Saturday, 8 August 2009

W starym barze - Kopenhaga



Kartki z podróży 1

17.10.2004, Kopenhaga

Znalazłem sobie bar. Wysiadłem z metra na Sobjerg i błądząc po ciasnych uliczkach znalazłem wreszcie stary pub, który przyciągnął mnie nieuchwytną atmosferą, wylewającą się przez szczelinę w drzwiach, razem z gęstym, papierosowym dymem.
Atmosfera antyczna, kontuar z ciemnego drewna, odrapane ściany, stara duńska muzyka i starzy ludzie. Trochę przypomina mi to mój ulubiony bar z Groningen, tylko, że ten tutaj jest bardziej kulturalny. No i raczej nikt nie postawi mi piwa. Panuje półmrok, powietrze nasiąknięte dymem, ściany koloru zielono-brązowego. Wisi na nich mnóstwo eksponatów – stary klakson samochodowy, gigantyczny termometr, talerze, okładki płyt, reprodukcje obrazów, a oprócz tego na każdym stoliku stoi lampka i mała świeczka.

Takie miejsca są dobre, żeby jakoś się zmobilizować. Do czego? Do świeżego postrzegania świata. Straciłem ostatnio wizję podróżnika. Przykryła mnie cała ta codzienna rutyna: praca, komputer, dom. Brrr – nie lubię być tak wciągnięty przez codzienność. Poza tym prawie nic nie piszę. Jedynie jakieś wyrywkowe wpisy w dzienniku. Muszę włóczyć się częściej. Częściej wychodzić z akordeonem na ulicę, częściej zmuszać się do pisania, spacerów. To powinno utrzymać mnie na fali. Muszę wynieść z tego czasu, który dostałem, tyle, ile się da.

W całym barze nie ma nikogo młodszego niż pięćdziesiąt lat. Wszyscy piją piwo i palą, tak że można by powiesić siekierę. Chyba też zapalę.

Czytałem dziś w sieci dzienniki Artura z lat osiemdziesiątych, kiedy mieszkał na farmie joginów, w Sudetach. Ciekawe rzeczy. Opisuje spartańskie warunki w jakich żyli i dziwnych ludzi, jacy tam mieszkali. Fragment o Robercie, który siłą woli potrafił wyłączyć światło, postawił mi włosy na karku.

Za każdym razem, kiedy ktoś wchodzi, zastanawiam się czy zjawi się ktoś młodszy, ale nie, to nie jest ten rodzaj baru. Teraz weszła kulawa pani, z zafarbowanymi na żółto włosami, około sześćdziesiątki. Nie wiem czyz kupić jeszcze jedno piwo, czy już iść. Rozpiera mnie energia, nie mogę usiedzieć w jednym miejscu, szczególnie kiedy jestem sam. Lubię towarzystwo.

Cały dzień leje. To chyba normalne w Danii, a przynajmniej w tej części. Bez parasola ani rusz. Leje, mży i wieje.

Może i nie wyszedłem z mojej melancholii, ale widzę zmianę. Wreszcie jestem sam na sam ze swoimi myślami. po prostu siedzę, dumam i postrzegam, a nie tylko biorę bezmyślny udział. Chyba wezmę jednak to piwo... Wziąłem.

Czuję, że chciałbym pogadać, z którymś z tych samotnych ludzi, siedzących tutaj. Na przykład z tą starszą panią, która sączy sobie winko przy barze. Albo z tym panem naprzeciwko. Posłuchałbym z chęcią ich opowieści. No ale nie odważę się sam zagadać. Może nie mają ochoty na rozmowę? Może wyszedłbym na osła? Choć kiedy widzę ich spojrzenie, to myślę, że oni też by porozmawiali, ale tak samo jak ja, boją się pierwsi odezwać. Starszej pani upadła torebka i jej pasek zaplątał się w buty. Starownika pozbierała swoje rzeczy i chyba wychodzi... Nie. Wzięła jeszcze jeden kieliszek wina. Wypiła go jednym haustem, po czym bufetowa odprowadziła ją do drzwi i ucałowała na pożegnanie. Przyjaciółki. Teraz rozmawia z panem naprzeciwko. Opowiada mu coś o tej starszej pani, która wyszła. Podoba mi się tutaj. Rodzinnie.

No i wreszcie pan też sobie poszedł. Ukłonił mi się na pożegnanie, rozłożył ostrożnie parasol i wyszedł w deszcz.

No dobra. Dopalę jeszcze papieroska, wypiję ostatni łyk piwa i wracam do domu. Piwniczka czeka.


3 comments:

  1. Lubię Twoją duszę
    obserwatora...
    oraz zaklinanie
    nieopisywalnych emocji
    w słowa...

    wyobraziłem sobie twoje "opowiadanie"
    w formie bezdusznej... niespirytologicznej ;-)

    idę na piwsko, pewnie gdzieś na zadu.... będzie taniej... jest coś, nie chce mi się szukać dalej bo ku... deszcz pada... ale tu syf i same
    zgredy, pewie to lokal dla zboczeńców...
    dopije piwo i spier... co ten deb... się tak
    na mnie gapi, w morde chce...?
    spadam na swój hałs...

    śliczne? :-)
    pozdrawiam gorąco
    kołysz moją duszę
    słowami...

    mati

    ReplyDelete
  2. Dzięki Mati. Dobrze ci wyszedł dresiarski styl:). Masz jakąś praktykę? :P

    ReplyDelete
  3. JUŻ DRUGI RAZ CZYTAM CAŁOŚĆ I głośno wymawiam: Kopenhaga - a Szymon oznajmia - Tivoli - spędziliśmtam dwa lata temu kilka pysznych dni (tak jak TY, choć jakże inaczej)

    ReplyDelete