Sunday, 8 December 2019

To był potwornie długi dzień. W sumie weekend. Tydzień:) Ale dziś było wyjątkowo ciężko. Tak sobie mówię, ze to koniec roku, akumulują się wszystkie zaległe rzeczy i musi teraz się zakotłować, żeby nowy rok mógł się zacząć czysto, na świeżo. Wiem, piszę enigmatycznie, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Trochę się wstydzę, że tkwię utknięty w czymś, co wiem, że nie jest dla mnie dobre, mam tysiąc powodów, żeby nie tkwić, ale z jakiegoś dziwnego, niezrozumiałego mi powodu, nie umiem po prostu się wyrwać i zacząć nowy rozdział.

Friday, 8 November 2019

Radziecka kosmonautka

Kosmonautka, akryle na drewnie





















Miły dzionek. Miałem pójść dziś do pracy w bacówce, ale okazało się, że chłopaki nikogo dziś nie potrzebują. A zresztą miałem lekkiego kaca po wczorajszej imprezie integracyjnej z biura, więc wyszło na dobre. Cały dzień malowałem. Bałem się, że szybko mi przejdzie inspiracja i okaże się, że wyrzuciłem w błoto kupę kasy, ale wiem już, że akryle zostają. Po prostu lubię.

Jakoś rzeczy wyglądają dziś jasno. Uśmiecham się w środku, bo czuję, że otwierają się dookoła nowe drzwi. A to fajna sprawa: nie wiedzieć, w jaką stronę pójdą rzeczy, równocześnie czując, że pójdą dobrze. I to w sumie wszystko, co chciałem napisać.

Namalowałem dzisiaj radziecką kosmonautkę.


Wednesday, 6 November 2019

Matka Boska Pijaków i Bombadillo

Droga Pani Anno

Nie chcąc zatrzymać naszej ożywionej na nowo korespondencji, pozwolę sobie znów na napisanie kilku słów. Proszę jednak nie czuć się zobowiązaną: niech Pani odpisuje tylko, kiedy będzie Pani czuła taką potrzebę.

Dzisiejszy dzień nie był ani zły ani dobry. Ot, taki zwykły. W nowym biurze mam okno z widokiem na góry. Świeciło jesiennie słońce. Rano przez parking przekicał zajączek. W biurowcu znajduje się bufet w starym komunistycznym stylu, ale z jedzenia wege mają tylko krokiety z kapustą i grzybami oraz sałatki. Barszcz niestety na kościach. Tuż obok bufetu jest palarnia, ale śmierdzi w niej tak okrutnie, że wolę już cierpieć zimno i deszcz na zewnątrz.
W drodze powrotnej było już prawie zupełnie ciemno. Lubię tak jeździć. Jest ciepło, cicho gra muzyka, czasami Nohavica, a czasami jakiś spokojny elektroniczny ambient. Czerwone i złote światła samochodów wyglądają prawie że świątecznie. W nocy jeżdżę bardzo ostrożnie i spokojnie. Droga do domu trwa godzinę. Cieszy mnie ta godzina relaksu.

Po powrocie zaniosłem dzieciakom czekoladę studencką, a później, już u siebie, napaliłem w kominku. Już taki czas roku, że robię to codziennie. Zanim jeszcze rozpakuję się po podróży i przebiorę, rozpalam w piecu, żeby jak najszybciej wygnać z domu ziąb.

Lubię mój domek, ale smutno mi tu często samemu. Włączam telewizor, żeby cicho sobie brzęczał w kącie, robię sobie herbatę (też uwielbiam Earl Grey!), oglądam odcinek jakiegoś serialu, czasami czytam książkę. Jest to miłe, ale brakuje mi bliskich rozmów, czyjegoś krzątania się... Jestem pewny, że mnie Pani rozumie.

Tak więc wygląda mój przeciętny dzień. Pewnie zanudziłem Panią na śmierć:)

Co do Pani ostatniego listu... Tak, u mnie było bardzo podobnie. Pani słowa (szczególnie te o współczuciu) pomogły mi spojrzeć na to wszystko inaczej. Bardzo dziękuję.

Pani oddany przyjaciel
i dłużnik

Marcelino Bombadillo

***

Szanowny Panie Redaktorze
Opis Pana zwykłego dnia wcale nie wydał mi się nudny. Przez chwilę czułam się jak pasażer w Pana samochodzie. Słyszałam piosenkę Jarosława ("Kometę":), widziałam choinkowe światełka aut i drzemałam sobie, czerpiąc radość z poczucia bezpieczeństwa, jakie budził we mnie Pana styl prowadzenia (zakładając, że Pan mówił prawdę o tym, jak spokojnie Pan prowadzi, ale zakładam, że tak:). Opis biura też mi się spodobał, a że z okna widzi Pan prawdziwe zajączki i góry, to ma Pan naprawdę wielkie szczęście!

