Wednesday, 5 August 2009

Camino de Santiago 7




03.06.08.
Santo Domingo de la Calzada - Belorado

Pierwsza miejscowość do jakiej mamy zajść to Granon. Wyjście z miasta jest tragicznie oznaczone. Nie ma strzałek, są tylko muszle na drodze. Co jakiś czas pojawiają się znaki, a później jest chyba najgorsza droga dla pielgrzymów, jaką widzieliśmy, której prawie w ogóle nie widać, albo po prostu gdzieś źle skręciliśmy. To się dopiero okaże. Dochodzimy właśnie do jakiegoś miasteczka i mam nadzieję, że to jest właśnie Granon. Idzie się wzdłuż drogi i w pewnym momencie widać, że droga jest zmieniona. Jest tam jakiś wielki zakręt i ta droga jakby zabiera Camino i trzeba iść wzdłuż drogi. Mam podejrzenie, że być może ominęliśmy jakiś skręt dla pielgrzymów i idziemy teraz zwykłą drogą, no ale to się jeszcze zobaczy. Na razie sytuacja wygląda tak, że przed chwila zobaczyliśmy daleko za nami Garego i on gdzieś tam skręcił. Więc albo on się pomylił, albo my i coraz bardziej się skłaniam ku opinii, że to chyba my zawaliliśmy

****

Właśnie trafiliśmy na muszlę, obok niedokończonego mostu! Nie wiem co to oznacza…
- Hmm, co to może oznaczać? (Tulasi śmiejąc się ze mnie)
Wszystko zobaczymy. To musi być Granon, nie ma innej możliwości.
- To musi być Granon! To musi być Granon! (Tulasi przedrzeźniając mnie, płaczliwym głosem)
Ciekawi mnie teraz tylko jak dojdzie Gary. Akurat się tam zatrzymamy i coś zjemy to może akurat do nas dojdzie.
Ale dziwne to wszystko było.
- Miejmy tylko nadzieję, że to Granon. (Tulasi)
- No jeśli to nie jest Granon, to… weźmiemy taxi do Granon!
- No! W dupie to mam, nie będę dalej szła. (Tulasi)



No dobra, w każdym bądź razie spróbuje podsumować wczorajszy i dzisiejszy dzień: Santo Domingo de la Calzada miało super schronisko, w takim jeszcze nie byliśmy, za to obsługa okropna, nerwowa, z typowym, cholerycznym Hiszpanem jako hospitalero; pewnie za dużo pali i ma problemy z wątrobą. Jedzonko zrobiliśmy pyszne. Było spagetti. Wypiliśmy butelke wina. W sumie to dwie, bo jeszcze Patryk coś doniósł. Następnego dnia, przy wyjściu z miasta od początku mieliśmy wątpliwości, na każdym kroku, aż w końcu wylądowaliśmy nie wiadomo gdzie. Po drodze praktycznie nie było żadnych strzałek. Dopiero przy tym rozkopie na drodze pokazały się strzałki wskazujące w kierunku, w którym poszliśmy.

po wyjściu z Granon

Następna wioska to Redesilla del Camino (?) i dziś planujemy dojść do Belorado. Nastrój dzisiaj trochę opadł, chociaż pogoda zrobiła się fajna, wychodzi już słońce i może nawet dzisiaj będą upały, ale jakoś wszystko mnie denerwuje. Nawet Gary, którego humor bardzo lubię, działa mi dzisiaj na nerwy. Czuję, że chyba potrzebuję trochę ciszy, spokoju, no i czasu dla siebie, żeby spróbować wejść w refleksyjny nastrój. Zawsze kiedy wszystko zaczyna biec, pędzić, bez zatrzymywania się, czuję się w ten sposób. Spróbuję zostać z tyłu, porozmyślam.

później

Przed nami już nasz ostatni dzisiaj przystanek, czyli Belorado. Droga cały czas tragiczna, ciągnie się przy autostradzie, czasami jest zalana wodą i trzeba wchodzić na autostradę, co jest niebezpieczne, ponieważ Hiszpanie jeżdżą strasznie szybko. Na ile się da próbujemy przejść bokiem. Na razie tragedia. No i hałas. Mam nadzieję, że później będzie lepiej, chociaż Gary mówi, że są takie odcinki, że całe kilometry Camino będą się ciągnęły autostradą. Mam nadzieję, że nie będzie aż tak źle. W Belorado są tylko dwa schroniska i w tym tańszym (nie wiem czy municipalnym, czy przyparafialnym) jest tylko 26 miejsc (czterdzieści kilka w wakacje), a w tym drugim sześćdziesiąt, ale to prywatne, tak że ciężko wyczuć jakie będą ceny. No ale nawet w prywatnym nie powinno być tak źle, przecież kiedy raz zatrzymaliśmy się w prywatnym zapłaciliśmy tylko siedem od osoby. Chyba przed samym Belorado posłucham sobie jeszcze trochę muzyki, żeby się trochę wyłączyć, odciąć od hałasu autostrady. Buen Camino.



już w Belorado

Jesteśmy już w wiosce. Zatrzymaliśmy się w miłym i malutkim schronisku przy kościele. Tak jak myśleliśmy tylko 26 miejsc, ale byliśmy pierwszymi osobami, więc nie mieliśmy problemu z miejscami. Przesoliła mi się zupa; kiedy ją soliłem przechylił mi się za bardzo woreczek z solą i wszystko wsypało się do garnka, ale Garemu smakowało; zeżarł chyba z cztery talerze. Do tego mieliśmy jeszcze avocado, karczochy, oliwki, wypiliśmy trochę wina, a teraz idziemy się przejść do centrum.

Tulasi boi się tutaj kościołów. W poprzednim do którego weszliśmy była straszna Matka Boska, wyglądała jak koszmar. Teraz wchodzimy do kościółka przy albergue. Drewniana podłoga. Bardzo fajny kościół. Nie wiem Tulasi dlaczego panikujesz. Drewniana, skrzypiąca podłoga, barokowy ołtarz, jasno, miło, widzę bardzo ładny posąg Jezusa, na którym wygląda bardzo smutno. Bardzo miła jest ta rzeźba Jezusa, zrobię zdjęcie. Natomiast Matka Boska jest jednak znowu straszna. Uciekam.



****

Czekamy na Garego. Mam nadzieję, że znajdziemy gdzieś internet. Akurat w naszym dzisiejszym schronisku nie ma komputera, a chciałbym wysłać jakiegoś szybkiego maila do domu.
Posiedzieliśmy dzisiaj z Garym trochę w ogrodzie, opowiedzieliśmy mu, jak zainteresowaliśmy się Kryszną, i jak wcześniej byłem punkiem. Gary opowiedział jak opuściła go żona, i zaczął interesować się buddyzmem, co pomogło mu przetrwać ciężkie chwile… O Gary! Próbowaliśmy cię znaleźć!
- Gdzie jest Tulasi? (Gary)
- W kościele.
- W kościele? (Gary)
- Mają tam bardzo piękną rzeźbę Jezusa.
- Mówisz, że to fajny kościół? (Gary)
- Lubię tutejszego Jezusa. Ale Maria, brrr...



No comments:

Post a Comment