Saturday, 25 July 2009

Camino de Santiago 1



Zamieściłem oststnio dwa fragmenty z nagrań jakie zrobiłem w czasie wyprawy do Santiago de Compostella i przypomniało mi się wszystko; jak było fajnie i przygodowo. Postanowiłem więc wkleić więcej fragmentów z transkrypcji tych nagrań. Niestety pewnego dnia, pod koniec wyprawy, niechcący skasowałem większość nagrań (rozmowy, przemyślenia, śpiew tubylców, dźwięki natury itd). Podłamało mnie to trochę (ale nauczyło żeby nie ufać za bardzo elektronice, szczególnie jeśli jest to tania wersja elektroniki z Ludowej Republiki Chińskiej;). Dlatego nie będzie całości.

Roncesvalles – Larrasoana

26.05.08 poniedziałek, 27 km


11:05

Wyszliśmy już z Roncesvalles, jakieś półtorej godziny temu. Na miejsce dojechaliśmy przed szóstą rano, ale nie było gdzie kupić paszportu pielgrzyma, więc położyliśmy się na chwilę w śpiworach pod takim zadaszeniem i przespaliśmy się może z godzinę. Później na szczęście jeden pan otworzył biuro pielgrzyma przed godzinami otwarcia (normalnie biuro otwiera się o dziesiątej rano) i sprzedał nam credentiales (paszport pielgrzymi), a oprócz tego udało nam się zdobyć jedną muszlę i teraz już idziemy.

Na początku sporo lało, teraz też leje, ale na szczęście mniej. Jest bardzo mokro, ale pięknie i wcale nie zimno. Otacza nas soczysta zieleń, soczyste łąki, lasy.
Jedną rzecz mogę powiedzieć już z całą pewnością: żałuję, że nie kupiłem sobie jednak peleryny, takiej jak ma Tulasi. Przygotowywalismy się na gorącą pogodę, ale teraz nie wiemy kiedy w ogóle zaświeci słońce. Na szczęście w największą ulewę udało nam się schronić w kafejce, w pierwszej wiosce za Roncesvalles, Burguete. Wypiliśmy po kawie, zjedlismy kawałek ciasta, kupiłem sobie też pięćdziesiątke wódki, żeby się rozgrzać, bo było mi naprawdę zimno, no a teraz idziemy. Nasz pierwszy dzień.



Później

Trafilismy właśnie na ścieżkę, która tak naprawdę jest rwącym strumieniem, a nie ścieżką. Chyba mogę już zapomnieć o mojej wizji upalnego, piaszczystego i suchego camino. Tyle wilgoci, wody i błota nie doświadczyłem chyba przez cały rok.
Minęliśmy właśnie wielka grupę Hiszpanów. Przepuścili nas przodem, bo szliśmy szybciej od nich i pewnie utonęli za nami w błocie.
Hmm, w sumie lepiej się idzie w tym strumieniu, bo są w nim przynajmniej kamienie, na których można oprzeć stopy, a wcześniej mieliśmy do czynienia tylko z gładziutkim, śliskim błotem. Na nogach mam zwykłe tramki, bez bieżnika, tak, że no cóż, Gorka może miał trochę racji, ale jakos przeżyję.
O, chyba wychodzimy na suchy grunt… nie, zdawało mi się…a jednak doszliśmy do jakiejś drogi.

Później

Teraz idziemy przez… nie wiem jak to nazwać… przez gęste krzewy, które układają się w bardzo ciasny tunel. Przy tej pogodzie, te krzaki wyglądają jak ciemna, wilgotna grota z Władcy Pierścieni. Bardzo baśniowo. Zaczynam coraz bardziej przyzwyczajać się do myśli, że może być mokro, może nawet przez całą drogę, ale to też miałoby swój urok.
Tulasi wreszcie trochę przyśpieszyła, ale to tylko dlatego, że minęliśmy kilka grup pielgrzymów i nie chce, żeby nas dogonili. Najlepszym przyśpieszaczem dla Tulasi jest współzawodnictwo. Dzięki temu będziemy mogli iść naprawdę dobrym tempem. Już się nie boję, że będziemy przychodzić do celu wieczorem.



Z powodu tego błota podwinąłem sobie spodnie pod same uda. Nie wiem dlaczego, ale Tulasi mówi, że wyglądam śmiesznie. W sumie domyślam się, że faktycznie, takie dwie, cienkie, pałąkowate patyki wystające z tych swetrów, kurtek i plecaków muszą wyglądać zabawnie.
Przed nami idzie pani pielgrzymka. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się aż tylu ludzi, myślałem, że sezon zaczyna się dopiero w lipcu, a tutaj wydaje się, że co pięć minut spotykamy albo pojedynczych pielgrzymów, albo całe grupki. Zastanawiam się jak będzie z miejscami w schroniskach, ale nie martwię się tym jakoś bardzo. Dzisiaj przecież spaliśmy praktycznie pod gołym niebem i chociaż było zimno to dało się przeżyć.