To może ja też się podzielę swoim dniem?

Dziś może nie był taki zupełnie typowy, ale i tak opowiem.

1. Obudziłam się o piątej rano i nie potrafiłam już zasnąć. Zapaliłam małą lampkę przy łóżku i wystawiając tylko nos, bo zimno (też grzeję piecem, więc nad ranem zwykle już wygaszone), czytałam sobie przez dwie godziny książki. Najpierw "Trumf Pana Kleksa" (proszę się nie śmiać, uwielbiam!), a później "Opowiadania Bizarne" pani Olgi.

2. Po porannej toalecie - bardzo prostej: umycie zębów i spryskanie twarzy zimną wodą - zrobiłam sobie kawę zalewajkę z mlekiem i posiedziałam chwilę na parapecie, patrząc z góry na budzące się powoli miasto. To taki mój codzienny rytuał. Lubię moją miniaturową garsonierkę na poddaszu.

3. Na śniadanie odgrzałam sobie wczorajszy ryż, do którego dodałam kilka plasterków jabłka, rodzynki i szczyptę cynamonu. Aha, i jeszcze łyżeczkę miodu.

4. No i teraz, jak przystało na dorosłą kobietą, którą podobno jestem, też zabrałam się za pracę. Moje miejsce pracy znajduje się bardzo blisko, dojazd do niego z pewnością nie zajmuje godziny. A tak dokładnie zajmuje około 2 sekund: jak się Pan domyślił, pracuję z domu. Biurko pełne jest arkuszy papieru, kredek, cienkopisów, linijek, ekierek, gumek, strugaczek... Jestem ilustratorką-freelancerką (hmm, nie lubię tego angielskiego słowa, ale nie wiem, jaki jest polski odpowiednik. Może sobie jakiś wymyślę? Ilustratorka-Wolnarączka. Ot co.)

5. Miałam rysować do 16, mam trochę zaległości, ale o 14 zmierziło mnie to siedzenie. Poza tym Ambroży (pamięta Pan mojego kundelka? Wspominałam kiedyś) wyjątkowo uporczywie upominał się o spacer. Ubrałam więc moje ulubione zielone palto, beret, kalosze i poszliśmy na przechadzkę. Byłam już trochę głodna, więc najpierw zjadłam dużą porcję pierogów ze szpinakiem i fetą u pani Basi na Rynku. Ambroży wyżebrał ode mnie jednego. Tak posilona zdecydowałam się na spacer nad rzeką. Dawno już tam nie byłam. Chciałam sprawdzić, co u moich znajomych kaczek: pani Fiony, jej męża Kwakwaka i ich maleństw, którym imion jeszcze nie wymyśliłam, czekam aż podrosną choć trochę. Nazywam je po prostu Maleństwa. Po drodze spotkałam pana Franka Żulańczyka. Ukłonił się grzecznie, uśmiechnął nieśmiało i spytał o pięć złotych, bo zbiera na wino. Poratowałam pana Franka, żeby jakoś rozgrzał się w ten chłodny listopadowy dzień. A co do kaczuszek, to nie znalazłam. Najpierw się zmartwiłam, że coś je zeżarło, ale potem sobie przypomniałam, że przecież dzikie kaczki lecą na zimę do ciepłych krajów! Gapa ze mnie.

6. Po powrocie do domu napaliłam porządnie w piecu. No tak, zapomniałam dodać, że całe rano siedziałam w trzech swetrach, rajtuzach, spodniach i grubych skarpetach oraz z termoforem na kolanach. Po prostu oszczędzam drewno (jak na razie moje rysunki nie starczą na całodobowe palenie) i obiecałam sobie, że nie będę rozpalała przed godziną szesnastą. Panie Redaktorze, proszę przypadkiem się nie litować, ani nie patrzeć ze zgrozą: naprawdę wszystko u mnie w porządku, nie przymieram głodem, to po prostu niewielka niedogodność, która zresztą ma swój urok. Kiedy tak siedzę na starym poddaszu i z rękawiczkami bez palców rysuję jakieś dziwy, to czuję się jak bohaterka z Victora Hugo, albo innego Dickensa. Bardzo mi to schlebia:)

