Friday, 18 January 2019

Różowe pantofelki





















Różowe pantofelki

Zaprosiłem cię do podnóża
ciemnego, groźnego, jak zielona pierzyna lasu.
Chciałem pokazać ci ścieżki ze snów.
Te piękne, zachwycające,
ale nawet te obce i dziwne.
Byłabyś ty i ja,
i niczego byśmy się nie bali.
Gdyby na przykład spadło słońce,
to w oceanie nicości,
siedzielibyśmy sobie na tratwie,
jak u Pana Boga za piecem,
a nasza miłość stworzyłaby nowy świat.

Nie zdążyłem opowiedzieć do końca,
a ona zachichotała lekko, 
jak srebrzysta garść leśnych dzwoneczków,
i jeszcze lżej podbiegła
do lśniącego, 
z pustki utkanego dziwu.
„Zaczekaj” zawołałem.
Bo przecież plany był taki,
że razem będziemy patrzeć na dziwy.
Zatrzymała się z niechęcią
i niecierpliwie przebierała stópkami
w różowych pantofelkach.

Chciałem w twoich ustach
zaśpiewać piosenkę,
na którą czekałaś całe dziewięć żyć.
Zapadłyby się wtedy miasta,
skruszyły rdzą atomowe elektrownie,
a samochodowa blacha porosłaby mchem.
Czas zacząłby się na nowo.

Zacząłem śpiewać. 
Klasnęła delikatnymi dłońmi
i podskoczyła na jednej nodze.
Przy drugiej zwrotce dyskretnie ziewnęła.
Powiedziała: „Naprawdę ładne. To dla mnie?”
Pobiegła znowu
do kolejnego lśniącego, z pustki utkanego dziwu.
Policzki pałały jej jak czerwony bursztyn.
Zacząłem coś wołać,
ale nie słyszała.

No comments:

Post a Comment