12:50

Wreszcie wzeszło słońce. Połowa nieba jest już błękitna, zaczyna coraz bardziej przygrzewać słoneczko i z gór unosi się mgła. Ciągle jest mokro i spotykamy coraz więcej pielgrzymów.
Tulasi dzisiaj udał się dowcip. Zastanawialiśmy się, czy spotkamy jakichś Polaków i Tulasi stwierdziła, że jeśli tak, to będą to dwa rodzaje osób; albo dzieci Jana Pawła II, albo dzieci Paulo Coelho.
Jednak jak do tej pory wydaje się, że większość pielgrzymów to Hiszpanie, Francuzi i Niemcy i z reguły w profesjonalnym, drogim „rynsztunku” turysty, w dobrych butach. Jeszcze nie widziałem nikogo w trampkach, jak ja. Oprócz tego są to w większości starsze osoby, średnio od czterdziestki wzwyż.

Później

Idziemy i przyszło mi do głowy, że cały czas czekam na coś, czekam, aż coś się wydarzy, jakieś mistyczne objawienie, głębokie przeżycie itd., ale nic takiego się nie dzieje. Po prostu idę i nie mam jakichś wzniosłych myśli i przyszło mi do głowy, że może to jest tak, że trzeba nauczyć się prostoty, cieszenia się samą drogą, a nie ciągłego czekania na coś niesamowitego, mistycznego. Poddać się drodze, nie myśleć za dużo, po prostu pozwolić zmęczeniu płynąć przez ciało, czasami zachwycić się jakimś widokiem. Proste rzeczy.



Paulo Coelho napisał w „Pielgrzymie”, że Camino de Santiago to droga objawienia dla prostych ludzi. Mistyczne doświadczenie prostych ludzi… coś w tym rodzaju, nie pamiętam dokładnie.
Muszę sobie uświadomić, że jestem kimś prostym i wszystkie te cierpienia, depresje, ciężkie myśli pochodzą jak mówi z kolei w swoich książkach Carlos Castaneda, z nadmiernego poczucia własnej wartości i to właśnie wygórowane pojęcie o sobie nie pozwala nam cieszyć się normalnym życiem.

Może czas już wyrosnąć z tych oczekiwań na wielką wizję, olśnienie, bowiem być może prawdziwa radość przychodzi z prostoty. Nie wiem jak to jest do końca, coś takiego przyszło mi do głowy w tym momencie. To pierwszy dzień Camino, zobaczymy jak rozwinie się ta myśl z czasem.
Będę też próbował opiekować się jak mogę Tulasi, myśleć o niej, wyjść z tego mojego, małostkowego egoizmu.

Właśnie doszliśmy do jakiegos pomnika. „En memoria de Shingo Yamashita, peregrino Japones, fallecido en Augosto 2002. 64 anos.” To znaczy, że dokładnie w tym miejscu, w wieku 64 lat, w 2002 roku zmarł pielgrzym z Japonii i towarzysze podróży wystawili mu ten właśnie pomnik.

Później

Minęliśmy Zubiri i zmierzamy do ostatniego przystanku dzisiaj; do Larazoana. Najlepsze jest to, że byliśmy na skrzyżowaniu, jakieś sześć, siedem kilometrów stąd i był tam znak na którym pisało, że do Larasoani jest siedem i pół kilometra. Po przejściu siedmiu kilometrów dochodzimy tutaj i okazuje się, że to dopiero Zubiri, z którego czeka nas jeszcze ponad pięć kilometrów. Nie wiem więc jak to jest z tymi oznakowaniami. Tulasi doszła do wniosku, że możliwe, że oni mierzą te odległości na mapie, nie biorąc pod uwagę, że są tutaj góry i dlatego wychodzi im mniej. No ale damy radę. Jesteśmy zmęczeni, ale nie aż tak, jak myśleliśmy, że będziemy.

Pogoda jest już całkiem słoneczna, ale powietrze nasiąknięte jest wilgocią. Czuć jak się wdycha parę wodną, a czasami nawet to widać. Tempo jak na razie mamy zawrotne, co chwila mijamy grupy ludzi, do tej pory w większości byli to starsi ludzie, ale w końcu zaczęliśmy dobijać do młodszych, którzy widocznie wyszli z Roncesvalles wcześniej.



