Thursday, 20 August 2009

Irlandzkie marudzenia - Dublin



Kartki z podróży 3

2005, wiosna, Dublin

No to stało się. Złożyłem wymówienie. Nie czuję tej ulgi, jakiej oczekiwałem, ale to pewnie dlatego, że jeszcze jestem w szoku. W końcu nie minęło jeszcze nawet pół godziny od spotkania z Krwawą Mary. Cholera, niesprawiedliwe to wszystko. Kobieta tak się przyczepiła, że raczej nie miałem wyjścia. Codziennie wynajdywała nowy problem, codziennie musiałem znosić nowe ataki. Good bye Mary i twoja piekielna restauracjo... Nie chce mi się już o tym myśleć. Teraz muszę się raczej skupić na próbach zapomnienia tego kilkumiesięcznego koszmaru. Poza tym mogę spróbować dostrzec dobre strony. Wypaliłem trochę złej karmy, czuję się silniejszy (tak?), więcej doświadczeń. Kiedy wezwała mnie dziś na dywanik, była przygotowana na przynajmniej pół godziny „profesjonalnego” znęcania się nade mną. Aż miło było widzieć jej minę, kiedy powiedziałem, że odchodzę. Nici z jej wakacji w Szwajcarii. Bez głównego kucharza...

Znowu wolność. Znów się martwię, co będzie, czy znajdę robotę, czy sobie poradzę, czy nie zawiodę Tulasi... No ale trzeba iść do przodu. Dopóki nic nie znajdę, będę grał na ulicy, żeby było chociaż na jedzenie. Poradzimy sobie. Trzeba wreszcie wrócić do wiary w przyszłość, że coś tam czeka szczególnego, że to całe zamieszanie (życie) to tylko mały krok na ścieżce.
Ale i tak człowiekowi smutno, że jakby się nie starał, nic z tego nie wychodzi.

***

Ptak mnie wczoraj osrał, kiedy grałem na ulicy. Siedziałem w tym tunelu na Temple Bar, fajna akustyka, żebrzące, bezczelne, piegowate i ogniście rude matki z dziećmi zrobiły sobie przerwę, całe miejsce dla mnie, gra się jak złoto, aż tu nagle coś mokrego i ciężkiego chlapie mnie w głowę. Chwała Bogu, że miałem sporo papieru toaletowego. Ogólnie jednak było dobrze. Uzbierałem z dwadzieścia euro w godzinę. Później zjawił się Jamajka i swoim ciężkim, brazylijskim akcentem zaprosił mnie na jointa. Później spróbowaliśmy grać razem, ale definitywnie lepiej wychodzi mi gra solo.



Tulasi wychodzi właśnie na spacer. Sama i naburmuszona. Chodzi o to, że wczoraj nie wymasowałem jej bolącej nogi i teraz ostentacyjnie pokazuje mi, że sama daje sobie radę ze wszystkim i wcale mnie nie potrzebuje.

***

Nie mogłem już wysiedzieć w domu. Drugi tydzień bezrobocia. Zjadłem obiad i teraz siedzę na plaży. Puściłem parę kaczek, ale co to za przyjemność, skoro nie ma nikogo, kto by zawołał: „wow!”. Czuć zapach morza. Delikatnie, ale czuć. Może kiedy zrobi się wreszcie cieplej, będzie czuć bardziej? Kawałek ode mnie stoi dziewczyna i filmuje morze. Dziwiłem się, po co jej taki długi film o morzu, ale chyba też się zorientowała, że to nudne. Dała sobie spokój i poszła. Już znika za skałami. Trochę dalej widzę zmierzającą w moim kierunku matkę z dzieckiem... a może to tylko starsza siostra? Wygląda bardzo młodo. No ale w końcu to jest Irlandia. Matką zostaje się tu wcześnie.
To tyle jeśli chodzi o tłumy na plaży. Smętne to Bray. A może to ja? Podobno tylko nudni ludzie się nudzą. Stąd gdzie siedzę widać po prawej stronie tą górę z wielkim krzyżem, na którą ostatnio weszliśmy z Tulasi. Na morzu kilka żaglówek, a na horyzoncie znika prom, odpływający pewnie do Anglii. Podobno morze wycisza, posiedzę więc trochę dłużej.

