Sunday, 26 July 2009

Camino de Santiago 2



Larrasoana – Zizur Menor
27.05.08 wtorek, 20,6 km

6:30

Idziemy od jakichś dziesięciu minut. Udało nam się wstać przed szóstą, ale pakowaliśmy się bardzo wolno, tak żeby nie obudzić innych podróżnych. Wstaliśmy pierwsi i później, już w łazience dołączyło do nas jeszcze kilka osób. Na razie nie nawiązaliśmy jeszcze żadnych związków z pielgrzymami, których spotkaliśmy. Nie nasz klimat. W sumie chłopak, który leżał naprzeciwko nas wydawał się bardzo sympatyczny i spokojny. Czytał jakąś książkę o Camino. Inna osoba, która na pierwszy rzut oka przypadła mi do gustu, to pewien Węgier z długimi włosami i brodą. Nie rozmawialiśmy zbyt dużo z ludźmi, byliśmy za bardzo zmęczeni.
Dzisiaj czeka nas 21 kilometrów, czyli (teoretycznie) siedem kilometrów mniej, niż wczoraj. Na całe szczęście mięśnie bolą nas mniej, niż wczoraj wieczorem. Kiedy się kładłem, nie wiedziałem jak będę w stanie przejść dzisiaj taki kawał drogi.

Wyszliśmy jeszcze przed wschodem słońca, ale robi się coraz jaśniej. Jest mgliście, nie pada. Wczoraj też nie padało tak wcześnie, dopiero kiedy cała mgła podeszła do góry, zaczęło lać.
Minęliśmy stado koni. Domyślam się, że te wielkie dzwonki na szyi są tam dlatego, żeby łatwiej je było znaleźć, tym bardziej, że pasą się swobodnie, nie są przywiązane do niczego. Najpierw pomyślałem, że to okrutne zmuszać je do słuchania tego okropnego hałasu, przez cały czas, ale później doszliśmy z Tulasi do wniosku, że po całym życiu z dzwonkiem na szyi, konie myślą, że takie się już urodziły i śmialiśmy się, że pewnie kiedy spotykają źrebaki bez dzwonków, myślą sobie „O, jakie biedne źrebaki, nie mogą się doczekać, kiedy wyrosną im dzwonki i będą mogły już być normalne.” Tak jak ludzie.

Później

Ciągle rano, nie doszliśmy jeszcze nawet do pierwszej miejscowości. Te ostatnie kilka kilometrów próbowałem się modlić, tak jak wcześniej sobie obiecałem. I jest tak ciężko! Człowiek chciałby tak bardzo poczuć w tej drodze obecność Boga, ale zamiast tego musi zmagać się z całkowitą pustka. Po prostu się idzie, a modlitwa staje się mechanicznym klepaniem mantr i jakby się człowiek nie wysilał, smaku nie ma. Mam jednak ciągle nadzieję, że jeśli będę robił wysiłek…w końcu przed nami jeszcze tyle dni. Może wreszcie zacznie się pojawiać jakieś uczucie, jakaś boska obecność.

W tym momencie czuje się tylko obserwatorem. Idę, rejestruję obrazy, miejsca. Nie wiem…może zacznę to wszystko przetrawiać dopiero jak wrócę do domu? Póki co nic.
Zostało nam jeszcze jakieś pięć kilometrów do Trinidad de Arre, gdzie postanowiliśmy zjeść śniadanie. Jak na razie nie spotkaliśmy żadnych pielgrzymów, ale to pewnie dlatego, że wyszliśmy pierwsi. Tzn. był jeden pan, który minął nas na samym początku, ale później gdzieś usiadł i już nas nie dogonił.
Ścieżka jest całkiem inna niż wczoraj. Prowadzi po zboczu góry, dosyć blisko drogi do Pamplony, przez którą będziemy dzisiaj przechodzili.