7. Nie chciało mi się już rysować. Z brzuchem ciągle napełnionym pierogami pani Basi i z ciepłem emanującym od piecyka, nalałam sobie wstydliwie lampkę swojskiego wina porzeczkowego (prezent od pani Tereski, mojej sąsiadki, która próbuje o mnie dbać jak o córkę, co czasami jest kłopotliwe, ale nie chcę jej sprawiać przykrości) i wróciłam do przerwanej rano lektury Tokarczuk. Niestety trochę mnie znudziło, więc odłożyłam książkę, włączyłam jakąś audycję w radiu i trochę się zdrzemnęłam. Myślę, że to ciepło i wino, a pewnie też to, że tak wcześnie się obudziłam dziś rano.

8. Z drzemki wyrwało mnie pukanie do drzwi. Kiedy zobaczyłam listonosza, to baaardzo się ucieszyłam i po miłej lekturze Pana listu bez zwłoki odpisuję.

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Pana tymi głupotkami:)

Odpisuję zawsze z przyjemnością i zawsze czekam na Pana listy. Sprawiają mi wielką radość i dzięki nim czuję się kimś ważnym. Bo skoro potrafi Pan siąść, zapisać swoje myśli na papierze, pójść na pocztę, zakleić kopertę, zaadresować, polizać znaczek (wiem, że teraz już się nie liże, bo są naklejki!:), to znaczy, że jestem dla Pana ważna. A to niezmiernie miłe uczucie.

Na dzisiaj już kończę.

Pozdrawiam Pana serdecznie i ściskam koleżeńsko
Pana Przyjaciółka i Matka Boska Miejscowych Pijaków

Anna Słota



Tuesday, 5 November 2019

Rodzinna posiadówka
















Dziś miałem wieczór rodzinny. Sytuacja wygląda tak, że kilkanaście metrów od mojej chatki znajduje się dom moich braci, mamy i ich dzieci. Jest to dom otwarty, gościnny, hałaśliwy i wesoły. Czasami tam wpadam, żeby doładować baterie.
Dziś pracowałem z domu. Przygotowywałem plakat na festiwal jazzowy, który organizujemy na wiosnę. Redagowałem również wywiad z  Turnauem oraz wywiad z Karłowskim. Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolony z dnia pracy. Bardzo owocny i twórczy.
Po południu jednak znów zaczął mnie ogarniać smutek egzystencjalny, więc postanowiłem wpaść w odwiedziny do moich braci i sióstr krwi. To było bardzo sympatyczne. Łukasz spał po pracy. Spytałem, czy ma jakieś swojskie wino do zdegustowania. "Ależ oczywiście! Nie jedno." I znienacka zrobiła się akcja przelewania win do butelek. Czarny bez, aronia i dzika róża. Nie przypuszczałem, że spędzę tam 2 godziny. Degustowaliśmy trunki, wspominaliśmy stare czasy, mama dołożyła trochę swoich historii, które ciekawie było skonfrontować z naszymi wersjami. I jeszcze słodkie dzieciaczki Łukasza ze swoimi komentarzami. No nie mogłem się oderwać.
To zdjęcie oddaje klimat. Zwracam uwagę na zaangażowanego w przelewanie wina dwuletniego Boryska:)
Fajnie było oderwać się na chwilę od przykrych myśli.
A jeszcze fajniej poczuć, że te złe chwile przeminą, skończą się, a zostanie esencja. Miłość, przyjaźń, ludzie.

Plakat na festiwal jazzowy

Monday, 4 November 2019

Zmysł miłości

























Drogi Panie Redaktorze

Dzisiejszy jesienny dzień już nie był złocistoczerwony. Był szary, dżdżysty i wietrzny. Dlatego postanowiłam nie wychodzić z domu. Cały dzień wrzucałam do pieca świerkowe szczapki i co rusz dolewałam gorącej wody do imbryka z Earl Grey (moja ulubiona herbata:)

Dużo myślałam. Mam nadzieję, że mi Pan wybaczy, ale myślałam o Panu i czy mogę jakoś pomóc w tych trudnych chwilach. A że w grę wchodzi tylko pomoc na odległość, więc musiałam myśleć dosyć intensywnie. Sięgnęłam do swoich doświadczeń i postanowiłam się nimi podzielić. Nie wiem, czy Pana sytuacja jest taka, jak była moja, prawie na pewno nie, ale może znajdzie Pan jakieś punkty styczne (o Boże, brzmię jak jakaś psychoterapeutka! Trochę mi głupio:).

