Sunday, 9 November 2014

Antologia zamotanego człowieka



























   Ciągle kawał czasu do świąt, ale dziś trafiłem gdzieś na kartkę świąteczną, zrobioną przez Tanię. To mnie zainspirowało do pogrzebania po starych polskich i angielskich blogach. Wyciąłem stamtąd parę zdań z różnych lat i miejsc. Napadło mnie na wspomnienia. Wszędzie pełno Tani. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, że tak zupełnie, zwiewnie i uprzejmie przewija się przez każdy wpis. 
   Biedna, chaotyczna antologia zamotanego człowieka:)

***
   Późno się zrobiło. Słuchamy z Tanią Manu Chao. Światło latarni wlewa się w piwniczne okienko pod samym sufitem. Nie przeszkadza nam już grzyb i pobielone wapnem ściany. Cieszymy się, że mamy własny kąt. Graliśmy w kości, później w karty. Potem Tania pokazała mi swoją kolekcję obrazków z Władcy Pierścieni. Ma ich chyba z tysiąc i cieszy się z tego jak dziecko. Nie chce mi się spać. Chciałbym uchwycić coś, życie.
Jestem kiepskim artystą. Doszedłem dziś do takiego wniosku. Ale jestem też kiepskim robotnikiem, biznesmenem, kucharzem, etc. Z dwojga złego wybieram bycie złym artystą. Przynajmniej mogę robić to, co lubię.

***
Jak zwykle, kiedy wybieram się w podróż wcześnie rano, obudziłem się dosłownie kilka minut przed budzikiem. Tak jak przypuszczałem, długo nie mogłem zasnąć, przewracając się z boku na bok i rozmyślając o nadchodzącym tygodniu samotnego włóczenia się po Granadzie. Pomimo tego, kiedy już zamknęły mi się oczy i dotknął mnie oddech Morfeusza, zamiast ciemnych Andaluzyjczyków spotkałem moją Tulasi, która właśnie rodziła, siedząc na fotelu w naszym mieszkaniu. Byłem zdziwiony, że robi to tutaj, w domu, bez pomocy lekarza, ale jak to bywa we śnie, zaakceptowałem to bez dyskusji. Uśmiechając się nieśmiało, poprosiła mnie, żebym się odwrócił, a po chwili podała mi zawiniętą w ręcznik, świeżo urodzoną dziewczynkę. „Pomyśl, że jeszcze przed chwilą tej małej osóbki nie było na świecie” – powiedziała ze zmęczonym uśmiechem – „a teraz, kiedy tylko jej dotkniesz, twoje serce nie uwolni się już w tym życiu.” Po tych słowach, z dziwnego snu, wyrwała mnie na jawę, coraz szybciej kręcąca się rzeczywistość.

 ***
  I don’t like getting older. Just yesterday I looked at my grey hair and thought how fast it goes. And it got to me – it’s been three months away from Tania, and I felt that it is so stupid to be away, when our lives get shorter so fast. We should be together, live through it shoulder to shoulder.

***
   On the train I had this sadness feeling, very strong, piercing. Tania called me, told me about my nephews, one of them, Kuba, 11 years old boy, got some wounds that can’t heal properly for the last month or two, and generally he’s often sad, lost, more then child his age should be. I’m sorry for him and generally for all my relatives and close people. For all the suffering they have to go through, searching for happiness that will always elude them. I think this is one of the main reasons we don’t have kids.

***
   Tania włączyła mix „na smutno”. Akurat zaczął się celtycki kawałek, z płyty „Celtic Tale”. Pierwszy raz usłyszeliśmy to w Coo, w kantabryjskich górach, jedenaście lat temu. Przez tydzień padał deszcz. Z namiotów uciekliśmy do przytulnej, górskiej chatki, zostawionej dla nas przez właścicieli, którzy wyjechali na wakacje. Oblazło nas po kilkadziesiąt kleszczy, które wybieraliśmy sobie nawzajem z nagich zakamarków przez kilka godzin, a później na spacerze w górach zaatakował nas wściekły byk, uciekaliśmy ile sił w nogach, a Tania rozpłakała się ze strachu. Pamiętam smak domowego chleba i truskawek z grządki. Aż w końcu spakowaliśmy plecaki i ruszyli wąskimi, kamiennymi uliczkami na przystanek autobusowy i z powrotem do naszego ówczesnego domu, pod Madrytem, gdzie czekało nas trochę bardziej i mniej radosnych przygód.
     Dobrej nocy, friends. Hare Kryszna.

