Tuesday, 28 July 2009

Pieśń studni.



Praca nad horrorem o dzieciach posuwa się do przodu (choć będę to chyba musiał przypłacić nerwicą i nocnymi lękami;). Poniżej mały kawałek, wyrwany z napisanych wczoraj stron.

Pieśń studni

Zaczęli słyszeć melodię studni, jeszcze zanim zostawili za sobą jezioro i zbliżyli się do odłamków starej bramy. Najpierw nie zdawali sobie z tego sprawy. Po prostu przestali się bać. Powoli zaczęło narastać w nich uczucie beztroski i radości. Chłopcy wyprostowali przygarbione od zmartwień plecy i z radością zagwizdali wspólnie melodię, której nigdy wcześniej nie słyszeli. Słodki zapach malin, lasu i grzybów wlał się do ich nozdrzy i płuc. Wydawało się im, że razem z nimi śpiewają drzewa, leśne zwierzęta, a nawet jasne, migoczące figlarnie gwiazdy.

Bzdurek nie wytrzymał i zaczął się głośno śmiać, patrząc z radością i przeczuciem zbliżającej się zabawy na brata. Kłopotek też wybuchnął śmiechem. Melodia stawała się coraz głośniejsza. Wkrótce bracia byli w stanie słyszeć słowa nieznanej im pieśni. Choć słyszeli ją pierwszy raz, mieli wrażenie, jakby było to coś najbardziej swojskiego i przyjaznego, coś co było z nimi od zawsze, od narodzin, jak kołysanki, których nigdy nie śpiewali im rodzice. Była to pieśń o wolności, miłości, przyjaźni, przygodzie, zabawie. Studnia wołała ich coraz głośniej, aż w końcu chłopcy zaczęli biec, chcąc jak najszybciej do niej dotrzeć, zanim ktoś ich uprzedzi, albo zanim zamknie się brama do innego, lepszego świata. Chłopcy biegli, potykając się, a studnia śpiewała.

Kiedy Kłopotek wyłożył się jak długi, najpierw pomyślał, że musiał zaczepić nogą o jakąś gałąź, ale w świetle księżyca zobaczył metaliczny blask. Chromowana latarka. Nagle uśmiech zamarł mu na twarzy. To była latarka Kropki. Pieśń studni przycichła, i jedno po drugim, powróciły do niego wspomnienia. Ostatecznie melodia stała się tylko drażniącym dźwiękiem na granicy słyszalności. Nie mógł uwierzyć, że wcześniej nie słyszał w niej fałszywych nut. Bzdurek ciągle biegł. W świetle księżyca można było zobaczyć ciemny zarys starej, kamiennej cembrowiny, do której zmierzał.
- Bzdurek!
Chłopiec nie zareagował i nie zwracając uwagi na wołanie brata, ciągle biegł, zbliżając się niebezpiecznie do porośniętej krzakami studni. Kłopotek wiedział, że nie uda mu się go dogonić, zanim dotrze do celu. Nagle wymacał pod ręką nieduży kamień. Nie zastanawiając się zbytnio, zamachnął się i rzucił z całej siły.
- Tylko nie w głowę, tylko nie w głowę... – szeptał do siebie zbielałymi wargami, obserwując jak w zwolnionym filmie, lęcący w powietrzu kamień. Paradoksalnie, teraz, oddalając się od niego, wydawał się większy, niż w momencie kiedy nim rzucił. Choć ciągle próbował zakląć tor lotu, był pewien, że kamień uderzy w tył głowy Bzdurka. W ostatniej milisekundzie zamknął oczy. Usłyszał głuchy, mokry – jak się mu wydawało – dźwięk kamienia uderzającego w głowę, a później cichy jęk i szelest osuwającego się na trawę ciała. Kiedy otworzył oczy, zobaczył klęczącego obok studni Bzdurka.

3 comments:

  1. wciągasz w głąb historii
    ...nie studni na szczęście :)

    ReplyDelete
  2. Dzisiaj wbijam ostatnie akapity:)Prawie osiemdziesiąt stron! Najdłuższe, co do tej pory napisałem. Później poświęcę z miesiąc na szlifowanie, a później już wszystko w rękach Pana:)

    ReplyDelete