Wspominałam w poprzednim liście o swoim złamanym sercu. Czas wyleczył mnie z ran. Cieszę się jednak z tego całego doświadczenia. Ale może w skrócie opowiem.

Miałam kiedyś chłopaka. Bardzo się zakochałam. Czułam, że też mnie kocha. Okazało się, że pomyliłam się, ale nie zarzucam tego sobie. Lepiej wierzyć w miłość, niż nie wierzyć. Nawet jeśli dojdzie do czegoś takiego...

Mój chłopak był taki:

- Kiedy chciał, potrafił być najsłodszym i najbardziej opiekuńczym człowiekiem na świecie.
- Potrafił mnie słuchać i okazywał mi oddanie i ciepło.
- Przynajmniej na początku...
- Później zaczął się oddalać. Jednego dnia był taki jak dawniej, a następnego zimny i wyniosły.
- Zaczęłam się martwić. Coraz częściej łapałam go na mniejszych lub większych kłamstwach. Najpierw przypadkiem, a później zaczęłam szukać dowodów... Wiem, głupie, ale chciałam wierzyć, że się mylę. Ale dowodów było coraz więcej.
- Spotykał się ze swoimi byłymi, a czasami z nowymi kobietami. Kiedy mówiłam mu, że źle mi z tym, to śmiał się i mówił, żebym się zrelaksowała, to tylko znajome.
- Był mną coraz bardziej znudzony.
- Jednocześnie był chorobliwie i bezsensownie zazdrosny.
- Kiedy byliśmy w towarzystwie, to dla wszystkich kobiet był czarujący, a dla mnie oschły i poirytowany. Kiedy mówiłam mu delikatnie, jak się z tym czuję, to stawał się jeszcze bardziej nieprzyjemny i zarzucał mi paranoję... Wiem, okropne. I będąc taką, jaka jestem dzisiaj, to odeszłabym bez wahania.
- Czasami na chwilę znów był dla mnie taki jak dawniej. Ale te momenty trwały coraz krócej i krócej. Czasami przez kilka tygodni, a nawet miesięcy czekałam choć na mały cień dawnego ciepła i uczucia.
- Kiedy już miałam dość i decydowałam się odejść (wiele razy), wtedy przychodził i najsłodszymi słowami prosił, żebyśmy jeszcze raz spróbowali, bo bardzo mnie kocha.
- Chciałam, żebyśmy się pobrali, stworzyli sobie dom. Mówiłam mu o tym. Patrzył na mnie wtedy zachmurzony i z niechęcią mówił, że nie potrzebuje niczego więcej. Może kiedyś w przyszłości, sam nie wie kiedy... I że mam przestać zawracać mu tym głowę, bo psuje mu to humor.














Wiem, dzielę się bardzo dużą ilością osobistych informacji. I troszkę mi wstyd. Boję się, Panie Redaktorze, że źle Pan o mnie pomyśli i to byłaby dla mnie naprawdę coś przykrego. Ale mam nadzieję, że tak nie będzie. Trochę się znamy, choć tylko korespondencyjnie i czuję w Panu bratnią duszę.

No i jak się to wszystko skończyło? Sytuacja stała się nie do wytrzymania. Nie wierzyłam już w żadne jego słowo. Byłam zmęczona jego flirtowaniem z innymi, zimnem, wybuchami złości, kolejnymi znajomościami, o których przypadkiem się dowiadywałam, unikaniem spotkań i jego niechęcią do bycia ze mną na dobre. On też miał już tego dość. Pewnego dnia, po kolejnej kłótni przestał się do mnie odzywać, dzwonić, pisać. Jakiś czas jeszcze próbowałam nawiązać kontakt, ale w końcu zrezygnowałam... Nie miało to już sensu.

Było mi źle i smutno. Nie potrafiłam przestać myśleć o tych złych rzeczach, które mi zrobił, o tym, jak mnie traktował, ale też i o dobrych wspomnieniach. Jakoś tak mi się to dziwnie mieszało. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, prawie nie sypiałam, błąkałam się trochę nieprzytomna po uliczkach mojego miasteczka, sama, bo pozrywałam kontakty z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi. Czułam się oszukana, głupia, mała i żałosna. Trwało to kilka miesięcy...

Nie wiem, Panie Redaktorze, czy znajduje Pan tutaj jakieś punkty styczne ze swoją sytuacją. Mam nadzieję, że nie za wiele, bo doskonale zdaję sobie sprawę, jaka to nieprzyjemna sprawa i nie życzyłabym tego Panu.

