Moje kawiarniane życie:)
Sączę powoli herbatę, czytam opowiadania Kinga. Lubię jego sposób snucia opowieści. Kiedyś chciałem pisać tak jak on.
Rozmyślam o swoim życiu. To luksus bycia artystą w kryzysie wewnętrznym, z blokadą twórczą i z ogromnym zapasem wolnego czasu.
Najpierw tak ogólnie: w życiu są trzy stany:
1. Wspaniałość
2. Rozczarowanie
3. Stabilność
U mnie ten trzeci stan nie istnieje. Szukam intensywnych, głębokich przeżyć, stanów uniesienia i czasami je znajduję. Czy to w miłości, czy w jakiejś wzniosłej misji, w sztuce. Tarzam się w tym, przeżywam, cieszę i czuję, że robię życie dobrze. Później następuje rozpierdol. Tak jak ta ostatnia katastrofa z Z. Wtedy odczuwam prozę i szarość istnienia jeszcze mocniej niż przed uniesieniami. Cierpię, szukam wyjścia, pracuję nad sobą i czekam, kiedy znowu uda się wskoczyć w siodło.
Pamiętam jak po przyjeździe do Wrocławia i poznaniu M. odkryłem MDMA. Fuck, zachłysnąłem się tą substancją. Jakbym znalazł coś, co jest stworzone idealnie dla mnie. Energia, rozpuszczenie ego, ekstaza, serce pełne miłości, przyjaźni, miękkości. No ale koszty były zbyt duże, zejścia mnie wykańczały i w końcu odpuściłem.
Jestem na terapii od czterech lat. Dużo przepracowałem, cieszę się bardzo z tego, że alkohol przestał być codziennym gościem w moim życiu, że trochę bardziej rozumiem siebie i skąd to wszystko.
Miałem już kończyć terapię, ale kiedy rozjebałem się na wiosnę, stwierdziliśmy razem z panią Kasią, że jeszcze mi się przyda. No i tam pojawia się ten temat szukania mocnych przeżyć i tego, dlaczego wpakowuję się w niemożliwe i mega intensywne relacje. Wchodząc w związek z 21 letnią dziewczyną, mogłem przecież oczekiwać, że to nie wypali. No ale ten wewnętrzny romantyk, buntownik, idealista i lekkoduch bardzo chciał uwierzyć. A zresztą byłem samotny, spragniony miłości, więc taka ilość adoracji, akceptacji i walidacji, była dla mnie jak woda na pustyni. Wszedłem z beztroską w narrację o wielkiej miłości dwójki anarchistów, którzy namiętnie i bez lęku zrobią rewolucję i sprzeciwią się normom społecznym.
No i kilka miesięcy później, chudszy o jakieś sześć kilo, śpiąc po 5 godzin na dobę, odganiając koszmary, paląc dziesiątki fajek dziennie, zmagając się z poczuciem odrzucenia i samotności, na poważnie zastanawiam się, czy gdybym mógł cofnąć czas, to zrobiłbym coś inaczej. I chyba nie. Wszedłbym w to po prostu jeszcze raz. It was beautiful while it lasted. I nie wiem, czy terapia może mi pomóc w tym podejściu do życia.
Co dalej? Dzisiaj widzimy się z Anabel. Lubię z nią gadać. Lubię ludzi, którzy jakoś tam się zmagają i przez to mają dystans do rzeczywistości, ciemne poczucie humoru i dobre serce.

No comments:
Post a Comment