We wtorek poszedłem na spotkanie kolektywu, w którym kiedyś byłem i teraz chciałem wrócić. Zrobiłem sobie przerwę, kiedy rozstaliśmy się z Z. Ona też należała, nie czułem się wtedy na siłach widzieć z nią na codzień.
To była katastrofa. Nie było kilku starszych osób, ktore są dla mnie wspierające (a przynajmniej neutralne), a ta garstka, która się zjawiła, była bardzo wrogo nastawiona. Oprócz tego przyszła Z., nie patrzyła nawet za bardzo na mnie. Prawie nikt się ze mną nie przywitał. Kiedy przyszedł mój punkt spotkania, powiedziałem, że wiem, że są kontrowersje wokół mojej osoby i że jestem otwarty na rozmowę, mogę odpowiadać na pytania, chcę naprawić sytuację. No ale zanim nawet zacząłem, to patrząc na ich zimne oczy, wiedziałem, że to nie ma sensu. I miałem rację. Nie będę opowiadał szczegółów, ale straszne to było. Lincz bez żadnej prawdziwej rozmowy.
Wyszedłem wstrząśnięty. Wrzuciłem Xanax, żeby jakoś się uspokoić i wziąłem ubera do siebie. Chyba dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że jednak będę musiał wyjechać z tego miasta. Widzę teraz, że miałem takie naiwne oczekiwanie, że wystarczy moja przejrzystość, szczerość i wszystko się ułoży. Eh...
Nie chcę wyjeżdżać stąd, ale chyba już mi wystarczy. Nie mówię tutaj nawet o połowie rzeczy, o całej tej atmosferze, która wokół mnie jest. Bycie scancelowanym to paskudna sprawa. Bezsilność w tym jest duża, ściana, brak możliwości pogadania, komunikacji.
Zacząłem rozmowy z warszawskimi środowiskami anarchistycznymi o ewentualnym wyemigrowaniu tam. Mógłbym pojechać gdziekolwiek, w ogóle się odciąć od tych kręgów, ale chcę działać. Anarchizm, aktywizm to główny sens mojego życia. Nie mogę tego po prostu zostawić. Mam jeszcze dużo do zrobienia, a czasu coraz mniej.
Właśnie kiedy to pisałem, odezwała się Asia. Zaprosiła mnie na wino do Czułej. Ma być jeszcze Kasia, Anabel, Eryk. Trochę nie chce mi się wyłazić na mróz, ale z drugiej strony przyda mi się przyjazne towarzystwo. Zresztą jeśli wyjadę, to nie będziemy się już widywać, chcę korzystać z tych relacji. Lubię tych ludzi. Oprócz nich mam jeszcze garstkę przyjaciół, ulubione miejsca... Marta też jest, z którą ostatnio się na nowo zaprzyjaźniliśmy. Będę tęsknił za jej ciepłem i inteligencją.
I znów nowe lądy? Tym razem naprawdę nie chciałem.
No ale z drugiej strony mam doświadczenie, że kiedy życie zmusza cię do zmiany, wypycha cię gdzieś, choć bronisz się rękami i nogami, to szybko okazuje się, że ma to głębszy sens i wydarzą się nowe, dobre rzeczy, spotkania, relacje. Trochę to zaczynam czuć.
W ten feralny wtorek chyba wreszcie puściłem w sercu Wrocław i Z.

No comments:
Post a Comment