I wie Pan co mi pomogło? Poczułam nagle wobec niego już nie tęsknotę, żal, czy nawet złość, ale ogromne współczucie. Samo jakoś to przyszło. I to dosyć nagle, choć wiem, że musiałam dojrzeć do tej myśli. Pewnego dnia, samotnego i smutnego, jak wiele poprzednich, wspominałam jakiś drobiazg z nim związany. Spacer po parku w jego mieście. Z ciepłem przypomniałam sobie, jak trzymaliśmy się za ręce i jak słuchałam jego wspomnień ze studiów. I nagle mnie to uderzyło: on tego nie ma.
Ja mogę z czułością wspominać kolor jego szczoteczki do zębów, wycieczkę w góry, teksturę jego ulubionej bluzy. Zarówno ja, jak i Pan, Panie Redaktorze, mamy głęboko zakorzeniony instynkt bliskości. Czas sprawia, że nasze uczucie staje się coraz silniejsze, przywiązanie głębsze, związek coraz bardziej złożony i mocny. Dla niego coraz więcej wspólnego czasu oznaczało coraz większą nudę i chęć zmiany. Uderzyło mnie to bardzo silnie. W życiu tego biednego chłopaka wydarzyło się kiedyś, może w dzieciństwie coś, co pozbawiło go możliwości bliskości (a może taki się urodził).

Pan, ja i większość osób, mamy zmysł miłości, pragnienie i umiejętność budowania więzi. Jest jednak mała grupka ludzi, którzy nie mogą. I nawet nie wiedzą, że pozbawieni są czegoś najcenniejszego. Pan wie, o czym mówię: empatia, współczucie, troska i opiekuńczość, szacunek, podziw... To są składniki miłości. Mój chłopak nie potrafił tego odczuwać. Miał w sobie głód, ale objawiał się on pragnieniem adoracji, rozrywki, nowości. I tylko tyle.

Ta myśl i uczucie, uderzyły mnie bardzo mocno. Puściła tęsknota i poczucie zranienia. I zrobiło mi się go bardzo, ale to bardzo szkoda. Wyobraża Pan sobie: nigdy nie kochać, ani nawet nie podejrzewać, że tego nie mamy i nigdy nie będziemy mieć? Straszne, prawda? Być pozbawionym najważniejszego zmysłu i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy! To współczucie napełniło mnie tak mocno, że aż się popłakałam, a te złe uczucia odeszły.

Co dalej? Nic. Jakiś czas później się odezwał. Zaprosił mnie na kawę. Przyjęłam zaproszenie. Miło porozmawialiśmy. Mówił, że tęskni, że chciałby do mnie wrócić, że teraz będzie już dobrze. Uśmiechnęłam się, uściskałam go, poszłam na dworzec i już nigdy więcej się nie zobaczyliśmy.

Ufff, ale się rozpisałam:) I to tak poważnie. Ale musiałam. Ciężko mi było patrzeć na Pana stan. Niech się Pan nie gniewa, jeśli przestrzeliłam i Pana sytuacja jest zupełnie inna. Wiem, że jest tyle opowieści, ile ludzi. Ale jeśli choć trochę byłam w stanie Panu pomóc tą historią, to będę bardzo szczęśliwa.

U mnie już ciemno, ale nie zapalam światła. Tylko mała świeczka rozjaśnia mój pokój. Gdzieś w oddali przejeżdża tramwaj, a w kamienicy naprzeciwko ktoś cichutko gra na trąbce. Lekko fałszuje, ale to miła melodia. Wypiję jeszcze ostatnią filiżankę herbaty - chyba dziesiątą (pewnie będę pięć razy wstawała dziś w nocy na siku:) i już się kładę.

Życzę Panu przyjemnych snów. Mam nadzieję, że dzisiaj Pan się wyśpi.

Pana Przyjaciółka i Dobrzeżycząca
Pogodna Dziewczyna z Liściem Klonu w Berecie
Anna Słota

***

Kochana Pani Aniu.
Bardzo dziękuję za ten list. Muszę sobie to wszystko przemyśleć. Dziś powiem tylko, że bardzo się cieszę, że Pani napisała.
Marcelino


Sunday, 3 November 2019

Przedprzebudzenie



Pani Aniu!
Co za niespodzianka. Kiedy listonosz podał mi seledynową kopertę z nagryzmolonym żuczkiem, od razu wiedziałem, że to od Pani. Zresztą nikt inny nie pisze już listów na papierze.

