Thursday, 25 June 2015

Piwko w parku

 


















 Fajny dzień, naprawdę. Rano w pracy, ale urwałem się już o dwunastej, bo miałem wizytę u studentów-dentystów. Na rowerze smignąłem do Guy's Hospital pod Shardem. Założyli mi piekną koronę w dziurze, która świeciła ciemnością od lat. Prywatnie kosztowałoby mnie to około 800 funtów, tak że czułem się jakbym wygrał w totka:)
   Fernanda wysłała mi smsa, czy mam ochotę na piwo po pracy, w malym parku koło collegu. Akurat wróciłem przed czwartą. Szybko wchłonąłem trochę żywności w domu i wszystkich spotkałem w parku.
   Było fajnie. James, Barry, Barbara, Moya i Fernanda. Posiedzieliśmy z dwie godziny, gadając o bzdurkach. Później wszyscy się rozeszli, została tylko Fernanda i ja. Gadaliśmy o polityce, historii (mój konik- hiszpanska wojna domowa), poezji i milości. Takich rozmów mi brakuje na co dzień.
   Pęcherz mi pękał, odważyłem się siurnąć pod drzewem. Stary Jamajczyk pokiwał mi z uznaniem mojej buntowniczości. Słuchaliśmy Ana Tijoux.  Podszedł Chrześcijanin Afrykańczyk nauczać o Jezusie. Nawet był spoko. Nie mówił o ogniach piekielnych (co jest standartem wśród lokalnych kaznodziejów). Kiedy powiedziałem mu, że wierzę w Boga, ale nie wierzę, że konkretna religia ma monopol na niego, zareagował dojrzale. Powiedział, że nie ma to dla niego znaczenia i żebym po prostu zwracał się do niego, jakkolwiek go nazywam. Ujął mnie tym za serce.
   Wreszcie stwierdziliśmy z Fernandą, że czas do domu, w końcu to czwartek, nie piątek, jeszcze trzeba będzie jutro przetrwać cały dzień z naszymi podopiecznymi.
   To, co trzyma mnie w pionie, to świadomość, że dużo jest ludzi, z którymi mam o czym porozmawiać. Inne rzeczy, nie są aż tak ważne.

No comments:

Post a Comment