Wczoraj dzień był intensywny. Najpierw warsztaty kolażu u Agnieszki. Zrobiliśmy też Marzannę, utopiliśmy jej płonące ciało w Odrze.
Nie miałem ochoty na więcej wrażeń, ale na wieczór byłem umówiony z ludźmi w centrum jogi na kirtan. Cieszę się, że poszedłem. Śpiewanie mantr wyciszyło mnie. Była jedna dziewczyna, która bardzo mi się spodobała, ale nie było okazji zagadać. Jezu, cieszy mnie, że znów zaczynają mi się podobać kobiety. Ten ostatni rok byłem zamrożony. Zaczynałem się martwić. Fajnie poczuć się znowu żywym.
Mam nadzieję, że uda mi się odłożyć trochę kasy na Berlin. Najchętniej już bym jechał:) Potrzebuję z 1500 minimum na wydruki na płótnie, żeby mieć tam coś na sprzedaż, z 600 na paliwo i z 1000 na oszczędne życie podczas oswajania się z miastem. Czyli plus minus trzy koła. Porządne zamówienie na obraz albo dwa rozwiązałyby problem.
Dużo myślę o o tym wyjedzie. Algorytm to wyczuwa, połowa rolek na IG opowiada o Berlinie. Zaczynam go coraz mocniej czuć.
Nie palę już chyba z tydzień.

Więc jednak Berlin. Mam nadzieję, że plany się powiodą.
ReplyDeleteCiągle nie chcę nazywać tego planem;) Wolę słowo "koncepcja" albo "Marzenie"
Delete