Później

Już prawie jesteśmy w Trinidad de Arre. Jesteśmy głodni! Bycie głodnym na szlaku jest czymś niesamowitym. Idziemy przed siebie i myślimy o jedzeniu, a każda myśl jest jak nektar. Wiemy już nawet co kupimy. Na pewno jakieś białe pieczywko, oliwki, ser, Tulasi jeszcze nie wie, że kupimy ser owczy. Ten który mają w Hiszpanii jest wspaniały. Jogurt, pomidor. Na deser czekoladę z całymi migdałami. To wiemy już na pewno.
Może w Pamplonie, jak będziemy mieć szczęście i chęci, zobaczymy, spytamy w informacji turystycznej, czy jest gdzieś w okolicy restauracja wegetariańska. W końcu to całkiem spore miasto. Na myśl o czymś ciepłym robi mi się lepiej.
Ogólnie rzecz biorąc wegetarianie nie maja łatwego życia w Hiszpanii i Camino de Santiago nie jest jakimś wyjątkiem, ale może w Pamplonie coś znajdziemy. Żałuję, że nie sprawdziłem na internecie.
-Powiedz coś teraz ty Tulasi.
-Hello.
-Nie, no powiedz cos z sensem. Jak się czujesz?
-Nogi mnie bolą i jestem głodna jak świnia.
-Tak, co jeszcze?
-Pełno tutaj ślimaków. Jestem tak głodna, że zostanę chyba Francuzem i zacznę je zjadać… I będę mówić w kółko: merci, merci merci, merci (ironicznie)

To była uwaga do Francuzów, których spotkaliśmy. Wszyscy dostosowują się tutaj do faktu, że są w Hiszpanii, mówią „gracias” „Buen Camino” itd., i tylko Francuzi mówią do wszystkich po francusku.
-Nie mogą nauczyć się kilku słów?
-Wydaje mi się, że tutaj nie chodzi o nauczenie się, ale po prostu: „nie powiem, nie będę mówić w jakichś obcych narzeczach i już”. Francuzi są zabawni.

Wczoraj spotkaliśmy jedna parę Francuzów, nie wiem, może byli koło czterdziestki, ale się facet naprał. Kiedy Tulasi szła wieczorem do toalety widziała, że facet był tak pijany, że żona musiała prowadzić go do łóżka. Nie chciałbym być w jego skórze dziś rano. Iść z takim kacem…

Później



Wychodzimy już z Pamplony. Ożywił nas spacer przez miasto, dużo ludzi, wesoło, kolorowo, ciekawa architektura. Chyba lepiej się czujemy przechodząc przez miasteczka, niż przez odludzia i leśne ostępy. Może dlatego, że jesteśmy ze wsi, przynajmniej ja i dość się już napatrzyłem na drzewa. Oczywiście mówię to pół żartem, piękna jest przecież przyroda, która mamy okazję oglądać.

Trochę się obkupiliśmy. Kupiłem sobie wreszcie pelerynę, z tych tańszych, plastykowych, bo ta profesjonalna kosztuje ponad trzydzieści euro. Z peleryną czuje się już bardziej bezpiecznie. Tulasi kupiła sobie słuchawki do mp3jki, za dzisieć euro, takie same jak moje. Teraz zmierzamy już do miejsca gdzie spędzimy noc, do Zizur Menor.

Podobnie jak wczoraj, mogę widzieć, że razem ze zmęczeniem i bólem mięśni przychodzi jakieś wewnętrzne zadowolenie. W Trinidad de Arre zjedliśmy też wielkie śniadanie i zostało nam jedzenia jeszcze na obiad , a może i na jutro. Tak to jest, kiedy idzie się na zakupy na głodno.
Zaraz po śniadaniu przyszła do nas porozmawiać siostra zakonna, którą poprosiliśmy o błogosławieństwa i pobłogosławiła nas, żeby całą drogę towarzyszył nam Bóg. Bardzo miła staruszka. Wyściskała nas, wycałowała Tulasi. Wcześniej już zauważyłem, że kiedy zakonnice dowiadują się, że jesteśmy Polakami, stają się bardzo uczuciowe. Domyślam się, że to z powodu papieża.