Na początku chciałbym Panią serdecznie przeprosić za swoje milczenie. Porwał mnie wir codzienności. Pieniądze, praca, a przede wszystkim owa długa niefortunna znajomość, która odcisnęła na mnie silne piętno. Było to jak ciągnący się w nieskończoność, chaotyczny i niezrozumiały sen. Ale nie chcę o tym zbyt dużo pisać. Było, minęło...

Przykro mi słyszeć, że doświadczyła Pani złamanego serca i z tego, co Pani napisała, złamanego w wyjątkowo zimny sposób. Z drugiej strony, widząc, jak udało się Pani dojść do siebie i pozostać tą ciepłą i dobrą osobą, cieszę się bardzo. Dodaje mi to otuchy.

Wyobraziłem sobie Panią na tym spacerze po parku. Jak siedzi Pani na zboczu wzgórza, wśród zmurszałych grobowców i obserwuje skąpane w jesieni ulice. Poczułem, że chciałbym tam z Panią sobie usiąść i wspólnie patrzeć. Nie musielibyśmy nawet nic mówić. Chciałbym czuć Pani obecność i pogodny spokój. Jak to możliwe, że tak młoda osoba może sprawiać wrażenie takiej mądrości? (To nie pusty komplement - ja naprawdę odbieram Panią w taki sposób).
Widok, który Pani opisała, przypomniał mi Ljubljanę. Na wzgórzu koło zamku jest taka ławeczka koło wiekowego dębu, skąd widać stare miasto. Byłem tam w piękny jesienny dzień rok temu. Utkwiło mi to miejsce w sercu bardzo mocno.

W Pani śnie stałem w zimnym, zasypanym śniegiem lesie i płakałem. Może faktycznie byliśmy tam wspólnie. Wierzę, że niektóre dusze mogą spotkać się w snach. Jeśli tak było naprawdę, to dziękuję. Cieszę się, że nie stałem tam sam.

A ja przez 3 dni prawie nie wychodziłem z domu. Żadnych spacerów, podróży. Paliłem w kominku, piłem wino, oglądałem Doctora Who i bawiłem się akrylami i drewnem. Dziś wieczorem nagrzałem wody w bojlerze, podciąłem brodę i włosy, bo zacząłem wyglądać jak syberyjski drwal, wykąpałem się i teraz siedzę i myślę, co jeszcze Pani napisać...

O, proszę sobie zerknąć na mojego akrylowego bazgroła. Nazwałem go "Przedprzebudzenie".

Przedprzebudzenie - akryle na drewnie




















Bardzo polubiłem tę nową pasję. Wie Pani, co cieszy mnie w niej najbardziej? To, że jestem zupełnym nowicjuszem i żadne wielkie dzieło nie wyjdzie spod mojej ręki, więc mogę robić to, co chcę i nie martwić się opiniami. Bardzo oswobadzające uczucie.

Pani Aniu, będę już kończył, późno się zrobiło.
Jeszcze raz: bardzo, bardzo się cieszę, że zdecydowała się Pani odnowić naszą korespondencję. Te listy są dla mnie, jak gwiazdki spadające z nieba.

O Pani również przynajmniej jedna osoba ciepło i przyjaźnie myśli.

Ściskam i pozdrawiam serdecznie
Na zawsze Pani

Marcelino Smutalino

Zimowa noc

Zimowa noc - obraz akrylami na drewnie

















Drogi Panie Redaktorze
Myślę, że minął już prawie rok, odkąd przerwaliśmy korespondencję. Przyznam, że zerkałam czasami i sprawdzałam, czy wszystko u Pana w porządku. Ale tak delikatnie, żeby Pana nie niepokoić. Trzymałam kciuki, żeby Pana sprawy się ułożyły jak najlepiej. Przykro mi, że nie wszystko poszło tak, jak Pan chciał...

Ostatniej nocy miałam sen. Stał Pan w nocy w lesie opatulony w gruby kożuch. Padał śnieg, wiatr wył, a Pan po prostu stał i patrzył przed siebie. Wydawało mi się, że Pan płacze, ale nie byłam pewna.
Obudziłam się  bardzo smutna. Usiadłam na parapecie i długo paliłam papierosy. Patrzyłam na dachy mojego miasteczka, na księżyc i myślałam o Panu.

