Monday, 6 July 2009

Manifesto magiczne



fragment z "Gdy umierają Bogowie"

Jest to wstęp do dłuższego opowiadania, które zacząłem parę tygodni temu i na razie czeka w kolejce na skończenie (jestem mistrzem rozpoczynania i niekończenia;).

Najlepsze historie często pozostają nieznane. Naoglądaliśmy się filmów, wypełniliśmy głowy dziesiątkami artykułów z National Geographic i teraz myślimy, że nie ma pod słońcem już niczego, co mogłoby nas zadziwić. Jak możemy więc odkryć coś nowego? Od małego wmuszano w nas tak zwany racjonalistyczny pogląd na świat, który nie jest niczym innym niż tchórzowską reakcją na zetknięcie z niedefiniowalnym i niepoznawalnym. Człowiek stojąc twarzą w twarz z ogromnym wszechświatem narobił w spodnie i żeby zatrzeć niemiłe wrażenie, wymyślił sobie naukę. Nadawszy nazwy rzeczom, wysmarowawszy świat definicjami i wykresami, poczuł się znów bezpiecznie. W końcu mógł śmiało wyprostować plecy i wysłać w kosmicznej rakiecie (z której jest tak dumny) list do bogów: teraz nie chcę mieć z wami już nic wspólnego, gardzę waszymi nienaukowymi metodami działania, śmieję się z waszych boskich mocy i wymazuję z książek wasze bzdurne legendy. Idźcie precz!

Uważając, że zrobił kawał dobrej roboty, racjonalny człowiek usiadł wreszcie w fotelu i wymyślił nowe historie. Miejsce bogów zajęły w nich abstrakcyjne, bezosobowe idee i moralne zasady, a rzeczy do tej pory nieznane i tajemnicze zostały zdeptane butami nowej istoty: dumnego, wszystkowiedzącego, przekonanego o swojej uprzywilejowanej pozycji w świecie zwierząt człowieka.

Od tego momentu imiona bogów mogły być wspominane jedynie z ironicznym uśmieszkiem. Wszechwładni sędziowie współczesnego świata, zamieszkujący instytuty, uniwersytety i naukowe fundacje, skazali ich na wieczną drwinę. Dzieci w szkole od najmłodszych lat uczą się teraz spoglądać z protekcjonalnym uśmiechem na starożytnych głupców, którzy w swoim zacofaniu i głupocie kłaniali się Słońcu, Księżycowi i Gwiazdom. Z wyższością patrzą na opowieści o podniebnych pojedynkach, niebiańskich romansach i kosmicznych wędrówkach.



Na szczęście (jak mówią utuczeni na suchych formułkach nauczyciele) człowiek poszedł wreszcie po rozum do głowy i wyrzucił ofiarne kielichy, spalił drewniane świątynki i wygnał mieszkające w nich bóstwa. Tak skończyły się wieki ciemności i nastała era światła.

O czym ja to mówiłem? Ach, o opowieściach. Wiele najlepszych historii można ciągle znaleźć w wiekowych księgach, które przetrwały w piwnicach starych kamienic, bibliotek i świątyń. Jeśli nie wierzycie, wybierzcie się późnym, letnim popołudniem na spacer po uliczkach waszego miasta. Wybierzcie moment przed samym zachodem słońca, kiedy jego znikający blask pozłaca wygładzone upływem wieków kocie łby oraz sprawia, że samotne, miejskie lipy i jesiony lśnią zielonożółtą aureolą.

Ubierzcie wygodne buty, najlepiej schodzone już trampki, włóżcie do kieszeni zgrabny notes, z miękkimi okładkami (żeby jego krawędzie nie wbijały się wam w tyłek), obgryziony kawałek ołówka i szukajcie znaków. Jeśli naprawdę będzie wam zależało, to wkrótce zobaczycie wpatrującego się w was z piwnicznego okienka szczura, nietypową kołatkę na drewnianych, wyblakłych drzwiach, tajemniczego żula w bramie, albo piękną dziewczynę, która z okna mieszkalnego bloku spuszcza sznur utkany z włosów. Możecie być wtedy pewni, że gdzieś w pobliżu leży ukryta księga. Schował ją tam uciekający przed mordercą młody, pogański kapłan. Morderca trzymał w dłoni brzytwę Ockhama, a opowieść spisana była czerwonym, korzennym winem na liściach klonu i kasztanowca.

Kiedy uda wam się ją znaleźć - podpowiem, że młody poganin lubił chować księgi w wilgotnych zakątkach, gdzie liście mogły zapuścić korzenie i wykiełkować nowymi wątkami i zwrotami akcji - pamiętajcie, że nie wolno wam jej zabrać z sobą. W końcu nie jesteście jedynymi poszukiwaczami opowieści z których upleciona jest materia wszechświata (tak, tak, wszechświat zbudowany jest ze słów, a nie z atomów, jak próbują wmówić nam tyrani w garniturach i laboratoryjnych kitlach). Wyciągnijcie wtedy z kieszeni swój notes i ołówek, i weźcie tyle, ile tylko będziecie mogli unieść...

Tak właśnie znalazłem tę opowieść. Gdyby z podniebnego rydwanu, ciągniętego przez skrzydlate psy, nie wypadł pożółkły pergamin i gdyby uśmiechnięta, drapieżna bogini nie wysłała mi uwodzicielskiego uśmiechu, być może nie zebrałbym się na odwagę. Wtedy najprawdopodobniej nigdy nie mielibyście okazji spotkać smutnego Tlehanoai, ani okrutnej Nabii. Ponadto nikt (oprócz najbliższej rodziny i przyjaciół) nie dowiedziałby się jak Małgosia próbowała ocalić Michała, ani o tym co konkwistadorzy mają wspólnego z konfederatami.

Na szczęście Dusza Wszechświata pozwoliła mi ukraść ze swojej zakurzonej biblioteki kilka manuskryptów. Dzięki temu i wy możecie poznać teraz ich zawartość. Pamiętajcie jednak, że nie ma nic za darmo. Kiedy uda wam się zgubić pomiędzy wysokimi, pełnymi książek półkami, oczekuję, że po przebudzeniu podzielicie się swoimi zdobyczami...





5 comments:

  1. ja nadal kłaniam się Słońcu, nawet jeśli zostało zdetronizowane przez człowieka. załozyłam nawet sektę Czcicieli Słońca :-)
    ptasie piosenki to hymny na cześć Słońca

    ReplyDelete
  2. jak to czytam, to tylko jedno nasuwa sie na myśl: jestes wyjątkowym człowiekiem, zazdroszcze talentu :) zapraszam na chwilkę w swój blogowy kąt.

    ReplyDelete
  3. A ja się zastanawiam... czym jest Dusza Wszechświata?! :)
    Pozdrawiam,

    ReplyDelete
  4. Coś w tym jest co piszesz, ja mniej więcej to o czym piszesz odnajduję w Bieszczadach....gratuluję talentu:) pozdrawiam:)

    ReplyDelete
  5. Dziękuję wszystkim za komentarze. Nic więcej nie piszę, bo korzystam z komputera w biegu, urlop, wesele, jeżdżenie itd. Dzięki za to, że czytacie.

    ReplyDelete