Monday, 27 July 2009

Camino de Santiago 3




28.05.08 Zizur Menor – Puente la Reina

Jest prawie siódma rano i właśnie opuściliśmy schronisko w Zizur Menor. Dziś mamy do przejścia tylko 18 kilometrów, ale podobno czeka nas bardzo ciężkie podejście i jeszcze cięższe zejście. Zobaczymy jak to będzie wyglądało w praktyce. Wczoraj po basenie wróciliśmy do schroniska z butelką wina, rozłożyliśmy na stoliku przed schroniskiem nasze zapasy i posiedzieliśmy chwilę.
Znowu zobaczyłem tego Baska, który spał naprzeciwko nas w Larrazoanii i z którym poznałem się przed pójściem na basen. Na imię ma Jurgij. Zaprosiłem go do naszego stolika, posiedzieliśmy trochę razem, opowiedział nam o sobie. Pracuje dla Pepsi i teraz ma dwa tygodnie urlopu. Planuje iść przez te dwa tygodnie i zobaczy jak daleko dojdzie. Bardzo sympatyczny gość, można się znim dogadać i miła z niego odmniana, po starszych francuskich i niemieckich nudziarzach.

Później dosiadł się jeszcze do nas Gary, który jest Kanadyjczykiem, wygląda na jakieś sześćdziesiąt kilka lat, trochę szalony, bardzo entuzjastyczny do nauki języka hiszpańskiego. Gaduła. Dużo mówi, dużo żartuje, śmieje się, jest głośny. Powiedział, że od 2000 roku, kiedy zostawiła go żona został nomadem. Zostawiła go dla Francuza. Próbował powiedzieć to po hiszpańsku i zamiast Francuza wyszła mu Francuzka i mieliśmy trochę śmiechu.
Noc spędziliśmy przy wtórze głośnego chrapania. Chyba trzech facetów chrapało jak piły motorowe i było strasznie duszno, ale dało się przeżyć.



Kiedy wstaliśmy było jeszcze ciemno. Niestety ciągle nie możemy doczekać się jakiegos większego słońca i z tego powodu idziemy objuczeni kilogramami mokrego prania. Dopiero dziś rano zorientowałem się, że w schronisku byłą elektryczna suszarka, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Zajarzyłem dopiero, kiedy zobaczylem rano, że żadni z pielgrzymów nie dowieszają do plecaków mokrych ubrań. Znaczyło to, że albo już wysuszyli ubrania, albo schowali mokre do plecaków, żeby nie wyglądać głupio.

Ogólne wrażenia- szlak jest wspaniały i piękny, poczucie wolności itd., jesteśmy tylko rozczarowani pielgrzymami, ale liczę, że to się zmieni w czasie drogi.
Podoba mi się, jak reagują na pielgrzymów miejscowi ludzie; bardzo przyjaźnie i z sympatią.

Później

Zbliżamy się do Utergi. Praktycznie już zeszliśmy z góry, przed którą ostrzgał nas przewowdnik. Góra byłą bardzo piękna. Doszliśmy do wielkich wiatraków, gdzie znajdował się pomnik pielgrzymów, który składał się z wyciętych z metalu postaci pielgrzymów, czy to pieszo, czy na koniu, z osłem, był też pies. Pomimo grubej warstwy rdzy, wyglądały bardzo pięknie.
Po drugiej stronie góry przyroda zaczęła się zmieniać; roślinność przypomina tu Hiszpanię taką jaką ją znam, z czasów kiedy mieszkaliśmy tutaj. Chaszcze w jednym miejscu wyglądały dokładnie jak zarośla koło Brihuegi. Od Roncesvalles do tego miejsca przyroda była francuska, a teraz zaczęła się hiszpańska.

Rano zjedliśmy po jogurcie i po kawałku chleba, do tego czekolada, trochę wody. Dziś planujemy ugotować coś ciepłego, bo już nam się bardzo chce. Na miejscu kupimy garść warzyw, koncentrat pomidorowy, może puszkę fasoli. Wczoraj kupilismy małą buteleczkę oliwy, którą można będzie użyć. Mam nadzieję, że nie pęknie mi w plecaku, właśnie uświadomiłem sobie, że buteleczka jest z plastyku. Z wczoraj zostało mi teżz jeszcze trochę wina, które przelałem do plastykowej butelki po wodzie.

Postanowiliśmy oszczędzać trochę bardziej, bo wczoraj naprawdę pękło za dużo kasy. Musimy zdać sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie wydawać dziennie 20 euro na samo jedzenie.