Panie Redaktorze, proszę się nie gniewać, ale odniosę się do Pana życia osobistego. Wiem, że to trochę nieelegancko, zważywszy na to, że nie znamy się osobiście, ale pal to licho, muszę coś powiedzieć. Może mi Pan nie uwierzy, bo staram się w moich listach być wesoła i beztroska. I większość czasu taka jestem. Ale też przeżyłam pewne trudne sytuacje. Wiem, co to znaczy doświadczyć kłamstwa, zdrady, zimna, odepchnięcia od osoby, którą uważało się za bliską. Znam to uczucie zranienia, niezrozumienia, wiem jak to jest być małą i zagubioną, pozbawioną wiary w ludzi, w miłość, w szczęście. Ale choć trudno w to uwierzyć, to minie. Światło, które ma Pan w sobie znów zacznie lśnić. Znów poczuje Pan w sobie nadzieję i radość. Miłość jest jedynym transcendentalnym faktem w materialnym uwikłaniu (że tak powiem filozoficznie:).

Wróciłam właśnie z jesiennego spaceru po parku na wzgórzu. Na samym końcu, za siatką jest malutki żydowski cmentarz. Przeszłam przez dziurę w płocie i posiedziałam sobie chwilkę na trawie. Widać stamtąd ratusz i kawałek kościoła. Wyglądają jak z bajki, szczególnie dzisiaj, kiedy wszystko jest złocisto-czerwone. Później zbierałam liście, z których zrobiłam jesienny bukiecik i postawiłam na biurku. Leży tuż obok Pana obrazka (dziękuję za ten prezent, lubię na niego patrzeć, kiedy piję herbatę i słucham Charlotte Gainsbourg).

Proszę, niech Pan pamięta, że choć czasami może się Pan czuć samotny jak palec, to tak nie jest: przynajmniej jedna osoba o Panu myśli i codziennie śle przyjazne i ciepłe uczucia.

Ściskam najmocniej!
z serdecznymi pozdrowieniami

najmądrzejsza i najsprytniejsza
Bogini dobrych rad i pocieszycielka strapionych
Anna Słota

Saturday, 2 November 2019

Próby z malowaniem

A tu już sobota. Powolny poranek. Słucham francuskiej, starej muzyki, jeszcze mi nie przeszło. Wycisza mnie to. Troszkę posprzątałem. Naniosłem drewna do kominka. Teraz przyjemnie pachnie wilgotną brzozą.
Wpadłem przedwczoraj na pomysł, żeby spróbować malowania. Pojechałem do miasta i wydałem co do grosza wszystkie pieniądze na farby akrylowe, pędzle, bejcę i inne rzeczy. Odwiedziłem po drodze tartak, zdobyłem kilka świerkowych deszczułek, a w garażu znalazłem jeszcze piękną deskę lipową, która leżała tam od lat. Później zrobiłem małe przemeblowanie i choć myślałem, że to niemożliwe, udało mi się w mojej ograniczonej przestrzeni zrobić kącik malarski. Trochę napociłem się przy szlifowaniu desek, ale była to w gruncie rzeczy przyjemna praca. Wczoraj cały dzień spędziłem na pierwszej próbie malarskiej. Kląłem na czym świat stoi, bo pędzle i farby nie chciały się słuchać. Rysowanie to inna bajka: ma się precyzję i kontrolę. Z malowaniem jest inaczej. Ale w końcu przestałem się nastawiać na zrobienie arcydzieła i postanowiłem się tym pobawić. Na koniec dnia miałem już mój pierwszy (tragiczny:) obraz.
Rano pojechałem na cmentarz odwiedzić grób taty. A wieczorem wpadłem do rodziny. Przyjechała Ania z koleżanką, był Szymon, Aleks, dzieciaki i cała reszta. Posiedzieliśmy trochę przy bimbrze z jabłek, porozmawialiśmy o głupotkach, pośmialiśmy się.
Zastanawiam się teraz, co zrobić z weekendem. Zostać w domu i malować, czy gdzieś pojechać, może przejść się w góry?
Energetycznie trochę jestem w dole. Miałem jakieś zaproszenia na weekend, ale nie przyjąłem. Chyba na razie nie jestem w nastroju na integrowanie się z ludźmi, ani starymi, ani nowymi. Wymaga to ode mnie zbyt dużego wysiłku. Z drugiej strony czuję się samotny, więc trochę jest to paradoks, ale jeśli ktoś jest introwertykiem, to dla niego to zrozumiałe.
A może zrobię sobie po prostu dzień serialowy? Sobota z Doctor Who.




Saturday, 26 October 2019

Twoje szepty - Księżycowy Terrorysta



Twoje szepty

1
Czasami wstanę rano,
czasem długo gniję,
czasami się umyję,
a czasem mam to gdzieś.

Gdy smutek puka do drzwi,
to wódki się napiję,
a że on puka często,
to flaszki często brzdęk.