***
   Most of the time I feel that all that happens to me is very provisional, temporary, all stuff that I do, plan, etc. Like being a passenger, waiting for the train home, late at night, feeling bit alienated by the strange environment, smell of old cigarette smoke and coffee, indifferent, sleepy people. But holding to the thought that the train arrives shortly, so I’ll be home soon. It’s an unsettling feeling, I don’t really like it. I think most of all because it seems to be lasting for so long now. I just finally hope to get this train to come and pick me up.

***
   Jesteśmy już w Zizur Menor i postanowiliśmy się wybrać na basen. Po drodze okazało się, że basen ten jest praktycznie w następnej wiosce, chyba zostaliśmy źle poinformowani. Niby dwa kilometry to nie dużo, ale kiedy przeszło się dwadzieścia, to jednak boli. Jesteśmy trochę dobici i błądzimy po osiedlach. Ja się bardzo nie przejmuję, ale Tulasi ma coraz bardziej dość. Zobaczymy, czy było warto. Myślę, że kiedy zanurzymy się już w wodzie, to będzie radość.
-Chyba, że basen jest już nieczynny- mruknęła Tulasi.
Tulasi uważa, że pewnie zamykają na czas sjesty.
-Jeszcze coś chcesz dodać? – to ja – powiedz coś jeszcze, śmiało.

***
  After talking to Tania I had a little gratefulness meditation. Swami told me once that right now we think: "Oh, why God has abandoned me, he doesn't care about me", but the day will come when we will think that we get much more then we deserved, we will feel that God's grace is coming to us, even though we feel we haven't earn it. This is the generosity of bhakti. I'm far from this but I start to imagine that it is possible, sometimes, when I put my heart into it, I get those small glimpses.

***
 There were times, Tania and me, we didn’t have a dime to rub against another, we lived in weird places, with not so nice people, we had difficulties in our relationship. But somehow at the end of the day I could sit down, put on some familiar music, take out my Tarot cards (“not new agey, huh?:”), or diary, and chill out completely, writing a poem about longing, my tribe, friends who must be out there somewhere, and feeling connected to a greater story, feeling deep inside that there is a sense to my existence, that someone is watching my steps, and "always being there to catch me".
     Yes, that’s what I’m complaining about. My material situation doesn’t bother me that much, I’ve been worse than that. It’s the feeling of loosing innocence, trust, security, simplicity, all those things that make you feel like a child. Sometimes I feel like I’m just a bare self left in a naked, too literal world.
     So I need you back, my dreams, my carrying spirits, my friendly, boyish God, my quiet evenings without time and thoughts of the end, my bright and filled with unending adventures future together with Tania, my hope to meet my soulmates one day, and the faith in gifts waiting on the camino.

***
   Fajnie się leżało i gadało. Rozmawialiśmy trochę o tym programie, który oglądaliśmy wczoraj w TV. O facecie, który podróżuje do różnych plemion, ludów, żyje z nimi jakiś czas, żeby poznać ich zwyczaje i kulturę. Podobało nam się w Nowej Gwinei. Tamtejsi tubylcy byli jak dzieci. Niewinni i przyjacielscy. Nie mogłem uwierzyć, że jeszcze są tacy ludzie. Aż łzy do oczu napłynęły. Ciągle się śmiali, przytulali, tańczyli, wygłupiali, ich świat był bardzo prosty i mały – kawałek dżungli, kilkanaście osób. Uświadomiło mi to, jak bardzo jestem zmęczony codzienną egzystencją w „normalnym” świecie. Marzy mi się, żeby wreszcie móc się odłączyć od tego wyścigu. Mieć tyle kasy, żeby nie musieć... eh. Lepiej o tym nie myśleć, bo człowiek się tylko dołuje.
Wspominaliśmy też nasze wspólne przygody, podróże, zmagania, ile przeszliśmy, jak czasami bywało ciężko, a nawet niebezpiecznie.