***

Znowu sam. Cholernie mi ciężko, kiedy Tulasi idzie do pracy, a ja zostaję w domu. Teraz jest jeszcze w porządku; mam parę rzeczy do zrobienia – wyniosę śmieci, sprzątnę, pójdę na Internet, poszukam pracy, sprawdzę maila, forum, ale później? Czas tak się dłuży.

Przedwczoraj wylądowałem na pogotowiu. Zacząłem się dusić, aż w końcu zadzwoniliśmy na 999. Sąsiedzi mieli cyrk. Tulasi pojechała ze mną, trochę się naczekaliśmy, zrobili mi jakieś badania, prześwietlenia i nie byli do końca pewni co jest nie tak. Mogę mieć astmę. Dostałem inhalator na wypadek, gdyby atak się powtórzył.



Wczoraj spędziliśmy cały dzień razem. Poszliśmy na długi spacer, na „prawą stronę miasta” i okazało się, że są tam przepiękne tereny. Zielone góry, pastwiska, łąki. Kupiliśmy też los na loterię, za pieniądze, które znaleźliśmy na ulicy (każdy znaleziony drobniak trafia do słoika loteryjnego, gdzie wszystkie zebrane grosiki mają za zadanie skumulować dobrą fortunę). Niestety plan nie wypalił – jeśli wygralibyśmy 5000 euro, mieliśmy rzucić Irlandię i wyjechać do Włoch, na tą farmę, o której pisała Sita. Nauczyć się nowego języka, poznać nowych ludzi, tym razem z „cieplejszej” części Europy. Nie tak nam było pisane. Wycieczkę zakończyliśmy w barze nad morzem, przy piwku i ręcznie struganych frytkach z octem, do których dostaliśmy gratisowe surówki, w ramach przeprosin za bardzo długie czekanie. Później wieczorem oglądaliśmy filmy. Wszystkie mówiły o śmierci. A przecież dzień był fajny. Jakiś przekaz?

***

Kolejny dzień, z którym nie wiadomo co zrobić. To już chyba piąty tydzień bez pracy. Nigdy wcześniej nie czułem się tak bardzo zawieszony w bezczynności i marazmie. Błeee, nienawidzę tego. Niech już coś się stanie. Jakakolwiek zmiana, jakakolwiek praca. Cokolwiek. Poza tym mam też wyrzuty sumienia, że ona pracuje, a ja tylko wydaję pieniądze. Jak długo będzie jeszcze trwało to zawieszenie? Gdzie mam znaleźć spokój? Słucham Tryo, próbując schronić się w klimacie ich muzyki. Za bardzo jestem skoncentrowany na sobie, ale ciężko się wyłączyć, skoro większość czasu jestem sam ze sobą. Wstaję rano, zwykle nie jem śniadania, nie jestem głodny, wychodzę do Bray, kupuję z dwa pączki, jakiś sok, idę na Internet, odpowiadam na maile, wchodzę na jobs.ie oraz FAS, jeśli znajduję coś ciekawego, wysyłam CV, ale jak do tej pory nikt mnie (chlip) nie chce. Jak można nie chcieć takiego fajnego gościa? Ha, ha. Później kupuję sobie cydra i choć odwlekam ten moment tak bardzo, jak tylko się da, to wreszcie wracam do „domu”, a tam nie ma nic, do czego chciałoby się wrócić. Dom pusty, trzy kanały w telewizji raczej nie są w stanie odwrócić mojej uwagi od życia. Tak wygląda ostatnio mój żałosny rozkład dnia.



Słucham więc francuskiej muzyki i uciekam w marzenia. Wyobrażam sobie, że jestem razem z grupą artystów – podróżników, myśli płyną gładko i ostro, śpiewamy na ulicy, słowa same łączą się z muzyką, w jakimś poetyczno-anarchistycznym porywie, razem łatwiej jest nam znieść obojętność ludzi i bezsensowność świata. To tylko sen, ale próbuję zanurkować w nim tak głęboko, żeby nie musieć wdychać powietrza tego obojętnego, matematycznego wszechświata, który coraz mniej mi się podoba.

