Sunday, 9 August 2009

Maszyna czasu - Bristol



Kartki z podróży 2

08.08.2009, Bristol

Postanowiłem się zgubić. Wsiadłem na rower, zatrzymałem się na kawę u Kristofa, a później spacerem minąłem Water Front, port, aż trafiłem na małą boczną uliczkę, gdzie skusił mnie ukryty, stary pub. Dawno nie polowałem na miejscowe, starożytne bary. W środku prawie pusto. Uśmiechnięty barman, jeden klient przy barze, drugi – zmarnowany, starszy facet, w szarej, poplamionej marynarce i kilkudniowej, siwej szczecinie na twarzy – wszyscy pogrążeni w oglądaniu na starym telewizorze meczu bilardowego. Zamówiłem Ale – najwyższy czas, żebym spróbował tego angielskiego „przysmaku”. Prawie tak samo niedobre jak Guiness, a może nawet gorsze. Przy połowie goryczy Guinessa, jest tak samo pozbawione gazu i ostrości, jak irlandzki trunek. Musiałem jednak spróbować – wpisuję to na listę podróżniczych „must do”, obok paelli i churrosów w Hiszpanii, czy duńskiego gluka.

Goście porzucili oglądanie telewizji i zaczęła się ożywiona rozmowa. Wydaje się, że ludzie ci się nie znają, ale nie przeszkadza im to w pogawędce. Dyskusja dotyczy kwestii tego, gdzie tak naprawdę znajduje się centrum Bristolu. Okazuje się, że wśród tubylców istnieje co do tego mała niezgodność. Kto powiedział, że centrum jest w centrum?! Dlaczego mamy się z tym zgodzić? Równie dobrze centrum mogłoby być tutaj, niedaleko, przy porcie. No ale co w takim razie zrobić z autobusami, na których jak byk stoi „city center”? W takim razie niech będzie.

Chce mi się papierosa. Od prawie tygodnia nie palę, ale siedząc w starym, angielskim pubie, sącząc gorzkie Ale, papieros wydaje się czymś nieodzownym. Walcz chłopie!

Anglia jest jedynym krajem, w którym trudno jest mi usiąść i po prostu cieszyć się byciem. W innych miejscach – w Danii, Holandii, Hiszpanii, czy nawet Irlandii potrafiłem bez problemu wczuć się w lokalną atmosferę, rozmarzyć się o miejscowej historii, czy podglądać ludzi i z ciekawością podsłuchiwać ich rozmowy. Tutaj jest inaczej. Może to nawet nie wina kraju. Może za dużo spędziłem tutaj czasu i zdałem sobie sprawę, że ciężko tu o niespodzianki, czy oryginalnych ludzi. Może sam siebie odciąłem, zablokowałem? Dlatego wstąpiłem do tego pubu. A nóż coś wyłowię z tej angielskiej, ciepłej zupy? Jak na razie wyłowiłem jednak tylko smak karmelu z pędzonego w pobliskim Bath, Ale.

Zniszczony pan w poplamionej marynarce (z pod której wystaje sweter, z pewnością za gorący na tę pogodę), przygląda mi się badawczo, zastanawiając się, co też tam skrobię. Zdał sobie sprawę, że to zauważyłem i zmieszany zaczął rozmowę z barmanem. Ciężko jest mi wyłowić słowa z ich ostrego, bristolskiego akcentu. Wybuchają rubasznym śmiechem, jeszcze kilka słów i znów cisza. Ciekawe, czy mają tutaj szachy?

Na tablicy za mną, białą kredą ktoś napisał wiersz. Jenny Joseph – 1932. Czy był to ktoś, kto lubił tutaj przychodzić? Czy tak po prostu, właściciel chciał wprowadzić trochę poezji do swojego przybytku?

„Kiedy będę stary, ubiorę się na fioletowo
i założę czerwony kapelusz,
w którym nie będzie mi do twarzy.
Wydam emeryturę na brandy
letnie rękawiczki
i satynowe sandały.”

Kończy mi się już moja szklanka piwa (przepraszam – Ale). Nie chce mi się jednak wychodzić na aż za bardzo znajomą ulicę. Nawet w domu nie udaje mi się wyciszyć tak bardzo, jak tutaj.
Czyżbym napisał wcześniej, że w telewizji leci bilard? Chodziło mi o krykieta.

Porozmawiałem z Johnem (nie spytałem o imię, ale niech będzie John). Opowiedział o Piotrze Borczewskim, z którym pracował w latach pięćdziesiątych. Piotr został tutaj po wojnie i pracował w hotelu. John spytał czy „Borczewski” da się przetłumaczyć na angielski. Chyba nie, choć „Borczewski” może pochodzić od „bór”. Więc Peter Forest? – zaśmiał się John.

Kiedy kupowałem drugą szklankę Ale, powiedziałem barmanowi, że to mój pierwszy raz. Z radością nalał mi w kilku szklankach próbki różnych odmian Ale, entuzjastycznie wyjaśniając różnicę w smaku, ostrości i mocy.

No dobra. Nie przychodzi mi do głowy już nic prozatorskiego. Kolej na poezję...

„Maszyna Czasu”

Za oknem maszyny czasu
mignął autobus – piętrowy
i dwa kabriolety
pełne ciemnych okularów,
tatuaży
i głośnej muzyki
hip-hop.

W maszynie brązowe słoje drewna
ściętego pewnie ze sto lat
przed Margaret Thatcher
albo jeszcze dawniej.

Nie ma obrazków świętych –
czarnobiałe zdjęcia
opowiadają historie
o dumnym panu
w rzeźnickim fartuchu,
konnych powozach
pełnych beczek z piwem
i brukowanych ulicach
zatłoczonych duchami i psami.

Moja koszulka jest zbyt niebieska
jak na wiktoriańskiego pisarza,
jestem więc robotnikiem z doków.
Zamieniłem korsarstwo
na uczciwą pracę.
Wczoraj widziałem murzyna,
a chińczyk chciał mnie oszukać
o dwa funty
w palarni opium.


3 comments:

  1. mam wrażenie jakbym tam była..

    ReplyDelete
  2. Bardzo umiejętnie budujesz nastrój.

    ReplyDelete
  3. Dzięki. Dla początkującego pisarza taki komplement to balsam dla duszy:)

    ReplyDelete