Ogólnie to rutyna, dni się zlewają w jeden ciąg. Wstanie, napalenie w piecu, kawa, fajka, jakieś śniadanie, później zmuszenie się, żeby coś twórczego zrobić, koło południa otwieram wino, nadal tworzę, po południu obiad, coś na szybko, jem przy serialu, a potem długi wieczór, bezbarwny, samotny, z wkurwem, że nie chce się ruszyć ten okres inkubacji do przodu. A zawsze byłem niecierpliwy, chciałem, żeby coś stało się już, teraz. Wiem, że to przejściowe, zima, odnajdywanie siebie, nuda. Wiem, że wszystko się ruszy do przodu (naprawdę wiem, nie że mam po prostu nadzieję). Tylko dłuży się.
Zaraz wpada do mnie znajomy, idziemy się przejść w góry. Wracamy wieczorem, bo jutro jadę do szpitala na wymaz covidowy, żeby być gotowym na operację palca w czwartek. W piątek idę do chatki w górach, załatwiłem na Sylwestra od tego właśnie znajomego. Mam nadzieję, że palec nie będzie napieprzał za bardzo. Miałem w sumie nadzieję, że operację wyznaczą mi po Nowym Roku, ale skoro termin na teraz, to trzeba brać.
Jestem marudą:) A kiedy wszystko znów zacznie iść, kiedy pojawi się radość i satysfakcja, to znów będę mało pisał, albo w ogóle. Macie pecha czytelnicy ;)
Kciuki mocno zacisnięte! ;)
ReplyDelete❤️
Delete