Monday, 3 August 2009

Camino de Santiago 6




02.06.08.
Najera – Santo Domingo de la Calzada

Wyszliśmy z Najery i zbliżamy się do pierwszej wioseczki po drodze, do… Azofry. Później Ciruena, no i później już Santo Domingo de la Calzada. Na razie idziemy sami. Dziś mamy do przejścia tylko 21 kilometrów. W porównaniu z wczorajszą trzydziestką wydaje się to bardzo łatwe. Pogoda… Jest szansa na słońce, ale równie dobrze może lać. Nie są to jakieś ciężkie, zwaliste chmury, ale ciężko wyczuć tutejszą pogodę. Jestem już głodny, ale mamy ze sobą śniadanie zebrane z resztek naszego prowiantu z wczoraj. Na razie idziemy sami. Kiedy wychodziliśmy to Gary jeszcze spał. Nate też. W sumie wydaję się, że spała jeszcze większość ludzi i wyszliśmy jako pierwsi z całego schroniska.

Najera raczej nam się nie podobała. Atmosfera była lumpiarska. Pełno było imigrantów… nie mam nic przeciwko imigrantom, ale to nic przyjemnego wyjść pod wieczór na ulicę i natykać się co i rusz na grupki marokańskich gówniarzy, którzy wyzywająco mierzą cię wzrokiem i rzucają jakieś słowne zaczepki.

Zastanawiamy się co tu dziś ugotować. Po ostatnich kilku dniach wszyscy czekają co ugotujemy i zaczynam czuć lekką presję psychiczną. Dziś zastanawiam się nad gulaszem z soczewicy, plus smażone, panierowane oboczniaki, ale zobaczymy najpierw co będzie w sklepie, jaka będzie kuchnia i w jakim my będziemy nastroju.




Od trzech dni nie schną nam już buty. Tak mokrych jak dzisiaj to jeszcze nie miałem. Całkowicie przemoczyłem już nogi. Dlatego marzy mi się słońce, żebym mógł to wreszcie podsuszyć.
Szliśmy jak do tej pory przez mały lasek, później przez winnice. Zajrzałem do jakiejś studzienki i okazało się, że wpadła do niej żaba i nie mogła się wydostać. Próbowałem ją uratować, ale zamiast wchodzić na deskę, którą jej podsuwałem, odpychała się od niej, tak że niestety już po niej i do wieczora już raczej padnie. Studnia raczej się nie napełni, nawet gdyby lało, miał prawie dwa metry głębokości.



Dziś mija ósmy dzień drogi. Cały tydzień drogi za nami. Na początku, pierwsze dni napawaliśmy oczy wszystkim, co się dało, ale teraz człowiek już się trochę przyzwyczaił i ma się wrażenie, że idzie się trochę inaczej. Teraz pojawił się nastrój wędrówki w atmosferze „cierpienie oczyszcza”. Boli mnie cała prawa stopa i denerwują mnie przemoczone nogi, Tulasi bolą plecy. Kurde, jak by się miało suche nogi, szło by się całkiem inaczej. Tak nie lubię chodzić z mokrymi nogami. Moje buty i skarpetki dosłownie ociekają wodą. Myślałem nawet wczoraj przez chwilę, żeby wrzucić buty do suszarki, ale bałem się, że mi się skurczą i rozpieprzą i w ogóle nie będę miał butów. Czasami żałuję, że rano nie ubrałem sobie sandałów. Gdybym wiedział, że nie ma przed nami czerwonego błocka i winnic, ubrałbym sobie sandały, a buty przewiesiłbym przez plecak, a nie chcę zawalić sandałów i później, kiedy dojdziemy, nie mieć już nic do ubrania.
Doszliśmy do pierwszej wioski. Azofra se llama. Też tutaj mają albergue na 60 miejsc i nawet dwuosobowe pokoje. Jest kuchnia, salon i kompletnie wyposażone łazienki. W sumie wczoraj mogliśmy przejść jeszcze to sześć kilometrów… Nie. Wczoraj miałem już dość. Miałem już tak dość, że nawet…