***
   Yesterday – hunger. I’m still waiting for my first wages, and right now I haven’t got a penny. Yesterday returning from work, hungry like a beast, I did a tour behind the supermarkets, to find some “goods”. Didn’t find anything! For a moment I thought that I would go to bed hungry, but then Dominik asked me to the dinner in his room. He invites me tonight too. I really appreciate.

***
   Wczoraj żegnaliśmy Nicka, a dziś przyszła kolej na resztę Klubu Niedołęgów. Ugotowaliśmy u nas w hostalu obiad z trzech dań, kupiliśmy butelkę dobrej Riojy i przed drugą Tulasi poszła po Garego i Martiala, z którymi umówiliśmy się pod katedrą. Przy obiedzie była przesympatyczna atmosfera. Wspominaliśmy Nicka i Martial powiedział na, że miał młodszego brata, którego wykończyły narkotyki i Nick bardzo mu go przypominał. Kiedy Martial poszedł objąć Santiago, poprosił o błogosławieństwa właśnie dla niego. Wszystkim nam napłynęły łzy do oczu i nawet Gary z zażenowanie ściągnął okulary, żeby wytrzeć oczy, a Tulasi uciekła z kuchni do pokoju. Później otwarliśmy drugą butelkę wina, którą przyniósł Gary i kiedy wyszliśmy na pożegnalny spacer, Gary był już na niezłym rauszu. Poszliśmy na kawę do małej kafejki przy katedrze, gdzie wypaliłem swojego ostatniego papierosa, co wszyscy przypieczętowali głośnymi oklaskami. Później jeszcze trochę spaceru, zakupy, aż wreszcie rozstaliśmy się przy supemarkecie, koło fontanny. Kiedy odchodziliśmy w swoją stronę, Gary ciągle stał przy fontannie i nam machał, aż wreszcie straciliśmy go z oczy.

***
    It’s been two weeks in UK already. So what’s the development? Eh, fuck it. I don’t feel like talking about the job hunting and stuff. I’d rather fly away, find some cozy hideout and look at stars, smoking cigarettes (the ones that don’t give cancer and smell of gingerbreads), and feeling safe and looked after. You know what I mean – the feeling of home, belonging, harmony. Something that I’m not sure can be reached on this messed up planet. Soon I’ll be forty (little bit more then in two years). Twenty, even ten years ago I thought that at this age I was going to know what it is all about - who I am, what I want from life, where is my place. It happens that I still don’t have a clue. I’m thirty seven years old dude, sitting alone in a dusty garret, in a crappy town, in a foreign country, without a dime to rub against another, watching The Big Bang Theory, writing bad poetry, and drinking way too much Strong Bow.

***
   When I was waking up after operation I told the doctors and nurses that I love them all, that they are real, beautiful angels, that this trip on the anaesthetics was better then any trip I’ve ever had. Then I forgot Polish and for fifteen minutes I spoke with Tania in English, which seriously freaked her out, he, he. I'm not going back to Amager Hospital for a while, no way.

***
    Może nie działo się nic nadzwyczajnego, ale myślę, że ostatecznie wszystko zależy od tego, jak pokolorujemy te wszystkie rzeczy, wydarzenia, historie. Jeśli nawet puszczę wodzy fantazji, pokoloruję to wszystko, to z czasem będę pamiętał całe Camino, tak jak je sobie zbuduję. Pozostaną migawki, jak na przykład migawka festiwalu w Galicji, z muzyką galicyjską, oraz młoda dziewczyna rozmawiająca z dwoma staruszkami i całująca ich w policzki. Pepe, który płacze, żegnając się z nami, kiedy wraca do domu. Pepe, którego na początku uważaliśmy za gruboskórnego Hiszpana okazał się bardzo miłym, sympatycznym, starszym panem. Starsi państwo, hospitaleros ze Szwajcarii, nie pamiętam, w którym schronisku, którzy nie znali ani hiszpańskiego, ani angielskiego i z wielkim przejęciem, trzymając karteczke w drżących rękach, pan czytał jąkając się wskazówki jak się zachowywać. Schronisko było bardzo zadbane, widać, że oddali tam całe swoje serce ci państwo. To było coś niesamowitego. Albo inne albergue z zapalonymi świecami i kadzidełkami, gdzie czułem się jak w świątyni. Wszystkie te momenty zdarzyły się tak niedawno. Wiem, że wraz z upływem czasu będę patrzył na nie z coraz większym sentymentem.
Kiedy to wszystko zacząłem mówić, łzy napłynęły mi do oczu. Szczęśliwy jestem. Co zrobić?