Więc chodź ma ukochana,
co z książek cię stworzyłem,
wyśniona, nierealna,
ja proszę, mocno pieść.

Ty widzisz mnie od środka,
ty mówisz do mnie cześć,
ja sam do siebie mówię.
ty dajesz słowom treść.

2
Ja kiedyś marzeniami
pomalowałem świat,
Bóg zesłał to i tamto,
przeżyłem życia szmat.

Dziś smutek puka do drzwi,
choć po co pukać ma,
już dawno moim kumplem,
jest, niech wchodzi raz dwa.

Więc chodź ma ukochana,
ty nie dostrzegasz dna,
i przytul się do drania
ten drań to właśnie ja.

Wyśniłem cię o świcie,
tuż zanim zniknął świat,
ty mnie uratowałaś,
bo życie to jest żart.

3.
Gdy w nocy demonami
rozdrażni głupi sen,
kołdra rozkopana,
mam dosyć już tych scen.

Ty wchodzisz mi do łóżka,
twych pocałunków tlen
otuli mnie do rana,
odgoni stada hien.

Ja ciebie wyśniłem,
a ty stworzyłaś mnie,
ja jestem mięsem skórą,
a ty boginią w szkle.

Choć wiem że nieprawdziwy
twych pocałunków smak,
to wolę wierzyć w ciebie,
niż w twoich szeptów brak.

Thursday, 24 October 2019

Lista powakacyjna




















1. Bałkany wydają się odległym wspomnieniem. Po powrocie wskoczyłem  w wir pracy. Miałem trochę wydatków: samochód był do remontu, poszło 2000. Musiałem jeszcze kupić drewno do kominka i trochę węgla, więc kolejne wydatki. Dlatego oprócz etatu, sporo weekendów dorabiałem w schronisku. Powoli wychodzę na prostą.

2. Jak praca? Zajęcie redaktora bardzo mi odpowiada. Pisanie artykułów, robienie wywiadów ze sławami, tematy muzyczne, duża niezależność, praca po części z biura, a po części z domu. Nie mogę narzekać. Mam takie dni, że czuję prawdziwą satysfakcję z pracy. Rzadko przytrafiały mi się  w życiu takie wrażenia. No a w niektóre dni, jak dzisiaj, kiedy muszę skupić się na stronie biznesowej, a poza tym osobiście też nie czuję się najlepiej, to w takie dni otwieram sobie butelkę wina i jakoś też idzie robota.

3. Słucham Putamayo "French Cafe". Koją mnie francuskie szansony. Jest w nich pewien smutny, ale i lekki dystans do rzeczywistości. Francuzi smucą się inaczej niż Rosjanie. Mówię w oparciu o literaturę i muzykę, bo osobiście wielu nie spotkałem. Rosjanin smuci się Wszechświatem, a Francuz złamanym Sercem. Rosjanin leczy się wódką i mrokiem, a Francuz winem i kobietami. Rosjanin napisze czterotomową epopeję, a Francuz krótkie opowiadanko egzystencjalne;)

4. Po raz pierwszy od 4 dni wziąłem prysznic. Miałem po prostu kiepski tydzień, nie osądzam się. Ale dzisiaj się zmobilizowałem, napaliłem w piecu, żeby ogrzać wodę w podkowie i zmyłem z siebie kilka dni.

5. Znów wciągnąłem się w Doctora Who. Lubię Time Lorda w każdym z jego wcieleń. Podróże, mocne zasady moralne, dobro zawsze zwycięża, ekstrawagancja, humor, smutek i angielskość. Czego tu nie lubić? (A jak się smuci Anglik? Hmm, musiałbym się zastanowić... Anglik smuci się sam, ukrywa uczucia za chłodną uprzejmością i uważa smutek za niegodny dżentelmena. A kiedy już bardzo, bardzo pogrąży się w smutku, to tworzy imperium, aby światłem cywilizacji oświecić barbarzyńskie ludy.)

6. Kupiłem "Purezento" Joanny Bator i "Opowiadania Bizarne" Tokarczuk. Tylko nie mogę na razie zebrać inspiracji do czytania. Może w weekend wybiorę się gdzieś na wycieczkę, może w góry, a może nad jezioro i wtedy, odcięty od codzienności, pozwolę sobie na zanurzenie w literaturze.

7. Ilustracja niezwiązana z niczym. No, może trochę z pracą:)