Tuesday, 28 July 2009

Camino de Santiago 4



31.05.08 Los Arcos – Logrono

Nie doszliśmy jeszcze do pierwszej miejscowości, która nazywa się Sansol. Później będzie Torres del Rio. Następnie dziesięć kilometrów nic, po czym Viana, następnie znowu dziesięć i Logrono, tak więc dzisiaj czeka nas trochę długa droga. Wczoraj się trochę wystraszyłem; coś strasznie mnie rozbolało ścięgno w prawej nodze, ale dziś to trochę rozruszałem i wziąłem tabletkę przeciwbólową, tak że nie przeszkadza mi to aż tak bardzo. Całą noc lało, ale teraz zapowiada się, że chmury się chyba rozejdą, więć dobrze byłoby dojść jak najszybciej, bo jeśli będzie grzało tak jak wczoraj, to lepiej nie być wtedy na otwartej przestrzeni.

Póki co przed nami idą dwie Hiszpanki z Guadalajary, których imiona musze się w końcu dowiedzieć, a za nami Nate ze Stanów, przyszły lekarz. Właśnie doszliśmy do Hiszpanek. Okazało się, że siurały sobie za zakarętem. Wpadły w panikę, kiedy nas zaobaczyły, ale pomachaliśmy, żeby sobie nie przeszkadzały i zatrzymaliśmy się na chwilkę.



później

Przeszliśmy właśnie przez Sansol i schodzimy do następnej wioski, która jest jakiś kilometr od Sansol i już ją nawet widać. Tam właśnie zjemy śniadanie.
Rozmawialiśmy z Tulasi…
-Obgadywaliśmy (Tulasi)
-Ha, ha, obgadywaliśmy? Nie wiem. Gadalismy, że są jednak na trasie osoby, które lubimy, pomimo tego, że na początku obawialiśmy się, że będziemy skazani na francuskich snobów. Tak naprawdę są tutaj bardzo fajne osoby. Wczoraj spędziliśmy z Garym praktycznie cały dzień, wieczorem zrobił zakupy, ugotowaliśmy obiad, gadaliśmy o książkach. Ciężko się z nim trochę gada, bo jest głuchy jak pień, a kiedy wyciągnie z zucha swój aparat słuchowy, to naprawdę trzeba zrobić duży wysiłek, żeby cię usłyszał. Nie spotkaliśmy wczoraj Jurgija. Pewnie zatrzymał się w innym albergue. Z niego też jest bardzo fajny gościu. Kogo jeszcze wczoraj poznaliśmy? Pamiętasz Tulasi?
- Andrea (Tulasi)
- No tak, Andrea. Ma kompleksy z łysiną.
- Myślisz, że dlatego nosi bandamkę?
- Chyba tak.
- No i jeszcze ze swoim homoseksualizmem.
- No właśnie, od razu zaczął się bronić. To jest niesamowite. Ja już tak jakoś mam naturalnie, że czyjaś orientacja seksualna jest czymś tak osobistym, że nie mogę zrozumieć jak ludzie mogą się tego czepiać. To jest chore. Jak ktoś może się dopieprzać do gejów?
- Chuj komuś do tego.
- Dokładnie- chuj komuś do tego. Nie mogę… to jest dla mnie czymś kompletnie crazy.
- Ktoś agresją próbuje zakryć swoje własne problemy emocjonalne.
- Masz rację.
- Tak mi się wydaje.
- Tępota. Ludzie są tępi. Przez swoją tępotę szukają wrogów i czepiają się najsłabszego, czyli mniejszości.
Może tutaj sobie coś zjemy? Jak będziemy wychodzili z wioski? Co myślisz? To jest chyba Rio del Torro, nie?
- To znaczy Rzeka Byków?
- Czekaj, zerknę na mapę… Torres del Rio, a nie Rio del Torro!



Jaki motylek, zobacz! Biedny, w sumie biadna ćma. Rozdeptana.
Fajnie tu. Dwie wioski są obok siebie. Z jednej wyszliśmy i praktycznie od razu wchodzimy do Rio del Torro, czy też Torres del Rio. Fajnie to wygląda. Wcześniej z Sansol robiłem zdjęcie tej wioski poniżej. Tutaj się zatrzymamy i zjemy nasze zapasy. Nie chce mi się jeść słodkich rzeczy, zjadłbym coś słonego.
- Mamy owoce (Tulasi)
- Jak to tylko owoce, musimy mieć siłę.
- No owoce i bułka do tego.
- Wiesz co bym sobie zjadł? Żeby tak mieć z sobą samosy.
- Noooo!
- Takie nafaszerowane, tłuściutkie samosy i przygryzać je sobie.
- Dawno nie jedliśmy smażonek.
- No właśnie, niedługo czas, żeby coś usmażyć. Wszędzie widzę te boczniaki. Trochę mnie to kusi. Wyobraź sobie; boczniaki z chlebem i sałata. Ale by pachniało i ale by nam wszyscy zazdrościli! Chodziliby dookoła nas i się ślinili, ha, ha.
Ciekawe, czy można tutaj kupić bułkę tartą.

później

Jesteśmy pomiędzy Torres del Rio a Vianą. Zatłoczyło się trochę. Kiedy jedliśmy śniadanie dołączył do nas Gary. Musieliśmy się trochę rozebrać, bo mamy właśnie spore wejście pod górę. Tym się nie martwię, ale boję się, że będzie bardzo tłoczno w Logrono. Jest tam tylko jedno albergue, a wydaje się, że zmierzają tam tłumy. Przez chwilę było tak gęsto, że aż się zatrzymaliśmy.
- Myślę, że Logrono będzie dziś zatłoczone?
- Że co? (Gary)
- Powiedziałem, że chyba Logrono będzie zatłoczone!



później

Dochodzimy do Logrono. Jesteśmy wykończeni. 28 masakrycznych kilometrów. Pod samym miastem było już tak brzydko. Dolega mi trochę lewe ścięgno Achillesa, ale raczej dojdziemy. Wszyscy jesteśmy już zmęczeni, Gary też ledwo co już idzie. Włąśnie ubiera peleryne, bo znowu zaczęło lać. Poncho atmosferico. Musimy tutaj przejść przez ruchliwą autostradę, nie wiem dlaczego zrobili to tak dziwnie. Coraz bardziej leje i chyba muszę już schować dyktafon. Buen Camino.



3 comments:

  1. CAŁOŚĆ pyszna!

    ale

    Ma kompleksy z łysiną.(perełka)

    ReplyDelete
  2. Dzięki. No ale muszę chyba posty krótsze robić, bo ludzie przestali mnie czytać. Tak to jest ze starymi ramolami. Nie rozumiemy, że trzeba nauczyć się streszczać;))

    ReplyDelete
  3. :) coś w tym jest - prawo netu, ale myślę, że jest Grono prawdziwych wyznawców talentu Marcina:)

    ReplyDelete