Thursday, 4 November 2021

Niepodsumowanie po roku













Ponad rok temu ostatni wpis... Takiej przerwy jeszcze nie miałem. Ale nie będę robił szczegółowych podsumowań, nie ogarnąłbym tego chyba. Ani nawet mi się nie chce. Ot tak, kilka słów, Kerouackiem bym najchętniej jakimś pojechał, albo innym Ginsbergiem, albo po prostu sobą, sprzed lat, kiedy się tak nie przejmowałem wszystkim, kiedy pisałem, nie cenzurowałem, po prostu płynąłem, pozwalałem strumieniowi świadomości płynąć swobodnie.

Wieczór, listopad, za oknem ciemno, dziś nie mroźno, ale i tak palę w kominku. Kasy było mało, więc na zimę kupiłem topolę. Wiadomo, to nie buk, ale jednak dwukrotnie taniej, więc co tam, dokładam dymiącą topolą i też jest ciepło. Zmęczenie, wewnętrzne zmęczenie, czasami tak duże, że padam na łóżko i ruszyć się nie mogę, oglądam doktora House'a, jak za dawnych lat i staram się nie pocieszać za często winem. Ale to nie tak, że depresja rozłożyła mnie zupełnie - równolegle do egzystencjalnej trwogi i samotności, działam: wreszcie zebrałem się do kupy i zaczynam własny, artystyczny biznes. Udało mi się zdobyć dotację, 20 tysięcy od Matiuszki Unii, w przyszłym tygodniu będzie na koncie i czekają mnie szalone zakupy: heblarka, namiot na kiermasze, wydruki, plakaty, witraże, pocztówki, istne szaleństwo. Wreszcie spełnia się moje marzenie, żeby tworzyć zawodowo, utrzymać się z tego (choć to jeszcze wielka niewiadoma), podróżować to tu to tam, wystawić się na jakimś rynku ze swoimi obrazami, może nawet gdzieś w dalszych krainach, bez pozwoleń i papierów, jechać przed siebie swoim kampervanem... O tak, kupiłem za ostatnie pieniądze z dziadkowej działki vana, żeby całkiem nie przewalić spadku. Krok po kroku zrobię z niego przytulnego kamperka, z drewnianą boazerią, firankami, a może nawet małym kaktusem na parapecie. Dziś zamówiłem do niego zimowe opony, z wyższej półki, bo zima idzie, o bezpieczeństwo trzeba dbać. 

Pojawiła się też dziewczyna, kochana, nieduża, smutno-wesoła, Panna D. Przez chwilę myślałem, że uleczy mnie z przeszłości, rzuciłem się w nią na główkę, ale tak się nie da, tak się nie robi. Serce niedoleczone po ostatniej, przecież niedawno jeszcze z M. próbowałem, więc nadzieje i sny wypaliły się jak jałowiec na ognisku, tylko niepotrzebnie ją poraniłem,  próbując zrestartować sobie duszę. Tak na popych serce restartować? No wiem, niemądry jestem, ale myślałem, że to możliwe. Ale tak łatwo się nie da. Mam nadzieję, że mi wybaczy kiedyś, kruszynka mała, naprawdę chciałem dobrze. Ale nie wyszło. Stąd pewnie oglądam House'a - mizantropa, żeby się zainspirować i wreszcie spróbować na poważnie pożyć samemu, na własny rachunek, nauczyć się być sam ze sobą, nie szukać wiecznie schronienia w kobiecych ramionach. 

Miało nie być podsumowania, a samo się troszkę zrobiło.

Myślę, że wróciłem tutaj na dłużej, ale kto to tak naprawdę wie.

5 comments:

  1. Bardzo trzymam kciuki za artystyczne przedsięwzięcie. Niech się uda i niech Ci będzie dobrze. Oby Ci się też dusza zrestartowała i serce znowu się otworzyło, bo 'all we need is love' i szkoda życia na bycie bez niej. Mnie reset się nie udał, czego ogromnie żałuję, ale takim już chyba jestem nietypowym przypadkiem, wyjątkiem od reguły resetowo-restartowej...

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki Adam! Kopę lat ;)

      Delete
    2. Co znaczy, że reset ci się nie udał?

      Delete
    3. Nie udało mi się odkochać na tyle, żeby znaleźć w sobie wystarczającą przestrzeń na nową miłość - to rozumiem jako reset i restart.

      Delete
    4. Rozumiem Cię doskonale. Ot taki nasz los...

      Delete