***
   Anyways… It’s a good evening. Tania is drawing Christmas cards already. She gave me a permission to publish the first one – that’s the one you see above. I so love her style; it brings the cosy feelings of security, purity, carelessness, childhood – all that stuff that matters, that brightens up the soul and helps to colour the reality, to paint over its apparent ugliness. I want to share with you more of her stuff, I’ll ask her if I’m allowed:). You will love it, I promise.

***
   Próbuję więc łagodzić egzystencjalne lęki. Spokojna muzyka gdzieś na granicy słyszalności (moja miłość nazywa ten rodzaj muzyki „plumkaniem’). Zasłona oddziela mnie od strug deszczu uderzających o szybę i podmuchów wiatru z entuzjazmem szarpiących plandeki, pod którymi schowały się rowery. Tania czyta Tolkiena, napychając się makaronem i sałatką z ogórków.
- Nie czytaj już tych anarchistów – radzi mi z troską. – Zwariujesz od tego. Weź się lepiej za jakąś powieść.
Ma rację. Potrzebuję przerwy.
Wyciągam karty Tarota. Może one pomogą mi odwrócić się od zewnętrznego chaosu do wewnątrz. Chyba tylko tam możliwa jest harmonia.

***
   I love those! Last night in the middle of the dream I realized that I was dreaming. I decided to chill out and have some fun - God knows I needed it - so I spent the whole night flying around. I went to Poland and England. It was so cool. I remember enjoying the freedom and rush of the cool air on my face. I laughed like a madman, twirling in the sky, shooting high, diving low. I knew that in reality I was laying in my bed and I was wandering if I laughed out loud and if so, if I was going to wake up Tania. But I didn't.

***
   Jakby tego było mało, sami też mamy problemy między sobą. Kiedyś, nawet w najgorszych momentach (oj, były takie momenty, że myśleliśmy, że już gorzej być nie może) trzymaliśmy się razem, ale ostatnio coś się psuje. Za dużo stresu, za mało nadziei. Ja się boję, że sobie nie poradzę w byciu głową rodziny, ona boi się mi zaufać. Mi umarł niedawno ojciec i mam za złe Wszechświatowi, bo jeszcze przecież mógł sobie żyć, mieliśmy jeszcze tyle rzeczy do pogadania, a jej umarła mama i w gniewie podarła kalendarz z Kryszną, wołając, że już się do Niego nie odzywa i niech sobie gdzieś włoży wiarę w Siebie i miłość, bo jest niesprawiedliwy i głuchy...
Chociaż nie jest tak źle. Dziś tylko trochę ciężko...

***
   Wczoraj rozmawialiśmy o tym z Tanią. Włączyliśmy na chwilę telewizor i patrząc na reklamy, programy rozrywkowe, wiadomości, zdołowaliśmy się jeszcze bardziej niż zwykle. Zażartowałem, że może naprawdę stare milenium zakończyło się końcem świata. Prawdziwych ludzi zastąpiły roboty i tylko nas jakimś cudem przeoczono – najprawdopodobniej w wyniku jakiejś biurokratycznej pomyłki, którą wkrótce ktoś z pewnością naprawi. Teraz błąkamy się bez celu, po wymarłej Atlantydzie, zastanawiając się, czy świat nie ma już sensu, czy to z nami jest coś nie tak. A może tylko, jak wielu Wodników przede mną, wpadłem w pułapkę przekonania, że jestem inny, szczególny, obcy na tej planecie, z daleka od domu i własnego plemienia.

