Monday, 3 August 2009

Tornado



Pracuję obecnie nad opowiadaniem, z którego właśnie pochodzi ten fragment. Tekst jeszcze w powijakach, poza tym przerwany pracą nad historią o studni. Czekam na boską inspirację, która pozwoliłaby mi znów się za niego wziąć.

Tornado

Dwudziestego maja, 1918 roku, miasteczko Codell w stanie Kansas zostało nawiedzone przez tornado. Nie byłoby w tym nic dziwnego - w końcu tornado w Kansas nie jest jakimś szczególnym wydarzeniem - gdyby nie fakt, że dokładnie rok wcześniej (dwudziestego maja) huragan zniszczył to samo miejsce. Jeśli to wam nie wystarczy, to wiedzcie, że w na wiosnę 1916 roku (zgadnijcie, którego dnia), tornado również uderzyło w senne miasteczko. Dowcipnisie z okolicznych miejscowości do dzisiaj powiadają, że morał z tego jest taki, żeby tego dnia nie odwiedzać krewnych w Codell. Choć mówią to ze śmiechem, możecie być pewni, że większość z nich zakończy swoje sprawy w Codell dziewiętnastego maja i dopiero dwudziestego pierwszego można będzie znowu spotkać tam odwiedzających miasteczko farmerów, sklepikarzy, czy młodych mężczyzn wizytujących (ten jedyny dzień ze wstydem) swoje dziewczyny.

Dwudziesty maj, 1918, był jasnym i słonecznym dniem, choć trochę za zimnym, jak na tą porę roku. Po dwóch poprzednich tornadach miejscowi ludzie zdążyli już ochrzcić ten dzień Dniem Cyklonu. W całym Codell nie było prawdopodobnie nikogo, kto nie straciłaby choć jednego członka rodziny w dwóch poprzednich katastrofach.

Choć ponowny huragan zaprzeczałby wszelkim rachunkom prawdopodobieństwa, mieszkańcy Codell już od rana z niepokojem spoglądali na niebo. Wkrótce jednak, widząc że pozostaje ono przejrzyste, a powietrze spokojne, wszyscy (oprócz Apaczów w pobliskim rezerwacie) z ulgą zajęli się swoimi obowiązkami. Większość rodzin udała się na pola kukurydzy – główne źródło dochodu w tamtej części Kansas.

Około szóstej, Celesta Adams Glendening, wtedy dwudziestoczteroletnia dziewczyna zobaczyła, że z południowego zachodu zbliża się mała, przeraźliwie czarna chmura. Zaniepokojona krzyknęła do męża, wskazując na horyzont. George Adams Glendenning podniósł głowę i przez chwilę przyglądał się chłodnym, poważnym wzrokiem, rosnącej plamie na niebie.
- Zawołaj dzieci. Na dziś to już koniec pracy – powiedział z pozorną obojętnością i zaczął powoli zbierać narzędzia. Nie na tyle jednak powoli, żeby jego żona nie poczuła się nieswojo.
- Worden! Max! – zawołała drżącym głosem i w pośpiechu przyłączyła się do męża. Po pół godzinie byli już w domu, gdzie pod opieką Nancy Grant, nastoletniej córki sąsiadów, spał najmłodszy z Glendeningów, Alan. Nancy odetchnęła z ulgą, widząc powracających gospodarzy i pożegnała się z nimi w biegu, śpiesząc się do swojego domu (wtedy widzieli ją po raz ostatni).

Chmura zakrywała już cały horyzont. Celesta z napięciem podawała kolację, w coraz ciemniejszym pokoju. W końcu musiała zapalić świece. Wątły płomyk oświetlił kuchnie, w której szyby zaczynał uderzać coraz gęstszy deszcz. Dwaj chłopcy jedli w milczeniu, spoglądając w podekscytowaniu to na okno, to na siebie. Dopisywał im świetny humor i tylko obecność surowego ojca powstrzymywała ich od okazania jawnej wesołości. Coś się wreszcie działo w ich sennym Codell.
- Może powinniśmy schować się w jaskini? –spytała niepewnie żona. George pokręcił głową.
- Jeszcze nie. Ciągle może przejść bokiem. Nie ma się co śpieszyć.
Przez pozostałe sześćdziesiąt cztery lata jego życia, te słowa prześladowały go jak koszmar.