Żałuję, że moje życie nie zazębiło się na dłużej o teatr. Tylko ten rok, czy dwa w ogólniaku. Lubiłem to. Samo granie i jeszcze ta atmosfera wokół tego, ludzie. Jestem humanistą bez towarzystwa humanistów. To trochę jak życie bez powietrza. Wszyscy są praktyczni, patrzą w przyszłość, planują, wykupują trzeci filar... szkoda gadać. Tęsknię za latami dziewięćdziesiątymi. Nie wszyscy jeszcze byli tak doskonale pragmatyczni, jak teraz. Pamiętam naszą grupę teatralną. Dwurura, Funia, Zbychu (później został księdzem), Profesor Misiek... Wspólne wigilie, wyjazdy. Do dziś pamiętam jak dobierałem się do Dwurury, na co ona kopnęła mnie kolanem w miejsce, którego się kopać nie powinno. Później jednak była już o wiele przychylniejsza. Na jednym z wyjazdów, to był zdaje się przegląd teatrów amatorskich w Andrychowie, kiedy spaliśmy na sali gimnastycznej, Profesor Misiek rzucał w nas klapkami (nie wiem jak udało mu się trafić w tych egipskich ciemnościach), a rano wysłał do spowiedzi, po czym dobrodusznie wybaczył nam błędy młodości:). To były czasy. Ale i tak byłem zakochany w nie zwracającej na mnie uwagi Funi. Teraz kojarzę, że była brzydulą, ale mi zawsze podobały się dziwne dziewczyny. To od niej spróbowałem pierwszy raz w życiu marihuany, słuchając Doorsów.
Napiszę jeszcze wiersz i zdrzemnę się trochę...

TANIEC

Zbudźmy potwora!
Zbierzmy się przed jaskinią
i zanućmy sprośne piosenki
Zawyjmy jak wilki
i zbudźmy potwora

Ludzie śpią w swoich domach
a straceńcy nie śpią wcale-
całe ich życie to sen

Zbudźmy potwora
Ludzie zwijają się w kule
i pokrywają muszlami i naroślami
a straceńcy tańczą nago
odsłonięci
gotowi na przyjęcie ciosów
a ciosy od życia
są jak pchnięcia dłutem-
boski Rzeźbiarz
wybiera tylko żywą skałę

Zbudźmy potwora!
O zbudźmy go
zanućmy sprośne piosenki

Wiem, że którejś pochmurnej nocy
spotkamy się na wzgórzu
czekam zawsze niedaleko księżyca
i wypatruję twojej miotły...



10 comments:

  1. To było 4 lata temu:)) Historia starożytna. I jasne, że było gut, zawsze jest:)

    ReplyDelete
  2. :) zawsze jest :) to mi się podoba

    ReplyDelete
  3. Bo zawsze musi. Byle chwile trwały ;)

    Właściwie to za dwa miesiące zakończę 16 rok.
    Na potwierdzenie tego mogę powiedzieć, że nie bardzo mam pojęcie, czy chodzi o subskrybowanie bloga? Bo ja do obserwowanych dodaję w 'pulpicie nawigacyjnym' 'ręcznie' ;)

    Pozdrawiam.

    ReplyDelete
  4. ...wspomnienia bywają okrutne, ale i delikatne i dobre....

    ReplyDelete
  5. Do wspomnień mam takie podejście jak do blizn wojennych - już nie bolą, a można się nimi pochwalić przy piwie:). Trudności nas wzmacniają - wiem, że to truizm, ale to jest fakt. Nie wiem kim bym teraz był, jeśli nie dostałbym tyle razy w tyłek.

    Jatej - pytałem o wiek, bo twoje posty są bardzo dojrzałe jak na piętnastolatka. No ale teraz już wiem, że pisze ci je starszy brat;)

    ReplyDelete
  6. Ten starszy brat to ma na imię Wieczór ;)
    Dziękuję za cynk, z tymi obserwowanymi. Jakoś nie przywiązywałem do tego wagi.

    ReplyDelete
  7. Czy Pan jest auterem tego pięknego zdjęcia z kobietą - arlekinem? Jeśli nie- czy zna Pan autora tej fotografii? Bardzo mi na tym zależy. Z góry dziękuję za odpowiedź.

    ReplyDelete
  8. Niestety to nie ja i nie mam pojecia gdzie znalazlem. Gdzies w google.

    ReplyDelete
  9. Szkoda, że nie wiadomo. Dziękuję.

    ReplyDelete