Saturday, 22 August 2009

Kilka pierwszych dni – Groningen



Kartki z podróży 4

listopad, 2003, Groningen (Holandia)

Dziś pierwszy raz wychodzę z akordeonem na ulicę. Boję się jak cholera. Nie chodzi tylko o pieniądze, choć mam nadzieję, że coś wpadnie. Wiem, że jeśli to zrobię i wszystko pójdzie dobrze, będzie to oznaczać, że jednak można spełniać swoje marzenia, nawet te najbardziej śmiałe. Kilka miesięcy temu wpadłem na to, żeby nauczyć się grać na akordeonie, później wymyśliłem, że możemy tak zjechać Europę, nie przejmując się szukaniem pracy, no i teraz, to co będzie dziś, okaże się sprawdzianem.

Za oknem trochę chmurno, ale jeszcze nie pada. Dni robią się coraz zimniejsze i mokre. Wczoraj na spacerze po mieście, trochę nam dolało. No ale grunt, że mamy na razie dach nad głową. Susann wydaje się cieszyć z naszego pobytu.

Wczoraj dostałem email od Paulo Coelho. Jakiś czas temu wysłałem mu krótki list z podziękowaniami za to co robi i na ile jego książki zmieniły moje życie. Odpisał, że jest bardzo wdzięczny za moje słowa i że opinie czytelników inspirują go do pisania. Pobłogosławił mnie, żeby miłość zawsze była moim przewodnikiem. Niby brzmi to new age’owsko, żeby nie powiedzieć babsko, ale ostatnio nastawiłem się na odkrywanie takich podstawowych prawd na nowo. Coelho jest w tym dobry. „Alchemik” jest prostą historią i na pewno nie jest arcydziełem literackim, a jednak jest w nim coś głębokiego. Jakby komuś udało się dotknąć podstawowych archetypów.

Napisała też Sita. Okradziono ją w Madrycie ze wszystkiego: z obrazów, dokumentów, kasy. Ciekawe co teraz zrobi, bidulka.



***

Zagrałem wczoraj. Na początku byłem straszliwie spięty. Na szczęście nie padało, ale było już dosyć zimno. Ulice zapełniły się popołudniowym tłumem, ludzie wracali do domów z pracy, robili zakupy, chowali dłonie w kieszeniach kurtek.

Znalazłem zachęcający róg ulicy, z dość szerokim chodnikiem, z gzymsem, na którym mogłem się oprzeć, ale i tak stałem tam bezczynnie przez chyba piętnaście minut, nie mogąc zdobyć się na odwagę. Wreszcie wygrzebałem mój mały akordeon z czarnej torby, tej potarganej, niedużej, w której normalnie trzymam ciuchy. Przed sobą położyłem małą, porcelanową miseczkę, którą znalazłem u nas w szafce. Później zwróciłem się twarzą do ściany, założyłem szelki akordeonu, zamknąłem oczy, wziąłem głęboki oddech i odwróciłem się z powrotem do świata. Drżały mi ręce i miałem kompletną pustkę w głowie, ale powoli zacząłem odzyskiwać spokój, aż wreszcie trema odeszła.

Ludzie byli mili, uśmiechali się i wydawali się nie dostrzegać, że jestem stuprocentowym amatorem. Wręcz przeciwnie – wszyscy rozpoznawali kawałki z „Amelii” i sporo osób zatrzymało się, żeby ze mną pogadać, wrzucić parę groszy. W jakieś czterdzieści minut wpadło około dziesięciu euro.

Teraz, kiedy wiem, że mogę utrzymać nas z grania, że możemy posmakować trochę wolności, poznać kawałek świata, poczułem ulgę. Bałem się, że nic z tego nie wyjdzie, a Bóg mi świadkiem, że skończyły mi się ostatnio pomysły. To było zagranie vabank.

Samo granie też sprawiło mi przyjemność. Było coś relaksującego i rozgrzewającego serce w takim obnażeniu się przed ludźmi – no tak, takie granie na ulicy, szczególnie kiedy ktoś nie jest wirtuozem, a jedynym jego atutem jest szczere pragnienie - jest jak obnażenie się. Pierwszy raz poczułem, że udało mi się wyrwać z anonimowości i zamiast małym, szarym elementem kolektywu, stałem się elementem spajającym, czymś co połączyło tych ludzi i mnie z nimi. Nie umiem tego do końca uchwycić. Chodzi o to, że porzucenie ego choć na chwilę, daje dużo radości.
Poza tym ludziom czegoś brakuje i może widzą to w grajku na ulicy, który nie musi się martwić o kredyty, pracę, podatki, samochód, itd.
No dobra, na razie.