Nie wiem co jeszcze powiedzieć. Jest pieknie. Jest tak pięknie, że ciężko mi to opisać. Robię zdjęcia, ale widzę, że zdjęcia nie będą w stanie oddać tej przestrzeni, tej panoramy, widoków, ruin zamków i klasztorów. Pola pełne są falującej pszenicy i jęczmienia.
Od jakiegoś czasu idziemy sami. Wcześniej minęliśmy sporo ludzi, (albo oni nas mijali), ale teraz na szczęście zapanował już spokój. Wydaje nam się, jakbysmy byli tutaj sami.
O właśnie jak to powiedziałem, zobaczyłem przed sobą dwóch pielgrzymów.
Wydaje mi się, że dla większości osób nie jest to pielgrzymka z powodów religijnych, ale raczej turystyczno-wyczynowe przeżycie.

Później



Zbliżamy się do Puente la Reina, nasz dzisiejszy przystanek. Tulasi jest trochę obolała, bo wczoraj włożyła sobie do butów wkładki, takie same jak ja kupiłem wczoraj w Trynidad de Arre, ale okazało się, że za bardzo jej podniosły stopy i teraz obciera ją jezyk od buta. Boli ją tak bardzo, że musiała wziąć środek przeciwbólowy. Teraz schodzimy z Obanos i przed nami, w oddali widzimy zdaje się kościół, czy jakąś wysoką wieżę, trzeba będzie obejrzeć ją z bliska.
-Jak dojdziemy to obetniemy mi nogi- mówi Tulasi.

Co szczególnego wydarzyło się dzisiaj? Tulasi była na mnie trochę zła, po tym jak wypiłem wczoraj pół butelki wina i wypaliłem kilka papierosów. Stwierdziła, że po alkoholu zachowuję się głupio i nie może na mnie patrzeć. Wygląda na to, że chyba już jej przeszło, mam przynajmniej taką nadzieję.

Przez chwilę było trochę pochmurnie, ale słońce znowu wyszło zza chmur i przygrzewa dosyć mocno. Wreszcie mogę mieć nadzieję, że moje koszulki, majtki, skarpetki, ręczniki i co tam jeszcze mam, zaczną wreszcie schnąć. Już są w połowie suche, chociaż plecak wcale nie wydaje mi się przez to lżejszy.

Co chwilę z rozrzewnieniem wspominam wczorajszy basen. Oj żeby w każdym miasteczku był taki basen, w którym można by się wymoczyć, zaznać masażu.
-Mi się nie podobało w basenie z masażem, woda byłą za ciepła, jak zupa.
-To czemu siedziałaś w ciepłej zupie?
-Bo smutno mi było samej w normalnej wodzie.
-Mi tam się lepiej siedziało w tej ciepłej zupce, w której miałem dodatkowo masaż.
Dziś parę razy spotkalismy się z jednym Francuzem, nie wiem jak się nazywa…
-General – mówi Tulasi ze śmiechem.
-No tak, nazywamy go General. General de Gaulle. Duży, rubaszny mis. Mówi tylko po francusku, tak, że za bardzo nie możemy sobie pogadać. Wczoraj w schronisku w Zizur Menor wyszedł na patio i… Jednym z pielgrzymów jest starszy Amerykanin. Ciągle na wszystko narzeka i nikt go chyba nie lubi, tak mi się wydaje. Po prostu siedzi, chwali siebie i Ameryke i krytykuje wszystko w Europie. No więc General wyszedł z pokoju i zaczął wołać: „Hej, George Bush! (George wymawiał z francuska, Żorże), George Bush!” Wszyscy zaczęli się śmiać, a Amerykanin gdzieś uciekł. Spotkaliśmy go później przy pomniku pielgrzymów, na szczycie góry. Spytał skąd jesteśmy i kiedy powiedzieliśmy, że z Polski, zaczął wołać „Solidarność, Solidarność”.

Co jeszcze? Acha pamiętam jedną rzecz, powiedział nam o tym Jurgij. Usłyszał o tym, jako o ciekawostce, ale wprowadził ją w życie i mówi, że zdaje egzamin. No więc zamiast wkładek do butów kupuje cieńka podpaskę, która doskonale wciąga wszystkie płyny i oczywiście, jak to podpaska nie wydziela ich z powrotem. Ciekawy sposób, można by kiedys spróbować.
-To były podpaski, czy wkładki higieniczne? Widziałaś?
-Raczej nie.
Przez większość drogi po prawej stronie widzimy ciągnącą się daleko łąkę i kołyszący nią wiatr sprawia wrażenie, jakby były to fale złocisto-zielonego morza. Mijamy też winnice, ale niestety to nie jest jeszcze sezon na winogrona. Zresztą nie jest to chyba sezon na nic, co można by sobie podkraść i się pożywić. Może oprócz czereśni, widzieliśmy chyba w jednym ogrodzie drzewo z czerwonymi, dojrzałymi czereśniami.



