te rzeczy i jak mnie zmieniły i nadzieja, że będzie dobrze, choć na razie nie wiem jeszcze jak. 

4. Schudłem. Palę dużo, kiepsko jadam, brak snu pewnie też wpływa na to. 

5. Bardziej od ostracyzmu społecznego dotknęło mnie to, jak zachowała się ona. Ci ludzie nie znali mnie tak naprawdę. No ale przed nią pokazałem się w 100 procentach, cały, odsłoniłem najdelikatniejsze miejsca. Ciężko mi zrzucić z siebie to poczucie przekroczenia moich granic, zdrady. Ale z drugiej strony, no fuck, jest to lekcja dla mnie, że relacje z dużą różnica wieku, to większe wyzwanie niż myślałem. Miłość to nie wszystko jednak. 

6. Brakuje mi zaangażowania w aktywizm. To była jedna z najważniejszych rzeczy w moim życiu. Sen o rewolucji, braterstwie, siostrzaństwie, wspólnej walce z systemem. Pusto bez tego. Rozkminiam intensywnie, w jaki sposób znaleźć to na nowo. No idea. 

7. Od prawie 3 lat mieszkam w małym vanie, który przerobiłem na kampera. To będzie moja trzecia zima na streecie. Jestem prawie w centrum Wrocławia. Kocham to miasto. 

8. Moja ostatnia piosenka. O tym czego mi teraz brakuje bardziej niż kiedykolwiek. 

Pomoc wzajemna



Monday, 27 October 2025

Rewolucja i Miłość


Ale dzisiaj wieje! Już wieczór, Ross Bets śpiewa celtyckie słodkości, grzejnik dmucha, deszcz bębni o dach Włóczęgi. A tak niedawno było lato.

Nie pisałem tutaj już kilka lat. Hmm, nie będę robił streszczenia. Zacznę od tu i teraz (no, może czasami sięgnę w przeszłość dla kontekstu).

Jezu, ale te ostatnie miesiące były trudne. O mały włos nie umarłem i to tak naprawdę. A chudy jestem jak szczapa (fajki, bieda, rozpacz, stres, jak przystało na prawdziwego artystę). Ale szczupłość lubię, bo mnie odmładza.

W tym roku zakochałem się jak wariat. Zanurzyłem się w pewnej dziewczynie aż po uszy, myślałem, że to ta na zawsze, chciałem ją kochać do końca świata, mieć z nią dzieci, zdobywać świat. A później sobie poszła, bo nowe lądy, nowe przygody, nowi ludzie. 
Zasmuciło mnie to bardzo i zawstydziło. Najpierw uciekłem, żeby porozpaczać. Później wróciłem i spróbowałem ratować, co się dało, ale się okazało, że nic się nie da. Jakbym się przeniósł do innego wymiaru.
I co teraz?

Trochę nie wiem. Ale kiedy dzisiaj wracałem z Kalaczakry poczułem spokój, radość, nadzieję. Trochę tak, jakbym znalazł się dokładnie tam, gdzie się miałem znaleźć. I że teraz czekają mnie nowe rzeczy. Że tamto wszystko miało się wydarzyć tak, jak się wydarzyło. Wow:)

Lista pierwsza od dawna:

1. Odwiedziny Natalii, garść grzybów, rozmowy o związkach, o życiu.

2. Odwiedziny Uli. Co za urocza, mądra istota. Nawet na chwilę się przytuliliśmy (brakowało mi tego), pozwierzaliśmy się. Rozmowa z nią dała mi dużo inspiracji, żeby sięgnąć do zapomnianych warstw mnie. Bo ostatnio tylko Rewolucja i Miłość (które przerodziły się w Ostracyzm i Złamane Serce). Więc chciałbym sięgnąć do duchowości, marzeń. Myślałem dzisiaj, że nie wiem jak. Ale później poczytałem stare zapiski z różnych lat i już wiedziałem - wcale tego nie zgubiłem. Muszę sobie tylko przypomnieć.

3. Grywam w kości z Bernadette i A. (oddzielnie). Obie bardzo lubię, na zupełnie inny sposób. Siadamy sobie w Kalaczakrze, biorę napar z imbiru albo herbatę, gramy, żartujemy, gadamy.

4. Muszę wyprać pościel, bo się już klei, ale nie mam pieniędzy na pralnię:) Tak w ogóle tyle czasu już żyję w nędzy, że pieniądze prawie zupełnie przestały mnie stresować. I się bardzo cieszę, kiedy wpada cokolwiek.

5. Miałem trzy dni pracę na planie filmowym. Kupiłem za to kurtkę na zimę, dwie pary bojówek, bluzę, czapkę, rękawiczki, wszystko w czerni, jak prawdziwy antifiarz.

6. Kiedy tu pisałem ostatni raz, nie miałem ani jednego tatuażu. Teraz wyglądam jak brudnopis. I love it 🖤 Mam też... 1...2... cztery kolczyki w twarzy (ucho, warga, brew). Lubię moją stylówkę.

7. Nie czułem się tak spokojnie i dobrze jak teraz od wielu miesięcy. I'm coming home:)