***

Znalazłem jakąś spelunkę, niedaleko naszego mieszkania, na jednej z uliczek odchodzących od De Bazeelstraat. Małe szklanki. Półtora euro za takie mikroskopijne piwo? Muszę się oduczać przeliczać. Tutaj w „Europie” nic już tańsze nie będzie. Nie ma co się tak szczypać z kasą. Bóg zesłał, Bóg zabrał.

Zepsuł mi się dzisiaj nastrój. Nic konkretnego, po prostu dopadł mnie jakiś niepokój. Nawet nie niepokój, coś bardziej jak... nienasycenie, brak satysfakcji. Trochę dziwne, przecież wszystko wychodzi, idzie tak jak chcę, świat stoi otworem. Może brakuje mi relacji z ludźmi i czuję się samotny?

Podoba mi się w tej spelunie. Oryginalny klimat. Właściciel wygląda jakby popijał cały dzień, tak samo zresztą jak jego kolega. Może to nie jest bar, ale trafiłem do czyjegoś domu o otwartych drzwiach? Nie, to bar.

Kolega właściciela przyniósł mi piwo do stolika i ze szczerbatym uśmiechem zabłysnął polskim: „Na zdrowie!”, po czym dodał „Drink and forget brothetr, life sucks”. Mili są tu ludzie.

Ciekawy bar. Stary jak świat. Czarne, drewniane ściany, zapach starego drewna, stęchlizny i piwnego moczu, jak w starych, komunistycznych barach, które pamiętam z dzieciństwa i w sumie z wczesnej młodości też. Podłoga z desek lepi się trochę, w kątach stoją stare beczki, przerobione na stojaki na kwiaty, wielki telefon z lat czterdziestych na ściennej półeczce, na ścianach pożółkłe zdjęcia, pocztówki, a nawet czterdziestoletni plakat z korridy w Cordobie. Miejsce definitywnie pamięta czasy, kiedy Holandia nie była jeszcze przykładowym trybikiem w UE. Nowa Europa nie zniszczyła jeszcze tego miejsca i gdzieś w bocznych uliczkach, na przedmieściach, ciągle jeszcze można spotkać pozostałości starych czasów i nostalgicznych rozbitków, jak ci dwaj spijaczeni panowie. Chwytam klimat. Szklanka wprawdzie mała, ale właściciel baru podaje koledze szklankę piwa i pokazuje na mnie, mówiąc coś po holendersku. Mężczyzna kładzie szklankę przede mną. „On the house” – mówi i mruga zawadiacko. Dziękuję uchwycony za serce szczodrością gospodarza i podnoszę szklankę do góry, schylając głowę w geście podziękowania. Gospodarz macha ręką. „Daj spokój, nie ma za co” – mówi i zaczyna wycierać brudną ścierką szklanki.



3 comments:

  1. Kiedyś uważałem akordeon za obciach, dopóki nie usłyszałem Motion Trio. Ale awersja do Coelho pozostanie mi pewnie na zawsze ;)

    ReplyDelete
  2. Miałem okres, że Coelho miał duży wpływ na moje życie. Teraz ciągle uważam, że "Alchemik" jest szczególną książką, ale samego autora już nie lubię za bardzo. Nie chodzi nawet o to, że zachwyca się korridą i naśmiewa z wegetarian:), ale razi mnie w nim gwiazdorstwo i jeszcze coś, co ciężko mi określić. No ale nie chcę krytykować za bardzo. Był, kiedy go potrzebowałem i za to jestem wdzięczny.

    Co do akordeonu, to jest miód:). Motion Tryo słyszałem, świetne.

    ReplyDelete
  3. Krążą jakieś złe opinie wokół Coelho i jego twórczości, też byłem raczej 'wrogo' nastawiony doń. Jestem w trakcie jednej jego książki i chyba rozumiem, co ludzie mają na myśli bluźniąc na Niego. Nie jest wybitnym pisarzem - to fakt. Nie poraża stylem, moralizuje i przesyca czytelnika mądrościami.
    Ale jak się chce, to da się wyłapać między banałami perełki. No i trochę inspiruje.
    A myślę, że jeśli w książce choć jedna myśl trafi do czytelnika, to warto było ją przeczytać. Dla tej jednej myśli.

    To musi być budujące, usłyszeć polski język w jakiejś 'dziurze' holenderskiej.

    ReplyDelete