Nie wiem jak to tempo będzie wyglądać jutro, z obolałymi mięśniami i ponaciąganymi ścięgnami. Zresztą po co się martwić- na razie idzie nam dobrze i korzystamy z tego.
Tulasi trzyma się bardzo dzielnie, wcale nie jęczy.
-Aaaaa, już nie mogę! (Tulasi żartobliwie udaje jęczenie.)
Wręcz przeciwnie, podtrzymuje mnie na duchu. Oznaczenie drogi jest pierwszej klasy. Wszędzie widać żółte strzałki, namalowane farbą, albo niebieskie tabliczki ze strzałkami, co krok widać też biało-czerwone flagi, które są flagą tego regionu (Navarry), a oprócz tego tam, gdzie mogą być jakieś wątpliwości, np. jakieś rozwidlenie dróg, bez znaku, pielgrzymi zostawiaja tam strzałki ułożone z kamieni, tak, że praktycznie nie ma szans się zgubić.
-Jak na razie- dodaje Tulasi
-No tak, jak na razie, przynajmniej na tym pierwszym odcinku.

Z praktycznych uwag mogę jeszcze powiedzieć, że takie tramki, jak mam teraz na nogach nie do końca zdają egzamin, przynajmniej nie w taką pogodę, nie wiem jak jest w czasie upału. Raz, że jest błocko, czasami po same kostki i nie dość, że się ślizgam, to czasami mam wrażenie jakby to błoto próbowało ściągnąć mi te buty z nóg. Druga rzecz to fakt, że ścieżki są bardzo kamieniste i przez podeszwę mogę czuć każdy kamyk, na jaki stąpam. Na razie aż tak bardzo nie boli, ale nie mam pojęcia jak będzie wyglądało to jutro. No a jak zrobi się już cieplej będę chciał wypróbować sandały. Raczej teraz, po drodze nie będę już kupował jakichś super butów górskich, nie stać nas na takie wydatki, ale kiedy widzę, jak po pierwszym dniu wyglądają te, które mam na nogach, to pewnie będę jeszcze musiał dokupić parę, albo dwie jakichś tańszych. Mam już taką naturę, że wolę mieć coś lekkiego, czuć się bardziej swobodnie i kiedy założę sandały nie chcę dźwigać na plecach dwukilogramowych buciorów. Czasami wolę mieć mniej wygody, ale za to więcej swobody. Zresztą wszystko się okaże w praktyce.



Póki co słońce grzeje coraz bardziej i zrobiło się parno jak w dżungli amazońskiej i ciągle brodzimy po kostki w błocie. Trochę daje mi się też we znaki ból w lewej pachwinie. Zawsze kiedy robię dłuższy spacer, czy robie wysiłek zaczyna mnie boleć. Nie wiem, może naciąga mi się tam jakieś ścięgno? Zwykle po jednodniowej przerwie w chodzeniu przechodzi, ale nie wiem jak będzie to wyglądało przy dłuższej wędrówce. Mam nadzieję, że to nic poważnego i że moje ciało szybko się przyzwyczai.

Później

Przed chwilą spotkaliśmy chłopaka z Holandii, nazywa się Kai, przez chwilę szliśmy razem. Kai wygląda w stu procentach jak Jezus z obrazów. Ma brodę, długie włosy, 33 lata. Podobnie jak my rzucił właśnie pracę i chciał spędzić czas idąc przez Camino. Zaczął w JPP. Pogadaliśmy przez chwilę, zrobiliśmy sobie zdjęcie i ruszył dalej- miał tempo dwa razy szybsze od naszego i po chwili by już tylko punktem na horyzoncie. Przy jego szybkości, to nie wiem czy jeszcze kiedyś się spotkamy.
Przed nami jeszcze tylko z dwa, trzy kilometry. Przynajmniej teoretycznie, bo Tulasi mówi, że (cytuję) „to mogą być trzy, kurwa, hiszpańskie kilometry”.

Później

Już prawie dochodzimy do naszej wioseczki. Muszę powiedzieć, że jestem kompletnie wykończony, ale też zadowolony. Widzę skąd się to bierze. Kiedy człowiek jest tak zmęczony, bolą go stopy, wszystkie mięśnie, obtarcia od plecaka, to wtedy właśnie zaczyna być tu i teraz i to jest bardzo przyjemne uczucie. To jedna rzecz. A druga rzecz to zadowolenie z osiągnięcia czegoś. Wiem, że przeszliśmy, nie wiem…28-29 kilometrów. To wspaniałe uczucie. Mogę się tylko domyśleć, jakie emocje będę czuł już po całej wyprawie.




No comments:

Post a Comment