***
   Byliśmy dziś na wyprawie w górach. Wstaliśmy trochę później niż planowaliśmy, bo około dziewiątej, ale pozbieraliśmy się w miarę szybko, wsiedliśmy do kolejki FEVE i po dwudziestu minutach byliśmy już w Heras – małej wioseczki u podnóża gór. Zapytaliśmy tubylców o ścieżkę na szczyt. Okazało się, że możemy zapomnieć o górskiej, nieuczęszczanej drodze – na górę prowadziła tylko zwykła szosa.
   Na początku było super. Napstrykaliśmy sporo fotek. W końcu jednak natknęliśmy się na stado dzikich kóz. Tania zaczęła się denerwować, mi też się trochę udzieliło. No ale minęliśmy je bez problemu.
   Na krętej, górskiej drodze wyminęło nas kilka samochodów. Dojrzeliśmy nad szczytem kilka wielkich ptaków, chyba jastrzębi. Po chwili dołączył do nich lotniarz. Zastanawiałem się, co myślą jastrzębie, widząc takiego dziwnego ptaka.
Przed samym szczytem okazało się, że drogę blokuje nam wielki byk, a obok pasą się jego koledzy. Pamiętając naszą przykrą przygodę z bykiem, sprzed kilku lat, zaczęliśmy się denerwować. Tania popłakała się, wyklinając na durnych Hiszpanów, którzy nie odgradzają swoich zwierząt.

***
   I miss childhood. That happy time when I could just take a shelter of dusty, honey-sweet books. I swallowed them in the dark attic, lit only by the caring golden arms of sun reaching through the small windows. Jules Verne and Ray Bradbury, my two best friends, I owe you so much! The world was crashing out there; dad’s drinking, school problems, and stuff, but I didn’t mind – I was pioneering Mars, journeying around the world in 80 days, deciphering the ancient messages telling me how to find a treasure or discover the secrets of the long gone people of Atlantis. Aye!

***
   Jak zwykle przeleciało, jak z bicza. Zaraz na rower i do pracy. Gary czekają. Byłem wczoraj pograć na ulicy. Nawet fajnych ludzi spotkałem, nie licząc dwóch narkomanów, którzy wyrolowali mnie na osiem funtów. Ale później mi się zwróciło. Gram, pogoda średnia, miedziaki rzadko dźwięczą.    Podchodzi chłopak, widać, że na ciężkiej depresji. Wyciąga z kieszeni jakiś ciasny zwitek, wrzuca do pokrowca na akordeon i odchodzi wolnym krokiem, rzucając mi tylko jedno, przeraźliwie smutne spojrzenie. Nie przerywam, gram dalej, robi się coraz zimniej, a nie zarobiłem za dużo. Po pół godzinie kończę, przypominam sobie o smutnym mężczyźnie, wyciągam papierowy zwitek, który okazuje się 50 – funtowym banknotem. Z nieba spadło. Byliśmy już bez kasy. Od razu napełniliśmy lodówkę, czym tylko się dało i kupiliśmy z drugiej ręki biurko dla Tani, żeby w końcu miała na czym rysować.

***
   Fear number Four – Loneliness.
   Perhaps this one should be the first. Sometimes I feel like this is the root of all my dissatisfaction. If I had my “crew”, the other things wouldn’t bother me that much. I’ve got a practical experience – the happiest, easiest moments in my life were while surrounded by carrying people – friends, family. And I start to be afraid that maybe this is it – I already had all the friendship and love I was suppose to have, and nothing new is going to happen. Brr, that would be awful. I still dream about that tribe of mine.

***
   Najpierw tańczyliśmy koślawego walca.
Później zakupy, bo wieczorem goście (pękło pięćdziesiąt funtów). Koło jedenastej Tulasi powiedziała, że zabiera się za gotowanie, a ja mam poodkurzać i posprzątać kibel.
- No coś ty. Chciałem iść do parku, porobić zdjęcia, pograć - jęknąłem.
- Może to i lepiej. Idź i siedź tam cały dzień, aż sobie tu na spokojnie nie skończę.
Zakurzony akordeon leżał na dnie szafy. Pomiędzy książkami znalazłem śpiewnik. Zapakowałem aparat. Dobry znak – znów chce mi się grać i robić zdjęcia. To musi oznaczać, że klątwa się kończy – klatwa szefa, hierarachii, godzin pracy, polityk, plotek, póz – czyli jednym słowem klątwa stałego zatrudnienia, które wysysa z człowieka soki życiowe.
I muzyka też smakuje lepiej. I na powietrze jakby więcej miejsca w płucach.

1 comment: