Tuesday, 25 August 2009

Śmierć pod autobusem



(fragment opowiadania)

- Cześć Kartoflany Nosku! – zawołał z drugiej strony ulicy, machając ręką pełną polnych kwiatów. Na dźwięk jego głosu kilku przechodniów odwróciło głowy. „Skąd wytrzasnął polne kwiaty, w samym środku miasta?” – pomyślała, robiąc przesadnie zdziwioną minę, choć wiedziała, że z tej odległości, pewnie i tak nie zobaczy jej twarzy.
- Sam masz kartoflany nos, a do tego odstające uszy! – odkrzyknęła z udawanym gniewem i zaśmiała się głośno.
- Poczekaj aż cię dopadnę! – zawołał ciemnowłosy, szczupły chłopak, wchodząc na drogę. Ciągle wymachiwał bukietem kwiatów.

W filmach zwykle słychać w takim momencie histeryczny dźwięk klaksonu i głuchy odgłos ciała uderzającego o maskę. W tamten poniedziałek, wczesnym popołudniem, niedaleko skrzyżowania Piastowskiej i Reymonta, w jednym momencie biegł w jej stronę, a w następnej chwili, zamiast niego, to określone (i przecież wyraźnie zajęte!) miejsce w przestrzeni, zajmował autobus.

Zmierzał w jej stronę, z uśmiechem i bukietem kwiatów, a zaraz potem zamienił się w zabrudzony smarem i obklejony reklamami autobus. Poczuła, jakby nieskończony, wypełniony lodowatą próżnią Wszechświat nachylił się nagle nad jej ramieniem i parsknął śmiechem, prosto do ucha. Po kilku sekundach to uczucie trochę zelżało i teraz miała wrażenie, że biegnący z krzykiem ludzie, hamujące z piskiem samochody, histeryczny płacz starszej pani, która upuściła torbę z zakupami (kolor rozlewającego się po ulicy mleka z białego wkrótce przeszedł w różowy, a z różowego w szkarłatny), powtarzane przez staruszka, niczym mantra: „Jezus Maryja, Jezus Maryja”, oraz znajomy szyld kawiarni „Bajka”, w której zamierzali zjeść dziś drożdżówkę z serem – wszystko to było głupawym graffiti, wysprajowanym na coraz szybciej pędzącym pociągu, który z wyciem rozrywał powietrze. Pomyślała, że byłoby dobrze, gdyby przejeżdżające z przeraźliwym stukotem wagony nigdy się nie skończyły. W ten sposób mogłaby zastygnąć w tej chwili, niczym triasowy komar w bursztynie i w ten sposób uniknąć zdania sobie sprawy z tego, że jej narzeczony został właśnie zabity przez autobus.

- Wszystko z tobą w porządku? – zapytał zaniepokojony Michał, który właśnie przeszedł przez pasy. W ostatniej chwili, gdy już miała upaść, wypuścił kwiaty z ręki i chwycił ją za ramiona.
– Co się dzieje skarbku? Nie strasz mnie – powiedział, widząc jej bladość.
- Jezu, Michał... – wyszeptała. Przeraziło go to jeszcze bardziej. Małgosia oddychała głęboko, łapczywie łapiąc powietrze. Michał trzymał ją za dłonie, rozglądając się w panice za jakąś ławką, albo schodkiem, na którym mogliby przysiąść.
- Gosia, no mów kurwa co się dzieje! Potrzebujesz lekarza, czy co?!
Dziewczyna próbowała coś powiedzieć, ale w końcu tylko się rozpłakała. Objęła go mocno za szyję.
- Żyjesz, kochany, żyjesz... – zdołała wydusić. Michał zesztywniał i odsunął ją od siebie na długość ramienia.
- Gośka, co ty mówisz?
Popatrzyła trochę trzeźwiej, choć ciągle nie umiała powstrzymać łkania. Jej wielkie, brązowe oczy spoglądały na niego z mieszaniną ulgi i strachu. Michał odpowiedział badawczym wzrokiem, w którym po chwili pojawiło się zrozumienie i współczucie.
- Znowu? – zapytał, choć znał już odpowiedź. Przyciągnął dziewczynę do siebie. – Powiedz malutka, znowu?
Małgosia odpowiedziała:
- Znowu umarłeś, Michał.

2 comments:

  1. powiem szczerze, ze mnie aż ciarki przeszły..

    ReplyDelete
  2. o matko święta...ale mnie przeraziłeś...ja też myślałam, że zginął pod tym cholernym autobusem!

    :-))

    pozdrawiam ciepło. świetny tekst! jesteś mistrzem stopniowania napięcia.

    ReplyDelete