Po godzinie, deszcz, wiatr i grad, niczym przeraźliwie hałaśliwa armia, stworzył nieprzeniknioną ścianę, przez którą nie było nawet szans się przebić do oddalonej o niecałe dwadzieścia metrów jaskini.
Po następnych dziesięciu minutach masywny dach odleciał z hukiem w ciemność. Na parterze Celesta i George trzymali kurczowo trójkę swoich pociech, czekając w ciszy na ostatnie dla nich uderzenie huraganu.
Kolejny podmuch wiatru zmiótł cały dom. Piątka jego mieszkańców, ocalona nie wiadomo jakim cudem, ciągle stała na swoim miejscu, nie mogąc uwierzyć, że żyją. Następne, o wiele już słabsze uderzenie wiatru wyrwało z rąk matki, małego Alana. Nie było słychać żadnego dźwięku. Huragan zagłuszył rozpaczliwy krzyk dziewczyny i płacz niemowlęcia.
Zmiażdżone ciało jej synka znaleziono dopiero po trzech dniach, dwie mile od farmy.
W sumie zginęło dziesięć osób. Trójka dorosłych i siedmioro dzieci.


8 comments:

  1. Obrazki wydają się nie pasować do treści tylko pozornie:) Wynikają z całości historii.

    ReplyDelete
  2. wybaczysz? wg mnie lekko niespójne stylistycznie. Czasem piszesz zdania jakby z kroniki albo wiadomości TV..nie pasują do całości. Właśnie wczoraj oglądałam zdjęcia chmur, tornad i trąb powietrznych.Pasują mi do opowiadania:)

    ReplyDelete
  3. A mnie przeszkadzają w tak krótkim fragmencie aż dwa momenty kiedy uprzedzasz fakty. To fajny zabieg stylistyczny, ale za dużo naraz go stosować nie można :)

    ReplyDelete
  4. Dzięki! Rzeczowa, kostruktywna krytyka to jest właśnie to, czego mi brakuje, a ludzie się boją, żeby ktoś nie pomyślał, że są nieuprzejmi:))
    Obydwie uwagi zanotowane i w kolejce do zastosowania się:)

    ReplyDelete
  5. nie, jest dobrze (mi tam się podoba)
    1. hybrydalność gatunkowa (elemnty stylizacji na np. "komunikat prasowy" - o ile nie stacza się w "gniot prasowy" - a nie stacza się) jest formą wzbogacenia utworu!

    2. specyficzne - dla tego rodzaju literatury (gołym okiem widać źe rzecz rozkręca się w kierunku fantastyki a la Lovecract) flaszwordy wzmacniają saspens podkreślając nieuchronność fatum ("było juź napisane")

    Harry

    ReplyDelete
  6. Dzięki Harry. Im więcej opinii, tym lepiej:)
    Czy fantastyka będzie Lovecraftowska? Hmm:). Zimno... Raczej mnie ciągnie w Gaimanowską:)

    ReplyDelete
  7. Jako ciekawostkę dodam, że z tymi tornadami w Codell to autentyczny fakt - trzy lata pod rząd, tego samego dnia. Znalazłem to w jakimś brukowcu, w pracy i pomyślałem, że mógłby to być dobry zaczątek opowieści. Może stąd ta stylizacja na notkę gazetową.

    ReplyDelete
  8. nie-no, ten lovecraft jest tylko drogowskazem, ale (bo) i biegunem (kresem, exteremum). a czy gainman tak ma się do lovecrafta jak poczciwa diney-of-ska (?) baba jaga na tle księżyca ma się do cthulhu - tego nie wiem :)


    ps. to "było już napisanej" powyżej powinno brzmieć o.c. "to było im pisane" ;)

    Harry

    ReplyDelete