- Wczoraj, jak doszliśmy do schroniska i usiadłam przy stole, żeby się zapisać, bolało mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie nawet tam siedzieć. Chciałam po prostu umrzeć. (Tulasi)
- Jak się człowiek już wykąpie, nasmaruje maściami, to już jest fajnie.
- Odpoczywa się wtedy, nie? (Tulasi)
- Później jeszcze sporo łaziliśmy. Długo was nawet nie było, kiedy poszliście wczoraj po warzywa.
- Nasz sklep był dużo dalej, niż ten indyjski, w którym ty byłeś. (Tulasi)
- Tak?
- No. Ale był chaos w tym sklepie. Jezus, straszny był. (Tulasi)
- Tak? W tym co ja byłem były pikle z mango, ale nie mieli małych słoiczków, tylko wielką puchę. Gdyby były te małe z Pataksa to bym wziął na drogę i dodawał sobie do posiłków.
Miasteczko jeszcze śpi, tak że nie ma co liczyć na gorącą kawę, czy chrupiące pieczywo, a ten chleb co mamy, to już wczoraj był nieświeży. Będziemy musieli go długo żuć.
- Patrz przed nami idzie jakiś pielgrzym. Zdaje się, że idzie w naszą stronę. Może był tutaj w albergue i dopiero wstał?
Ciekawe wczoraj było to schronisko. Taka jedna, ogromna hala, pełna piętrowych łóżek.
- No, chyba na sto miejsc. My mieliśmy numer 73. (Tulasi)
- Na sto, a może nawet więcej, nie? A prawie całe było pełne. Niesamowicie to wyglądało. Zrobiłem zdjęcia.
Jedna osoba tak chrapała, jak gdyby miała krtań ze szkła, od której ścianek odbijały się metalowe kulki.
- Masz na myśli tam po lewej stronie? (Tulasi)
- Tak, chyba tak.
- No, już miałam ochotę wstać i go zdzielić. Zajebać mu i powiedzieć „wypierniczaj stąd po prostu facet”. (śmiech) A tam pisze: „Proszę nie wstawać przed szóstą i nie niepokoić pielgrzymów”. To proszę zrobic oddzielne pokoje dla chrapiących! (Tulasi)



później

Dochodzimy już do naszego ostatniego miasta dzisiaj, Santo Domingo de la Calzada. Jak zwykle doszedł do nas Gary. Spotkaliśmy też Nate’a i Patryka z Irlandii. Kurde, tak się fajnie idzie. Będzie nam brakować Garego. Bardzo się polubiliśmy, zawsze się jakoś spotykamy; albo my czekamy na niego, albo on czeka na nas. Idziemy teraz przez bardzo fajne miejsce. Wyszliśmy z miasteczka, które… nie wiem jak się nazywa, ostatnie przed Santo Domingo. Jest to ogromna przestrzeń z polami. Wyszło też słońce, co poprawiło nam humor. Droga ciągnie się aż po horyzont i niknie gdzieś za pagórkami.

O, wszyscy patrzą na tą żabę, którą tak głośno słychać.

Jak to dobrze, że jeszcze tyle nam czasu zostało do przejścia. Widzę, że tak będę za tym tęsknił. Czasami człowieka zleje, czasami… w sumie to jeszcze nas nie przygrzało, więc nie wiemy jak to jest, ale jest wspaniale. Codziennie nie wiesz co się wydarzy, kogo spotkasz, i nawiążesz relacje z osobami, z którymi na pierwszy rzut oka nic cię nie łączy. Na przykład Gary jest kompletnym sceptykiem, ciągle wyśmiewa się z głębszych przeżyć, mistycznych religii, a my jesteśmy zainteresowani duchowością, hinduizmem, idą tutaj też osoby, które są katolikami, ale wszyscy w jakiś sposób się dogadujemy i idziemy razem. To jest bardzo fajne uczucie.

pod wieczór

Próbowałem pisać w dzienniku, ale się nie udało; Gary cały czas gada. Nie wiem, czy w ogóle mogę coś nawet nagrać. Byliśmy na churrosach z czekoladą. Nate też później poszedł na churrosy z czekoladą, ale chyba nie smakowały mu tak bardzo jak nam. Fajny był dzień, churrosy były pyszne. Zrobiliśmy też obiad. Była pasta w sosie pomidorowym… chyba sobie poczytam, bo nie wiem za bardzo co jeszcze powiedzieć. Jutro czeka nas 23 kilometry. Może jeszcze coś o schronisku? Musze zrobić parę zdjęć, bo to naprawdę ciekawe miejsce. Pokój jest podzielony na małe pomieszczenia, na cztery osoby, ze stolikiem na środku, pomieszczenia przedzielone są półtorametrowymi ściankami pilśniowymi. Zrobię zaraz zdjęcie. No i nic mi się nie chce za bardzo mówić. Tulasi, chcesz coś jeszcze powiedzieć? Nie? No to kończę.




No comments:

Post a Comment