Później

Jesteśmy już w Puente la Reina. Rozłożyliśmy się w schronisku, wykąpaliśmy się, wreszcie ugotowaliśmy coś ciepłego; parę ziemniaków, warzywa, fasolę, ryż i wyszło z tego kitri. Zaprosiliśmy na jedzenie Jurgija i Tima, Anglika, który mówi bardzo dobrze po hiszpańsku, bo mieszkał przez parę lat w Argentynie i Kolumbii. Chłopaki bardzo się ucieszyli z zaproszenia i było bardzo miło. Doszliśmy do wniosku, że będziemy gotowali codziennie. Rano zjemy sobie jakieś kanapki, a wieczorem, po przyjściu, nie ma przecież problemu, żeby spędzić 20 minut w kuchni i gotowanie nie wychodzi zbyt drogo.

Nie weszliśmy do pierwszego schroniska. Było po chyba 13 euro za osobę i znaleźliśmy schronisko municipal, za 5 euro od łóżka. Jest kuchnia, czyste łazienki. Widzę, że spotykamy się codziennie z tymi samymi osobami i powoli zaczynamy spotykać fajne, ciekawe osoby. Idzie się coraz milej.
Poszliśmy połazić po mieście, znaleźliśmy bankomat, wybraliśmy sto euro. Wyszło nam z obliczeń, że cała podróż (nie licząc tego, co już wydaliśmy na bilety) będzie nas kosztowała 1000 euro i kiedy już zdaliśmy sobie z ztego sprawę, już nas tak nie boli upływ kasy. Teraz idziemy się położyć, zrobić sobie swoją sjestę, poczytać książki. Dobrze jednak, że nabrałem trochę książek.
-Ja mam jeszcze gazetę z Polski- dodaje Tulasi
Tulasi ma jeszcze Focusa. No więc poleżymy chwilę, a kiedy skończy się sjesta, pójdziemy na pocztę wysłać kartki. Znaleźliśmy też malutki sklepik z pamiątkami, gdzie Tulasi będzie mogła sobie wreszcie kupic muszlę.



Właśnie doszliśmy do tej wieży kościelnej, którą widzieliśmy z daleka, dochodząc do miasta. Ciekawie wygląda; cała porośnięta jest jakimiś krzakami i mchem, a u samej góry bocian uwił sobie gniazdo. Myślałem, że wszystkie bociany poleciały już do Polski.
-Wiesz, że ten kościół jest z XI wieku? –mówi Tulasi- strasznie się bałam, jak weszłam do środka, tyle duchów, bardzo ciężka atmosfera.
-Mi się wydaje, że tak jak opisujesz, to jest we wszystkich kościołach.
-Nie, dla mnie dopiero to pierwszy taki straszny kościół.

Później

Właśnie wyszliśmy ze schroniska pod taki daszek, gdzie suszyliśmy pranie, gdy nagle z nieba lunęły potoki deszczu i zaczęły walić pioruny, tak że nie możemy wrócić do łóżka. Utknęliśmy tutaj z trójką hiszpańskich rowerzystów, którzy dzisiaj rano wyruszyli z Roncesvalles.
- Prawdziwe oberwanie chmury – Tulasi.
- Oberwanie chmury i myślimy sobie o ciepłym łóżeczku, które czeka na nas kilkanaście metrów stąd.
- Nie więcej niż dwadzieścia metrów – Tulasi – ale pierwszy raz mamy wszystko suche i nie chcemy od nowa się zmoczyć.
Parę minut wcześniej Tim i Jurgij zaprosili mnie na piwo do baru i prawie uległem, ale nie chciałem zostawiać Tulasi samej i dobrze, że nie poszedłem, nieźle by mnie zlało.
Dobra, wydaje się, że deszcz zaczyna słabnąć.
- Mi się tak wcale nie wydaje – Tulasi.
Ale wali piorunami. Gdyby nas tutaj zabiło, bylibyśmy sławni. Postawiliby pewnie mały pomnik; „Tutaj dwójka polskich pielgrzymów zginęła od ciosu piorunem.”
Może pomnik byłby z mosiądzu; cztery postacie rowerzystów i dwóch Polaków z praniem w rękach.
- Mogliby zrobić pomnik multimedialny, z twoim nagraniem mp3. Słychać by było naszą rozmowę, śmiechy rowerzystów, a tu nagle wielki huk!
He, he, to by było ciekawe.



5 comments:

  1. LUBIĘ Cię czytać

    ale tęsknię za podróżowaniem!!!!!!!!!!!!

    ReplyDelete
  2. Ja też tęsknię jak cholera. Dawniej, kiedy dochodziło do takiej tęsknoty rzucałem wszystko w diabli i jechałem w trasę. Teraz czuję, że mam trochę więcej zobowiązań i potrzebuję zaoszczędzić, żeby wprowadzić w życie swoje marzenia. No ale wcale nie jest przez to łatwiej. Podróżowanie jest wolnością.

    ReplyDelete
  3. Dzięki caminho, ale jeśli chodzi o ścisłość, nie jest to napisane, ale nagrane:). Nagrywałem co mi ślina na język przyniosła, idąc przed siebie. Myślę, że to dobry sposób na prowadzenie dziennika z podróży.

    ReplyDelete
  4. Czy spisane, czy nagrane - moc ma !!!

    ReplyDelete