Później (Zizur Menor)

Jesteśmy już w Zizur Menor i postanowiliśmy się wybrać na basen. Po drodze okazało się, że basen ten jest praktycznie w następnej wiosce, chyba zostaliśmy źle poinformowani. Niby dwa kilometry to nie dużo, ale kiedy przeszło się dwadzieścia, to jednak boli. Jesteśmy trochę dobici i błądzimy po osiedlach. Ja się bardzo nie przejmuję, ale Tulasi ma coraz bardziej dość. Zobaczymy, czy było warto. Myślę, że kiedy zanurzymy się już w wodzie, to będzie radość.
-Chyba, że basen jest już nieczynny- mruknęła Tulasi.
Tulasi uważa, że pewnie zamykają na czas sjesty.
-Jeszcze coś chcesz dodać? – to ja – powiedz coś jeszcze, śmiało.



Schronisko jest bardzo fajne. Wprawdzie aż siedem euro, ale jest miło. Czysta łazienka, kuchnia, świetlica.
Muszę przyznać, że mamy trochę dość tych pielgrzymów, z którymi spotykamy się po drodze. Wydaja się trochę snobistyczni, szczególnie wytrącił nas z równowagi jeden z nich…
-To chyba Grek? – spytała Tulasi.
-Nie, z tego co zrozumiałem, to Francuz, który mówi po węgiersku, albo Węgier mówiący po francusku. Jego pielgrzymka zaczęła się w Grecji. Dziś w kolejce do albergue, spytaliśmy go skąd idzie, opowiedział nam trochę o swojej podróży, byliśmy pod wrażeniem, aż wreszcie spytał gdzie my zaczęliśmy. Odpowiedziałem, że w Roncesvalles, na co on prychnął z pogardą, odwrócił głowę i przestał z nami rozmawiać! Byliśmy w kompletnym szoku. No ale co zrobić, różni ludzie się zdarzają.

****
Z informacji jakie właśnie otrzymaliśmy od bardzo miłego chłopaka wynika, że powoli dochodzimy do basenu, a później, żeby dojść do naszego schroniska, nie będziemy musieli wracać tą samą, długa trasą, ale będziemy mogli użyć prostego skrótu, z czego bardzo się cieszę.
Myśleliśmy, żeby może coś ugotować, ale w końcu doszliśmy do wniosku, że wydaliśmy w Pamplonie tyle kasy, że po prostu zjemy to co mamy, zrobimy do tego po gorącym kubku i może dokupię mały karton, albo butelkę winka.

Ogólnie czuję się zrelaksowany, tylko Tulasi bolą bardzo nogi i przez to zrobiła się bardzo nerwowa. Ja mógłbym jeszcze łazić, w sumie to lubię spacery po obcych miasteczkach. Będę musiał później sprawdzić na mapie ile takich okazji jeszcze będzie. Dziś pospacerowaliśmy trochę po Pamplonie, ale z plecakami na plecach to nie to samo.

Później

Siedzę i czekam na Tulasi przed damską szatnią, czekając aż się pozbiera i będziemy wracali do schroniska. Boże jak było cudownie w wodzie! Był zwykły basen do pływania, basen z masażem wodnym i sauna. Tulasi nie skorzystała z sauny, bo trzeba by się było rozebrać do naga i nie chciało jej się kombinować, ale ja wypociłem się z radością. Głównie jednak siedzieliśmy w ciepłej wodzie z masażem. Teraz czuję się jakbym za chwilę miał zemdleć; tak mi słabo, ale słabo rozkosznie, nic mnie już nie boli, wszystkie mięśnie odpoczęły. Codziennie przydałoby nam się coś takiego.
Trochę czuję się winny, że nie powiedzieliśmy nikomu w schronisku o tym darmowym basenie, ale pewnie nikomu nie chciałoby się iść tak daleko (usprawiedliwiam się).


1 comment:

  1. oj, jak ja dawno tak nie wędrowałam, to bardzo oczyszcza. może wraz z potem z człowieka wyparowuje zniechęcenie?

    zdjęcia przepiękne!
    niesamowite zupełnie!

    ReplyDelete