Thursday, 30 July 2009

Camino de Santiago 5



01.06.08, Logrono – Najera

Poranek przywitał nas rzęsistym deszczem, ale teraz choc ciągle jest mokro, przynajmniej przestało padać. Może uda nam się przyjść ten dzień na sucho. W jednym miejscu przy wyjściu z Logrono, w tunelu, przy samym wyjściu z miasta było takie jezioro, że mieliśmy do wyboru: albo przejść górą przez autostradę, albo ściągnąć buty i przejść jeziorem. Wody było gdzieś powyżej kostek. Wybraliśmy drugie wyjście. Dziś mamy odcinek troszeczkę nawet dłuższy niż wczorajszy, praktycznie 30 kilometrów. Teraz idziemy przez jakis park pod Logrono, ale podobno spory odcinek drogi ma prowdzić dziś koło autostrady. Rano szliśmy sami, pomantrowaliśmy. Później dołączyliśmy do Garego, zjedliśmy śniadanie, później dołączył do nas jeszcze Nate i teraz idziemy we czwórkę.



- Nate, mógłbyś powiedzieć mi co sprowadziło cię na Camino? Wiem, że powiedziałeś mi wczoraj, ale chciałbym to teraz nagrać.
- Naprawdę lubię chodzić! (Nate) I jeszcze ludzie, no i jedzenie jest wyśmienite.
- Oprócz tego można wyczyścić sobie lata jakie musielibyśmy spędzić w czyśćcu (Gary)
- Hiszpania to fajny kraj, mogę spotkać się z dobrymi peregrinos, to tyle. (Nate)
- W porządku, a teraz Gary.
- Już ci powiedziałem. Czyściec. Ale jeśli będzie lało jeszcze jeden pieprzony dzień wracam do domu! (Gary)
- Hmm, masz jeszcze coś równie inspirującego do powiedzenia?
- Jasne; na pewno uściskam Santiago. To tyle (Gary)
- Dzięki wielkie chłopaki.
- A ty Tulasi?
- Odpierdol się. (Tulasi)
- (po angielsku) Wiecie co Tulasi właśnie powiedziała? Fuck off.
Śmiech.
- Nie, to nieprawda! (Tulasi)



później

Bardzo fajna atmosfera. Może nie sprzyja medytacji i wejściu do wewnątrz; ciągle jesteśmy z ludźmi, ciągle rozmawiamy, ale coś takiego też jest fajne. Można pobyć z ludźmi, posłuchać ich. Może refleksja przyjdzie po powrocie, kiedy człowiek będzie wspominał te chwile, oglądając zdjęcia, czy słuchając tych nagrań. Po drugie kiedy jest się zmęczonym tak jak teraz ciężko być refleksyjnym. Tak jak mówiłem wcześniej, o czym też rzomawiałem z Garym, że właśnie kiedy jest się tak zmęczonym, żyje się tu i teraz. Takie zmęczenie daje radość. W pewnym momencie przychodzi coś takiego, że rezygnujesz z walki i wtedy jest miło.
Tak jak na przykład wczoraj, kiedy szliśmy byliśmy bardzo zmęczeni, Tulasi o mało co nie płakała, widziałem to, buzia się jej skrzywiła w podkówkę. Gary też był zmęczony. Ale i tak trzyma się nieźle. Widać jak dolega mu to kolano, ale pomimo bólu zawsze idzie z uśmiechem i mówi, że w najgorszym wypadku dojedzie autobusem. Naśmiewa się ze wszystkiego; z religii, z pielgrzymów, z Amerykanów, z Polaków, z siebie.

później

Gary właśnie opowiedział historię o tym jak…
- Kiedy to było?
- W dziewietnastym wieku, pod koniec (Gary).
No więc pod koniec dziewiętnastego wieku jakaś choroba zabiła praktycznie wszystkie winnice w Europie i Europejczycy musieli sprowadzić winorośla na nowo z Ameryki.
- Gary, w takim razie to znaczy, że teraz być może nigdy już nie będziemy wiedzieć jak smakowało wino sprzed tego okresu?
- Dokładnie, nigdy już się nie dowiemy jak smakowało wino, o którym pisał Voltaire.
- Może ciagle są gdzieś jakieś butelki z tym winem?
- Ha, he, coś ty, nawet Bordeaux nie zachowuje się dłużej niż trzydzieści lat.

później

Dochodzimy do Najery. Leje. W sumie lało cały dzień i jesteśmy już wykończeni i przemoczeni. Jesteśmy grupą powierników pierścienia. Przed nami idzie Gandalf Szary, Gimli – karzeł, ja jestem Legolasem, a Tulasi podobno jest Aragornem, choć moim zdaniem jest Samem.
Chyba już dochodzimy. Właśnie minęliśmy jakąś dziwną obwodnicę dla pielgrzymów
- A ty jesteś Golummem Marcinie (Tulasi)
- Nie jestem Golummem! Ja jestem Aragornem, nie ty.
- Nie. (Tulasi)



Wąchamy krzaki róż. W sumie nie wiem dlaczego tak zmęczeni i mokrzy, w ulewie wąchamy krzaki róż. Znaleźliśmy dwa wyrzucone fotele. Usiedliśmy sobie w nich na chwileczkę, zrobiliśmy kilka zdjęć. Były dziś takie momenty, że chodziliśmy po kostki w błocie, tak że teraz już się nie przejmujemy gdzie staniemy. Na początku jeszcze wierzyliśmy, że zachowamy suche stopy, wspinaliśmy się po płocie, żeby uniknąć łażenia po kałużach, ściągaliśmy buty… Dziś mieliśmy 29 kilometrowy tor przeszkód.

Widać już bloki, tak że to już jest raczej Najera.
Jednak odcinki 30 kilometrowe to trochę too much, chyba powinniśmy to trochę zmniejszyć. Fajnie, żeby jeszcze dziś wyszło słońce, żeby podsuszyć buty. Pewnie zostanie nam tylko suszarka na ubrania, a butów tam przecież nie włożymy. Tymczasem jednak wydaje się, że deszcz nie zamierza się skończyć. Chociaż kiedy na początku wychodziliśmy z Roncesvalles też lało jak z cebra, a później i tak zaczęło świecić słońce. Ciężko wyczuć jak to będzie. Nogi są jak dwa twarde, zimne, zesztywniałe kołki, którymi przekładasz mechanicznie z nadzieją, że kiedyś przecież musisz dojść. Przecież nie można iść w nieskończoność.

W jednym momencie zrobiło mi się słabo, o mało co nie zemdlałem. Myślę, że to od kawy, chyba nie będę już pił kawy w trasie. Zeżarłem w panice całą naszą czekoladę, wielką tabliczkę, wszystkie suszone owoce, jabłko i jogurt, próbując odzyskać energię i dostarczyć organizmowi cukru, ale chyba przesadziłem, bo teraz jest mi niedobrze.
Ale za to, podobno jest tutaj basen! Tylko zastanawiam się, czy będę miał ochoty na jeszcze więcej wody, niż do tej pory. No ale kiedy się już wykąpiemy, coś ugotujemy, to może być miło wybrać się na basen i zaznać wodnego masażu, sauny. To mogłoby być całkiem miłe. Nie mam siły mówić, ale chciałem coś udokumentować, bo po przyjściu na miejsce na pewno nie będę miał siły pisać.

Właśnie wchodzimy do Najery. Z daleka nie wygląda to na bardzo zachęcające miasteczko. Wydaje się, że jest to zwykłe nowoczesne miasto, nie tak starożytne jak te, które do tej pory mijaliśmy.



No comments:

Post a Comment